DYNIA W HISTORII, KULTURZE I... ŻOŁĄDKACH INDIAN - MAREK CICHOMSKI



W dniach 9-10 października 2004 roku w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Wrocławskiego odbył się Pierwszy Dolnośląski Festiwal Dyni. Zostałem poproszony przez Magdalenę Mularczyk (współorganizatora imprezy) o napisanie tekstu na temat dyni i Indian, jaki mógłby być odczytany na towarzyszącym Festiwalowi seminarium. Pani Magda "trafiła" na mnie na internetowych stronach Huu-Ska Luta. To, co udało mi się spisać w całość prezentuję poniżej.

Grafiki i zdjęcia dołączone do tekstu nie znalazły się na wersji odczytywanej na Seminarium.





DYNIA W HISTORII, KULTURZE I... ŻOŁĄDKACH INDIAN
Marek Cichomski, Kalisz


Rekordowa dynia !!! Co. Marek Cichomski


Począwszy od chwili odkrycia Ameryki, aż prawie do czasów współczesnych, wszelakiej maści kronikarze zdający pisemnie swe relacje, oparte na własnych spostrzeżeniach lub na opowieściach zasłyszanych od Indian, niezbyt, niestety, przykładali się do tego, by pisać o konkretnym widzianym przez siebie gatunku dyni. Nie bardzo też starali się zrozumieć, jaki to gatunek dyni mają na myśli cytowani przez nich informatorzy indiańscy. Najczęściej używali ogólnego określenia - dynia, bo to im w zupełności wystarczało. I tak to po dziś dzień dynia olbrzymia (Cucúrbita máxima) w języku angielskim nazywana jest squash, choć niektórzy autorzy piszą, że nazwa ta dotyczy dyni piżmowej (Cucúrbita moschata).

Potocznie zaś ta sama dynia olbrzymia nazywana jest czasami przez mieszkańców Stanów Zjednoczonych pumpkin, czyli właściwą nazwą dyni zwyczajnej (Cucúrbita pepo).
I tu jest pierwszy problem bolący mnie, dociekliwego uczestnika Polskiego Ruchu Przyjaciół Indian, który chciałby znać sprawy jak najdokładniej.
Drugi problem zaczął się mniej więcej w latach 40. XX wieku, kiedy to tłumacze zaczęli przekładać na język polski teksty wyżej wspomnianych kronikarzy. Nie zdając sobie w pełni sprawy z istnienia wielu odmian dyni, szli oni "na skróty" i również to, co niekiedy ten i ów pisarz próbował rozróżnić gatunkowo, wkładali pod jedno pojęcie "dynia" i tak to już pozostawało i niewiele jest jeszcze możliwości odpowiedniego skorygowania każdego takiego tłumaczenia.
A dziś nic tu nie pomoże nawet wydany w 1993 roku "The Oxford Dictionary & Thesaurus", bo oto czytamy tam, że pumpkin to zazwyczaj Cucúrbita máxima określana w języku polskim jako dynia olbrzymia, a squash to zazwyczaj C. maxima (czyli znów dynia olbrzymia), C. moschata (dynia piżmowa) lub C. melopepo (dynia zwyczajna).


Dynia Cucurbita pepo  Co. Marek Cichomski Dynia indiańska (Mattioli 1586) Co. Marek Cichomski


Zagadnięty zaś przeze mnie w lipcu 2004 roku o problem nazewnictwa Michael T. Benwell, sekretarz Narodu Indian Mohawk z Kahnawake (Quebec, Kanada) stwierdził, że dynia zwana w języku angielskim pumpkin nie pochodzi z Ameryki...
A sprawa tego rodzaju nieścisłości nie dotyczy tylko dyni i jest bardziej pogmatwana i złożona.
Ot, choćby w wypadku angielskiego słowa "cedar": nie ma takiej polskojęzycznej książki poruszającej tematykę indiańską, w której nie napisano by, że Indianie swoje totemy budowali z cedru.
A tu masz ci los - nigdy żaden gatunek cedru nie rósł na żadnym skrawku Ameryki Północnej czy też nawet Południowej.
Pomyłki tego rodzaju dotyczą nie tylko świata roślin, ale i zwierząt (problem z jeżozwierzem) czy też samych Indian, jak w przypadku Indian Flathead, czyli Płaskogłowych, o których się mówi, że spłaszczali sobie głowy. I w tym przypadku prawda wygląda całkowicie inaczej; to ich sąsiedzi sztucznie wydłużali sobie głowy poprzez ich spłaszczanie, a Indianie Flatheat w ogóle tego nie robili, czyli w stosunku do tych sąsiadów mieli płaskie (niższe) głowy; i to z tego powodu tak też przez nich zostali nazwani.
Często więc tak naprawdę nie można po dziś dzień wiedzieć z całą pewnością, jaką to odmianę dyni mają na myśli autorzy piszący w języku angielskim oraz jakiej dyni dotyczyły informacje, które mieli przed sobą tłumacze, zanim dany tekst przełożyli na język polski.
Wiele więc spośród zebranych przeze mnie danych może być mylnych, a wiele na pewno będzie całkiem niesprecyzowanych. Mam jednak nadzieję, że już niedługo dostęp do wszelkich zapisów źródłowych stanie się tak powszechny, iż samemu będzie można sobie każdą notkę sprawdzić i odpowiednio skorygować.
No ale teraz po kolei!
Archeolodzy ustalili, że dynia (niestety - nie wiem która) uprawiana była już na pewno 7000 lat przed naszą erą przez dawnych Indian, zamieszkujących tereny zwane dziś państwem Peru. Była to wtedy bardzo istotna sprawa, gdyż doprowadziła do tego, że Indianie ci zaczęli przekształcać się ze zbieraczy mięczaków w rolników. Taka przemiana pociągała za sobą radykalną zmianę stylu i sposobu życia.
5000 lat przed naszą erą na tych samych terenach odnotowano uprawę dyni figolistnej i dyni piżmowej, ale innego rodzaju badania wskazują, że dynia piżmowa sprowadzona została na andyjską pampę z Meksyku, a dynia figolistna pochodzi z górskich obszarów Meksyku i innych rejonów Ameryki Środkowej. Obydwa gatunki były więc zapewne znane na swych rodzimych terenach już dużo wcześniej. Pierwsze jednak ślady dyni odkryte przez Richarda McNeisha w meksykańskiej dolinie Tehuacán datowane są również na 5000 lat przed naszą erą.
Wydrążone dynie, wypełnione mięsem, wkładano do grobów w peruwiańskiej kulturze Salinar.
Zdobione nacinanymi lub wypalanymi wzorami dynie używane były jako naczynia przez przedstawicieli innej peruwiańskiej kultury Ancon.
Dowody na wykorzystywanie dyni przez środkowoamerykańskich Indian Maya i tak zwaną kulturę północnoamerykańskich Wypalaczy Koszów pochodzą dopiero z 2000 roku p.n.e.
Kiedyś tam, w Ameryce Południowej, pojawił się dziki gatunek dyni C. andreana.
W Ameryce Środkowej zaistniał też dziki gatunek C. lundelliana. Na wschodnim wybrzeżu Meksyku pojawiła się również dzika dynia C. martinezii.
Dynie uprawiali na południu stanu Colorado (USA) Indianie Anasazi, których kultura zanikła w drugiej połowie XIII wieku z powodu długotrwałej suszy.
Zapewne nie da się dokładnie określić, kiedy to poszczególne, istniejące dziś jeszcze plemiona indiańskie po raz pierwszy zobaczyły dynię.


Istnieje bardzo wiele stylów jubilerstwa Indian Navajo. Najbardziej chyba znanym jest "squash bossom", czyli kwiat dyni.
Charakterystyczne są naszyjniki, kolczyki i bransoletki. Nazwę zaczerpnięto od formy powtarzającego się w regularnych odstępach koralika o kwiatowej formie, nadającemu "rytm".

Tak wyglądają naszyjniki kwiatu dyni:

Naszyjnik kwiatu dyni Co. Marek Cichomski Naszyjnik kwiatu dyni Co. Marek Cichomski Naszyjnik kwiatu dyni Co. Marek Cichomski


Naszyjnik składa się z nanizanych na grubą bawelnianą nić koralików, a raczej korali. Czasami są one wyłącznie srebrne, częściej jednak połączone są z turkusowymi kamieniami.
Każdy z kamieni jest starannie oprawiony w srebro. Naszyjnik wieńczy duży wisior w kształcie niepełnego okręgu, otwartego na dole.
Element ten został prawdopodobnie przejęty z hiszpańskich naczółków (część końskiego ogłowia), pochodzący z kolei od arabskiego półksiężyca. Indianie Navajo nazywają tę część naja, czyli "wschodzący".


Jukatańscy Indianie Maya opowiadają, że ich legendarny bohater Giaia miał złego syna, który Giaial się zwał. Giaial chciał zabić ojca swego. Pradawni bogowie podszepnęli Giai słowa zemsty.
I zabił Giaia syna swego Giaiala; wziął ciało jego, porąbał, ułożył w dyni i ukrył ją na stoku góry. Ale wielekroć jeszcze brał Giaia dynię w ręce i płakał nad nią boleśnie, gdyż kochał swego syna, a on wszak już nie żył.
Zdarzyło się dnia pewnego, że dotknął dyni i wyszły z niej ryby. Przeląkł się, bo nie zrozumiał znaku, i opuścił to miejsce. A poszli tam czterej bracia, cztery sieroty, i zapragnęli pożywić się rybami.
Przeznaczenie przywiodło tu Giaię, i przybył on na czas. Uciekający bracia rzucili dynię na ziemię; z kawałków trysnęły strumienie wody. Było jej tyle, że cała okolica, jak okiem sięgnąć, została zalana ze szczętem.
A nad te rozlane wody nasunęły się deszczowe chmury. I wszystko wodą było, i w górze, i w dole ostała się tylko ziemia na której żyją Indianie Maya i kilka wysp, daleko tam gdzie słońce wstaje.


Biali ustalili, że Indianie Iroquois zaczęli uprawiać dynię około 700 roku naszej ery. Sami zaś Indianie Iroquois mówią, że dynia wyrosła z głowy kobiety-matki, która zmarła tragicznie przy porodzie drugiego z bliźniaków. Indianie Chippewa twierdzą natomiast, że uprawy dyni nauczył ich bohater kultowy - Nanabozho.


Indianie z nieistniejącego już plemienia Huron mówili, że gdy w początkach świata spadła na Ziemię kobieta, istota boska, to po pewnym czasie miała powić bliźniaki, bardzo różniące się usposobieniem. Już w łonie matki chłopcy bili się ze sobą i kłócili.
Kobieta usłyszała, jak jeden z nich powiedział, że chce się urodzić zwykłym sposobem, ale drugi z gniewem odparł, że on się na to nie zgodzi. I wyszedł na świat rozdzierając bok matki, czym też ją zabił.
Kobietę pogrzebano w ziemi, a z jej ciała wykiełkowały roślina potrzebne nowej krainie, żeby mogli tam żyć ludzie, którzy wkrótce mieli być stworzeni. Z głowy kobiety wyrosła dynia, z piersi - kukurydza, a z rąk i nóg - fasola.


Według Indian Mexica, dynia i wszystkie inne rośliny wyrosły z ciała boga Centeotla, który dobrowolnie złożył swoje ciało w ofierze Ziemi.


A gdy już dynia została Indianom dana, wynaleźli oni genialny sposób jej uprawy.
Na kawałku ziemi, który często nawożono - dla wzbogacenia w składniki pokarmowe - rybami, sadzono ziarenka kukurydzy, wokół nich nasiona fasoli, zaś pomiędzy nimi - nasiona dyni (czasami po prostu umieszczano przeznaczone do siewu nasienie w pysku martwej ryby).
Był to zupełnie inny sposób uprawy niż w Europie, gdzie każde warzywo siano w rządkach, a do tego bardzo wydajny.
Tak potrójnie sadzone rośliny otrzymały od Indian Iroquois nazwę Diohe'ko, czyli Trzy Siostry.

Trzy siostry Co. Marek Cichomski

Kukurydza, najwyższa z Trzech Sióstr, służyła za tyczkę dla Siostry wątlejszej - pnącej się fasoli. Dynia natomiast rozpościerała się u ich stóp, zatrzymując wilgoć w ziemi, nie pozwalając rosnąć chwastom i broniąc kolczastymi pędami swych pozostałych Sióstr przed szkodnikami. Ponadto każda z Sióstr potrzebuje innych minerałów, toteż mogą rosnąć wspólnie, nie odbierając sobie nawzajem pokarmu. Każda też z Trzech Sióstr ma liście na innym poziomie, więc każda może w pełni korzystać z nasłonecznienia.


I tak to w mitologii Indian Iroquois zaistniały trzy dobre duchy: Duch Kukurydzy, Fasoli i Dyni.
Trzy Siostry rodziły się w tym samym miejscu, mieszkały razem w spokoju i zgodzie. W ciche księżycowe noce można je było zobaczyć przemykające przez pole i usłyszeć ich głosy w szeleście wysokich łanów.
Duch Kukurydzy nosił szatę z podłużnych, zielonych liści i żółtą kitę. Duch Fasoli miał wieniec z aksamitnych zielonych strąków na głowie. Duch Dyni stroił się we wspaniałe, pomarańczowe kwiaty.
Podczas rozbudowanej ceremonii, zwanej Rytuałem Dziękczynienia, Indianie Iroquois składali między innymi podziękowanie Trzem Siostrom za to, że przyczyniają się do szczęścia ludzi, i za to, że "wzmacniają oddech - główny przejaw życia". Trzy Siostry nazywali też swoimi "żywicielkami i dobrodziejkami".


Bernal Diaz de Castillo w swym "Pamiętniku żołnierza Corteza", opisującym dzieje podboju państwa Indian Mexica, w pewnym miejscu wspomina:
"Dalej szliśmy już z lżejszym sercem, pojadając dynie zwane ayotes i kierując się na Tlaxcalę."
Być może były to pierwsze degustacje tego owocu dokonane przez białych najeźdźców.
Równie wcześnie biali przybysze zanotowali, że dynie pumpkin i squash uprawiali Indianie Timucua z południowo-wschodnich obszarów Ameryki Północnej.
Indianie Cheyenne nazwali dynię heóvemâhoo'o. Indianie Potawatomi na dynię mówią wapkon, a dynie (w liczbie mnogiej) określają słowem wapkonen.
Dynia squash wywodzi swą nazwę z języka Indian Narraganset, od słowa asquutasquash. Indianie Chippewa dynię squash nazywają na'bugogwis'simaün, co znaczy "płaska dynia". Ci sami Indianie dynię zwyczajną nazywają ogwis'simaün.
Dynia uprawiana była także przez Indian Cherokee.
Również kobiety Indian Pawnee uprawiały dynie w swych małych ogródkach. Zebrane z poletek plony ukrywały w znanych sobie miejscach, po czym wraz z całym plemieniem wyruszały na prerie, by łowić zwierzynę. Do swoich "spiżarni" powracały wczesną zimą.
Naliczono siedem gatunków dyni uprawianych przez Indian Pawnee, ale wydaje mi się, że jest to szacunek lekko przesadzony. A może i nie, ponieważ inne źródła podają, że Indianie Hopi uprawiali osiem odmian dyni.
U jukatańskich Indian Lakandon uprawą dyni - i innych roślin - zajmowali się (i zajmują) wyłącznie mężczyźni.
Indianie używali różnych gatunków dyni do bardzo różnych celów: na pokarm, do sporządzania leków i do wyrobu naczyń.
Dawni meksykańscy Indianie Mexica pastą uzyskaną z pestek dyni zagęszczali chilome - sos robiony na bazie chili.

Dla celów spożywczych Indianie północnoamerykańscy piekli dynie w całości w gorącym popiele, gotowali w rosole, ucierali i podawali z masłem, a jak udało się zanotować, Indianie Oneida "gotowali je z mięsem do konsystencji zupy ziemniaczanej".
Indianie Chippewa nazywali dynię squash na'bugogwis'simaün, czyli "płaska dynia". Dynię zwyczajną nazywali ogwis'simaün. Kwiaty dyni zwyczajnej suszyli i używali ich do zagęszczania rosołu. Zmieniając zaś okresowo miejsce obozowania, zawsze zabierali ze sobą woreczek wysuszonych nasion dyni, które gotowali w sosie do mięsa, zagęszczając go w ten sposób.
Ze względu na swą pożywność i szerokie zastosowanie, dynia squash miała dla Indian Iroquois i innych plemion Wielkich Lasów Wschodu Ameryki Północnej tak samo wielkie znaczenie, jak kukurydza na innych obszarach.
Indianki Iroquois cięły dynie w długie paski, suszyły i tak spreparowane przechowywały na okres zimowy.
Kiedy w 1743 roku Do Indian Iroquois przybył John Bartram, zanotował, że Indianie ci gotowali w kotle dynię i jej kwiaty.
Kobiety Indian Iroquois często piekły całe dynie, czasami wraz z tłustymi, słodkimi żołędziami i orzechami maślanymi, używając przy tym jako przypraw tłuszczu, miodu lub syropu klonowego.
Delikatne, żółte dynie letnie były nieraz gotowane i rozcierane na zupę.


Kachina Tancerza Squash  Co. Marek Cichomski Kachina Tancerza Squash Co. Marek Cichomski

Dwie Kachiny Squash przedstawiające Tancerza Squash.Tancerz Squash odtwarza ceremonialny taniec w intencji zdrowych i urodzajnych zbiorów. Lalka ma wysokość 20 centymetrów. Można ją nabyć w sklepach z pamiątkami.


Wśród Indian Seneca rozpowszechniona była następująca legenda:

Dawno, dawno temu pewien mężczyzna wybrał się samotnie do puszczy na polowanie. Którejś nocy, gdy rozbił obóz w polu, zbudziły go jakieś śpiewy i hałas bębnów.
Nie mogąc spać wstał i poszedł w kierunku, skąd dochodziły te odgłosy. Z wielkim zdumieniem ujrzał ślady jak gdyby ludzkiej obecności. Po jednej stronie wznosił się pagórek zarośnięty kukurydzą, po drugiej płożyły się po ziemi ogromne liście, wśród których błyszczały trzy dynie. Osobno na uboczu rosły trzy źdźbła kukurydzy.
"Coś to musi znaczyć" - pomyślał myśliwy, ale nie potrafił rozwiązać zagadki. Zaciekawiony i trochę niespokojny zajął się polowaniem, lecz postanowił wrócić któregoś wieczora na to dziwne miejsce.
Nazajutrz, gdy spał w pobliżu, znów zbudziły go hałasy. Otworzył oczy, zobaczył stojącego przy posłaniu człowieka. Gromada innych ludzi zbliżała się ku jego obozowisku.
- Strzeż się! - Rzekł nieznajomy. - Wczorajszej nocy podpatrzyłeś świętą tajemnicę. Zasłużyłeś na śmierć.
- Nie! - Odezwali się inni, zgromadzeni wokół niego. - Przebaczymy mu i wtajemniczymy go w nasz sekret. Niech się dowie, do czego nam służy kukurydza i dynia.
- Kukurydza i dynia to potężny lek na wszelkie rany - powiedział ten, który pierwszy zbudził myśliwego. - Pójdź ze mną, a ja cię nauczę, jak go sporządzać i stosować.
Zaprowadził myśliwego na polankę, gdzie płonęło ognisko i rósł krzew wawrzynu, który wyglądał, jakby zrobiony był z żelaza. Wokół ogniska tańczyli ludzie, śpiewając i potrząsając pustymi tykwami.
- Co znaczy ten taniec waszego ludu? - spytał myśliwy.
Zamiast odpowiedzieć, jeden z tancerzy rozżarzył w ogniu kij, dotknął nim policzka myśliwego i przyłożył do rany jakiś lek. Rana natychmiast się zagoiła.
Drugi tancerz rozżarzonym w ogniu kijem uderzył myśliwego w prawą nogę, a zaraz potem przyłożył lek. I ta rana zagoiła się prędko.
Demonstrując przybyszowi moc swojego leku, ludzie ci przez cały czas śpiewali, jak wyjaśnili, Pieśń Uzdrowienia, której nauczyli myśliwego.
Pokazali mu również, jak się przyrządza lek. Dopiero zbierając się w drogę powrotną do wioski myśliwy zrozumiał, że istoty, które w swoim śnie brał za ludzi, były w rzeczywistości zwierzętami - niedźwiedziami, bobrami i lisami. Kiedy się obejrzał, wszystko nagle zniknęło.
Po powrocie do domu postąpił dokładnie według wskazówek udzielonych mu przez zwierzęta: ususzył kolbę kukurydzy i utłukł ją na drobny proszek. Pokroił i roztarł dynię. Pamiętał, ile ma wziąć kukurydzy, a ile dyni i w jakiej ilości wody, zaczerpniętej z bystrego potoku, że trzeba te składniki rozrobić. Nie zapomniał, że wodę należy brać zawsze blisko źródła, a nie z dolnego biegu strumienia.
Lek przez niego przyrządzony okazał się bardzo skuteczny na wszelkie rany. I tak przez wiele lat myśliwy pomagał ludziom, przed śmiercią zaś przygotował zapas leku wystarczający na sto z górą lat.
W ten sposób Indianie Seneca dostali swój potężny lek. Co roku w porze, gdy jelenie zmieniają sierść, Indianie przyrządzają maść z kukurydzy i dyni, śpiewając przy tym pieśń, którą myśliwy usłyszał w swoim niezwykłym śnie.
Przykładając lek do rany trzeba śpiewać i grzechotać tykwami. Indianie rzucają też przy tym do ognia tytoń, bo spalanie tytoniu równa się modlitwie.


W swej medycynie Indianie używali miąższu dyni i jej nasion w przypadkach zatruć, schorzeń pęcherza moczowego i do eliminacji pasożytów z przewodu pokarmowego. Indianie Maya stosowali sok dyni jako okład na oparzenia.
Niejaka pani Stevenson zanotowała w XIX wieku, że dynia zwyczajna używana była przez Indian Zuni zarówno jako pokarm, jak i lek. Nasiona i kwiaty aplikowano zewnętrznie, aby złagodzić ból w miejscach pokłutych kolcami kaktusów.
Znający się na leczeniu ludzi Indianin Yuma dawał emulsję (zawiesinę) z dyni oraz nasiona arbuza na zranienia.
Indianie Menominee używali nasion squash w razie utrudnionego oddawania moczu. Nasiona te rozcierano w moździerzu, a uzyskany w ten sposób proszek mieszano z wodą i podawano do picia.
Indianie Catawba żuli nasiona dyni, świeże lub suszone, i połykali tę papkę jako rodzaj lekarstwa.
Nowożeńcy Zachodnich Indian Apache przez pierwszy rok związku lub do czasu urodzenia się pierwszego dziecka mieli zakaz wchodzenia na pole, gdzie uprawiano dynie.
Dla Indian Iroquois dynia miała też i znaczenie ceremonialne. Dotyczy to jednak tykwy (Lagenaria), zaliczanej dawniej do rodzaju Cucurbita. Pochodzi ona z tropików Starego Świata, a do Ameryki dostała się jeszcze w czasach prekolumbijskich, najprawdopodobniej w ten sposób, że wysuszone owoce przydryfowały tam, niesione prądami morskimi.
Jak wykazały doświadczenia, nasiona zachowują w tych warunkach zdolność kiełkowania przez 2 lata. Z długich tykw robiono niekiedy grzechotki używane przez tajne stowarzyszenia.
Jako naczynia łupiny tykwy wykorzystują dziś jeszcze Indianie Waika, a Indianie Quechua w tym samym celu przepięknie je dodatkowo dekorują.

Kobieta Hopi Co. Marek Cichomski
Jeszcze inaczej zaistniała dynia w kulturze Indian Hopi.
Tam to robiono fryzury zwane kwiatem dyni squash. Uczesanie tego typu nosiły tylko dojrzałe dziewczyny, gotowe do zamążpójścia.
Zanim jednak pozwolono im na takie ułożenie włosów, musiały dowieść swej biegłości w pracach kobiecych, takich jak mielenie przez cztery dni kukurydzy na mąkę.
Po tym można już było ułożyć im włosy w kwiat dyni squash, co wymagało dużej zręczności. Aby wykonać taką fryzurę, należało wpierw włosy wyszczotkować, rozdzielić na środku i podzielić włosy opadające z każdej strony głowy na dwa długie kosmyki, z których każdy obwijano z kolei wokół wysuszonej i wygiętej w kształcie litery U gałązki, zlokalizowanej za uchem dziewczyny.
W wyniku serii przeplatań włosów wokół gałęzi uzyskiwano z obydwu stron głowy duże, okrągłe twory, przypominające swym kształtem właśnie kwiat dyni. Proces wykonania takiej fryzury był dość czasochłonny i często zajmował nawet godzinę. Po zamążpójściu kobiety chodziły już tyko w rozpuszczonych włosach.

Kobieta Hopi Co. Marek Cichomski Kobieta Hopi Co. Marek Cichomski Kobieta Hopi Co. Marek Cichomski Kobieta Hopi Co. Marek Cichomski





Dziś Indianie na swych stronach internetowych, i nie tylko tam, publikują przepisy na ciut już unowocześnione posiłki z dyni. Kilka z nich przedstawiamy:


INDIAŃSKIE POTRAWY Z DYNI

według pana Marka Cichomskiego z Polskiego Ruchu Przyjaciół Indian



Dynia pieczona z miodem (dla 8 osób)

Należy przepołowić 4 średniej wielkości dynie, wybrać z nich włóknisty miąższ i nasiona, a wnętrze dokładnie oczyścić. Potem do każdej wydrążonej połówki włożyć po 2 łyżki miodu, 1 łyżce masła (lub margaryny) i po szczypcie (lub dwóch) pieprzu. Dynie należy następnie wstawić do dużego rondla i piec nie przykryte w temperaturze 180°C przez mniej więcej 2 1/2 godziny, aż dynia stanie się miękka.


Dynia z porami (dla 4 osób)

Wziąć około kilograma dyni (lub cukinii), pokroić ją w 2-centymetrowe paski i włożyć do rondla. Do tego należy dodać 8 porów i dobrze wymieszać. Osobno zaleca się zmieszać przyprawy: 1/2 łyżeczki startych nasion kopru, 1 łyżeczkę soli, 1 łyżeczki majeranku i 1 łyżeczki pieprzu. Tak uzyskaną mieszanką należy posypać dynię z porem. Rondel trzeba teraz przykryć folią aluminiową i całość piec w temperaturze 180°C przez dwie i pół godziny.


Zupa z dyni (na 10-12 osób)

Współcześni Indianie podają, jak zrobić zupę z dyni. I to, przynajmniej dla mnie - polskiego mężczyzny początku XXI wieku - jest trochę szokujące, bo polecają wziąć do tego jedną puszkę piure z dyni. Jeszcze nie widziałem w naszym kraju tak sprzedawanej dyni! Ale może jest to tylko mój problem? Skoro już otworzy się taką puszkę, to jej zawartość zmieszać należy z 1 litrem mleka, 2 łyżkami masła i 2 łyżkami miodu. Robi się to w dużym garnku, bo jest to przepis na 10-12 osób. Do tego trzeba dodać 2 łyżki syropu klonowego (uwaga - tak "smaczne" klony w Polsce nie rosną), 1/2 łyżeczki majeranku, szczyptę pieprzu, 1 łyżeczki cynamonu, 1 łyżeczki gałki muszkatołowej i 1 łyżeczkę soli. Teraz wolno podgrzewa się zupę, mieszając i nie dopuszczając do zagotowania. Gdy jest już ciepła, dolewa się do niej cienkim strumieniem sok wyciśnięty z 1 pomarańczy i nadal miesza. Gotowe danie podaje się na gorąco. Ale tę samą potrawę można też podać jako chłodnik, trzeba tylko rozcieńczyć zupę dwiema szklankami zmrożonego mleka.


Zupa z żółtej dyni letniej (dla 6-8 osób)

Zupę z letniej, żółtej dyni, robioną tradycyjnie przez Indian Iroquois, współcześni ich potomkowie przygotowują w sposób następujący: do dużego garnka wkładają kilogram dyni, umytej i pokrojonej. Dokładają do tego 2 pory, jedną łyżkę miodu i gotują około 40 minut na wolnym ogniu. Potem dorzucają 1 łyżkę świeżego, posiekanego koperku. Całość przecierają przez sito i ponownie umieszczają w garnku, dosypując 1 łyżkę soli, 1/8 łyżki pieprzu. Podgrzewają jeszcze przez 5-10 minut. Zupę tak przygotowaną podają na gorąco lub po schłodzeniu, z tym że podawana jako chłodnik musi być rozcieńczona małą ilością wody.


Dynia pieczona z miodem i winem (dla 6-8 osób)

Współczesne Indianki nie pieką też dyni tak, jak to robili ich przodkowie, lecz radzą sobie z tym przy użyciu piekarników. Aby taką dynię upiec, biorą blaszkę, całą dynię wkładają do piekarnika nagrzanego do 180°C i pieką przez półtorej godziny. Wyjąwszy dynię z piekarnika, wycinają na jej szczycie otwór o średnicy 10 cm i przez niego wybierają ze środka miąższ i nasiona. Następnie mieszają 2 łyżki miodu z 2 łyżkami wina jabłkowego i 2 łyżkami stopionego masła i uzyskany płyn wlewają do środka dyni. Otwór zakrywają wykrojonym denkiem, wkładają całość z powrotem do piekarnika i pieką jeszcze przez 40 minut, podlewając dynię od czasu do czasu wodą. Tak przygotowane danie podają w całości na stół i dzielą na kliny jak arbuz. Każdą porcję polewają jeszcze dodatkowo małą ilością sosu z wnętrza dyni.


Dynia gotowana

Dziś Indianki gotują dynie także na różne sposoby. Można na przykład pokroić dynię na duże kawałki (po uprzednim wyjęciu z niej włóknistego miąższu i nasion) i wrzucić do garnka razem z 3 umytymi i pokrojonymi porami, 2 łyżkami masła lub tłuszczu kurzego, 1/2 łyżeczki soli i 1/8 łyżeczki pieprzu. Całość podgrzewa się pod przykryciem przez mniej więcej 30 minut, aż do zmięknięcia dyni, a potem podaje w miskach polane dwiema szklankami kurzego lub wołowego rosołu.


Smażone kwiaty dyni

Indianie jedli także i smażone kwiaty dyni. Aby tak sobie pojeść, należy trzy tuziny kwiatów zerwać przed kwitnieniem i umieścić je na dużej patelni z uprzednio mocno podgrzanym olejem i delikatnie zalać uprzednio przygotowaną mieszaniną zrobioną z jednej szklanki mleka, jednej łyżki mąki, jednej łyżeczki soli i szczypty pieprzu. Kwiaty piecze się tak długo, aż nabiorą złocistego koloru. Po tym należy odsączyć olej przez płótno i przybrać kwiaty papryką. Je się to na gorąco.






14 października dr hab. Prof. UWr Tomasz Nowak napisał do mnie wielce sympatyczny list o następującej treści:

Dziękujemy bardzo serdecznie za przygotowanie niezwykle interesującego referatu "Dynia w historii, kulturze i... żołądkach Indian" na seminarium w ramach Pierwszego Dolnośląskiego Festiwalu Dyni.
Odczytany przez naszego doktoranta Sławomira Czemplika tekst przyjęty został z wielkim aplauzem.
Mam nadzieję, że zechce Pan - wraz z innymi uczestnikami Polskiego Ruchu Przyjaciół Indian - wziąć udział w następnych edycjach Festiwalu.



Kontakt z autorem " Mieszaniny kaliszanina" Marek Cichomski .


Copyright by Marek Cichomski



Ilość osób obecnych teraz na stronie:


Idź do góry | Wróć do strony Marka | Wróć do strony głównej

stat4u
Copyright by Dariusz Lipecki