łabędź (1) - (Cyngus); duży ptak. Ma bardzo długą szyję i mocne skrzydła. Gnieździ się na jeziorach i wielkich stawach. Występuje w sześciu gatunkach w Eurazji, Ameryce Północnej i Południowej, oraz w Australii. Indianie Shawnee nazwali go waapehti
Indianie Chippewa opowiadali między innymi o Czerwonym Łabędziu. Treść tego mitu, przepleciona akcentami wskazującymi na jego powstanie (lub rozbudowanie) po dotarciu do Indian Białych, brzmi mniej więcej tak:
Trzech braci zostało we wczesnym dzieciństwie sierotami. Najstarszy, chociaż nie potrafił jeszcze zaopatrzyć ich we wszystko, co potrzebne do życia, polował, jak umiał, i dzięki temu, a także korzystając z zapasów żywności zostawionych przez ojca, trójka chłopców utrzymywała się przy życiu.
Jednak zdawać się mogło, że bardziej niż własna zapobiegliwość chroni ich jakaś wyższa siła. Ponieważ ojciec był pai-gwud-aw-diz-zid, czyli pustelnikiem, zamieszkał daleko od głównego skupiska plemienia, tak że kiedy on i jego żona zmarli, dzieci zostały same, bez sąsiadów czy przyjaciół; chłopcy nie mieli pojęcia, że gdzieś w pobliżu może być jakaś istota ludzka. Nie wiedzieli nawet, kim byli ich rodzice, gdyż w czasie kiedy umarli, nawet najstarszy był za mały, żeby pamiętać.
Chociaż mieszkali sami, nie rozpaczali. Pracowali ciężko, żeby się utrzymać, i po pewnym czasie wszyscy trzej umieli polować i zabijać zwierzęta. Najstarszy stał się wkrótce doświadczonym myśliwym i udawało mu się bez trudu zdobyć pożywienie. Odznaczał się zwłaszcza zręcznością w polowaniu na bizony, wapiti i łosie. Kiedy jego bracia podrośli na tyle, żeby z nim chodzić do lasu, pokazał im wszystkie ścieżki, a kiedy mogli już sobie radzić sami, oznajmił, że ich opuszcza i idzie na poszukiwanie ludzkich siedzib; przyrzekł, że wróci, kiedy będzie mógł przyprowadzić im żony. Ale bracia nalegali, żeby został, bo nie mogą się bez niego obejść. Nie pozwalali mu odejść. Maujeekewis - drugi z kolei - głośno wyrażał swoje niezadowolenie:
- Co uczynimy z tymi żonami, które obiecujesz przyprowadzić? Żyliśmy bez nich tak długo i nadal możemy się bez nich obyć.
Te słowa przeważyły i trzej bracia nadal żyli pod wspólnym dachem przez jakiś czas.
Pewnego dnia uradzili, że każdy z nich zabije samca tego gatunku zwierząt, na które umie polować najlepiej, a później z jego skóry sporządzi kołczan. Tak też uczynili i gdy tylko kołczany były gotowe, przystąpili do robieni strzał na wypadek nagłej potrzeby.
Wkrótce potem założyli się o to, który pierwszy wróci do domu za zwierzyną i przyrządzi ją jako poczęstunek dla pozostałych braci. Postawiono warunek, że każdy będzie polował tylko na te zwierzęta, na które zwykle poluje. Tak więc wyruszyli w różnych kierunkach. Najmłodszy z braci nie uszedł dlatego, gdy zobaczył niedźwiedzia, zwierzę, którego nie wolno mu było zabić. Jednakże podążył za nim, zastrzelił go i przyniósł do domu. Mimo, że było to sprzeczne z umową, zaczął odzierać go ze skóry. I wtedy nagle powietrze wokół niego zabarwiło się na czerwono.
Przetarł oczy i spojrzał znowu. Powietrze wciąż było czerwone, a w oddali usłyszał dziwny dźwięk, który z początku przypominał głos ludzki. Poszedł za nim, a po chwili dotarł nad brzeg jeziora i na wodzie zobaczył to, czego szukał - pięknego czerwonego łabędzia, którego upierzenie błyszczało w Słońcu, i który co pewien czas wydawał ten sam dźwięk, który wcześniej było słychać. Był w zasięgu strzału z łuku, więc przyciągnął cięciwę do ucha, starannie wycelował i strzelił. Strzała chybiła. Wówczas zaczął strzelać raz po raz, aż opróżnił kołczan. Łabędź wciąż unosił się na wodzie, pływając dokoła. Wyciągnął długą szyję i zanurzył dziób, jakby nie zdawał sobie sprawy z niebezpieczeństwa.
Najmłodszy z braci pobiegł do domu, zabrał resztę swoich strzał oraz strzały braci i wszystkie po kolei wystrzelił z łuku. Potem stanął i wpatrywał się w pięknego ptaka. Nagle przypomniał sobie słowa braci, że w starym ojcowskim worku z lekami są trzy magiczne strzały. Ruszył pędem do domu. Kiedy indziej pomyślałby może, że otwierając ojcowski worek popełnia świętokradztwo, ale teraz tak bardzo pragnął zabić łabędzia, że porwał trzy strzały i pobiegł z powrotem nad jezioro, zostawiając resztę zawartości worka rozrzuconą po całej chacie. Wystrzelił pierwszą strzałę z wielką precyzją i omal mie trafił. Druga strzała doszła jeszcze bliżej; po założeniu ostatniej strzały poczuł, że jego ramię staje się silniejsze a po napięciu cięciwy z wielką siłą zobaczył, że strzała przeszyła szyję łabędzia nieco powyżej piersi. Z początku ptak się nie poruszał, a potem powoli machając skrzydłami uniósł się w powietrze i odleciał w kierunku pungishemoo, miejsca, gdzie zachodzi Słońce.
Był rozczarowany. Wiedział, że bracia będą się na niego gniewać. Wskoczył więc do wody i uratował dwie magiczne strzały: trzecią uniósł ze sobą łabędź. Myśliwy pomyślał jednak, że ptak nie mógł odlecieć bardzo daleko i był zdecydowany podążać za nim, bez względu na to, co się stanie.
Ruszył więc biegiem. Był niezwykle szybki, gdyż potrafił wypuścić strzałę, i przegonić ją w locie. "Umiem chyżo biegać - myślał i prędzej czy później doścignę łabędzia."
Biegł na zachód przez wzgórza i prerie, aż tuż przed zapadnięciem nocy, gdy miał właśnie przebiec ostatni odcinek i poszukać miejsca do snu, usłyszał w oddali jakieś odgłosy i zrozumiał, że w pobliżu są ludzie. Mężczyźni ścinali drzewa, a uderzenia siekier rozlegały się w lesie szerokim echem. Kiedy Indianin Chippewa wyszedł z lasu, Słońce zachodziło właśnie za horyzont. Ucieszył się, że znalazł miejsce, gdzie mógłby wypocząć i dostać coś do jedzenia, gdyż opuścił dom bez żywności. Nęcąca perspektywa nie osłabiła jednak zapału, z jakim ruszył na poszukiwanie łabędzia, i czuł, że jeśli tylko wytrwa, to powiedzie mu się.
W pewnej odległości zobaczył przed sobą wieś rozrzuconą na zboczu wzgórza. Kiedy podszedł bliżej, usłyszał mudjee-kokokoho, wartownika, który ze swego stanowiska na wzniesieniu widział wszystko dokoła i obwieszczał o zbliżających się przyjaciołach czy wrogach słowami "Mamy gości!" A głośny krzyk w wiosce oznaczał, że wszyscy go słyszeli. Młodzieniec postąpił naprzód, a wartownik pokazał mu chatę wodza.
- Tam musisz pójść - powiedział i zostawił go samego.
- Wejdź, wejdź. Siadaj tutaj - zaprosił go wódz i wskazał na stronę, gdzie siedziała jego córka. - Tutaj musisz siąść.
Młodzieniec usiadł, postawiono przed nim jedzenie, ale ponieważ był obcy, nie wypytywano go zbytnio. Jeśli się odzywał, otrzymywał odpowiedzi, ale tylko wtedy zwracano się do niego.
- Córko - powiedział wódz, gdy zrobiło się ciemno - weź mokasyny zięcia i zobacz, czy nie są podarte. Jeśli tak, napraw je i wnieś jego tobołek.
Córka wodza była ładną dziewczyną. Jednakże Indianin Chippewa uważał to za dziwne, że tak go ciepło przyjęto i ożeniono w jednej chwili, chociaż nie wyraził takiego życzenia. Zdjął mokasyny. Upłynęło jednak trochę czasu, zanim młoda kobieta wyciągnęła po nie rękę. Nie spodobało mu się, że z tym zwleka, i kiedy po nie sięgnęła, wyrwał je z ręki dziewczyny i sam je zawiesił.
Położył się i rozmyślał o łabędziu. Potem zdecydował, że o świcie wyruszy w drogę.
Obudził się wcześnie i przemówił do młodej kobiety, ale nie odpowiedziała. Dotknął jej.
- Czego chcesz? - Spytała i obróciła się do niego plecami.
- Powiedz mi, kiedy przelatywał tędy łabędź? Szukam go. Wyjdź na dwór i wskaż mi drogę.
- Czy myślisz, że zdołasz go dogonić? - Spytała.
- Tak. Zapewnił.
- Naubesah, głupstwa prawisz! Powiedziała.
Mimo to wyszła z nim i wskazała kierunek, w którym powinien iść.
Młodzieniec szedł powoli, dopóki nie wstało Słońce. Wówczas zaczął wędrówkę ze zwykłą sobie szybkością. Biegł przez cały dzień, a z nadejściem nocy nieoczekiwanie znalazł się w pobliżu innej wioski, co go bardzo ucieszyło. Kiedy był jeszcze dość daleko, usłyszał wartownika wołającego: "Mamy gościa!" I zaraz wszyscy mężczyźni wyszli, żeby zobaczyć, kim jest nieznajomy. Znowu kazano mu wejść do chaty wodza i tam przyjęto w ten sam sposób jak poprzedniego wieczoru, z tą różnicą, że młoda kobieta była piękniejsza i przyjęła go bardzo uprzejmie.
Nalegano, aby został, on jednak myślał tylko o ptaku, za którym podążał. Przed brzaskiem zapytał młodą kobietę, o jakiej porze przelatywał łabędź, i prosił, aby mu wskazała drogę. Uczyniła to i powiedziała, że łabędź przeleciał poprzedniego dnia, gdy Słońce było pomiędzy południem a pungishemoo, miejscem, kędy zachodzi.
I znowu młodzieniec ruszył powoli, ale kiedy Słońce wstało, wypróbował szybkość swoich nóg, wypuszczając strzałę i biegnąć jej śladem; upadła za nim. Nic godnego uwagi nie zdarzyło się w ciągu dnia, wędrował naprzód wytrwale.
W jakiś czas po zapadnięciu zmroku zobaczył światło migocące w małej, niskiej chatce. Podszedł do niej ukradkiem i zerkając przez drzwi, zobaczył samotnego starca grzejącego plecy przy ogniu, a głową spuszczoną na piersi. Indianin Chippewa sądził, że stary człowiek nie wie o przybyciu gościa. Mylił się jednak; kiedy tylko zajrzał do środka, starzec odezwał się:
- Wejdź, nosis, mój wnuku. Usiądź naprzeciw mnie, zrzuć ubranie i wysusz. Musisz być zmęczony. A ja przygotuję ci coś do jedzenia.
Indianin Chippewa zrobił, co mu kazano. Wtedy stary czarownik powiedział:
- Kociołek z wodą stoi przy ogniu! I natychmiast mały metalowy garnek na nóżkach pojawił się przy ogniu. Potem starzec wziął jedno ziarnko kukurydzy, jedną czarną jagodę i włożył do garnka. Widząc to, młody człowiek powziął obawy, że odejdzie głodny, ale ani słowem, ani też spojrzeniem, nie zdradził swoich uczuć. Potrawa w garnku wkrótce się ugotowała. Wtedy starzec rozkazał kociołkowi stanąć dalej od ognia.
- Nosis rzekł posil się. I wręczył mu miskę z warząchwią zrobioną z tego samego metalu co garnek.
Młodzieniec nałożył na miską wszystko, co było w garnku, i w tej samej chwili zawstydził się swego postępowania. Zanim jednak zdążył coś powiedzieć, starzec rzekł:
- Jedz, jedz, nosis a wkrótce dodał:
- Nałóż sobie więcej.
Indianin Chipewa był zdumiony, że kociołek wciąż jest pełny. Nadal więc sobie dokładał; ale za każdym razem, gdy to robił, garnek znowu się napełniał, aż w końcu młodzieniec całkowicie zaspokoił głód. Czarownik wydał rozkaz i kociołek zajął swoje zwykłe miejsce po drugiej stronie izby.
Potem młodzieniec rozciągnął się na podłodze wygodnie i słuchał, co mówi gospodarz. Starzec powiedział mu, że musi trwać przy swoim zamiarze, a odniesie sukces.
- Nie wolno mi powiedzieć nic więcej, ale nie ustawaj w tym, co zacząłeś, a nie doznasz zawodu. Jutro dojdziesz do chaty drugiego z mich starszych kompanów; jednak dopiero następny powie, co zrobić, aby ci się powiodło. Czerwony Łabędź często tędy przelatuje, ale ci, którzy dotychczas go ścigali, nie wrócili. Musisz być wytrwały. Musisz być na wszystko przygotowany.
- Będę odrzekł młody człowiek.
Potem obydwaj położyli się spać. Wczesnym rankiem w kociołku czarownika było już gotowe jedzenie, tak aby gość mógł się posilić przed drogą. Czarownik dał Indianinowi Chippewa radę na pożegnanie i posłał go dalej.
W drodze młodzieniec stwierdził, że jest w lepszym nastroju niż od chwili opuszczenia domu. Znowu spędził noc u pewnego starca, który dobrze go przyjął, a następnego ranka udzielił wskazówek. Tego dnia podczas wędrówki młodzieniec miał jeszcze lepsze samopoczucie, gdyż przed zapadnięciem nocy spodziewał się spotkać osobę, która pokaże mu drogę do czerwonego łabędzia.
Z nastaniem ciemności dotarł do chaty trzeciego starca. Zanim jeszcze tworzył drzwi, usłyszał głos: "Wejdź, nosis", a kiedy wszedł, poczuł się od razu jak w domu. Starzec przyrządził mu coś do jedzenia w ten sam sposób jak inni czarownicy; kociołek miał dokładnie ten sam rozmiar i zrobiony był z tego samego metalu. Kiedy Indianin Chippewa skończył jeść, czarownik zwrócił się do niego:
- Młody człowieku, czeka cię trudne zadanie. Wielu przechodziło tędy z tym samym zamiarem, ale żaden nie wrócił. Bądź ostrożny, jeśli twoje duchy opiekuńcze są potężne, może ci się powiedzie. Czerwony Łabędź, za którym podążasz, to córka pewnego czarownika. Jest to człowiek wielce zamożny, ale córkę ceni prawie tak jak wampum. On sam kiedyś nosił na głowie wampum przyczepiony do skalpu. Ale potężni Indianie wojownicy pewnego zamieszkałego daleko wodza przyszli do niego i powiedzieli, że córka ich wodza, bliska śmierci, prosi o skalp wraz z wampumem, aby zwalczyć chorobę. Gdyby tylko mogła zobaczyć wampum, doszłaby do zdrowia. I tak, ponieważ usilnie nalegali, czarownik zgodził się rozstać z wampumem, chociaż po jego zdjęciu został z nagą, pokrwawioną głową. Minęło kilka lat, a głowa nie zagoiła się. Wojownicy oszukali czarownika; teraz stroją sobie żarty z jego skalpu i tańcząc chodzą z nim od wsi do wsi, a za każdą okazaną mu zniewagę starzec jęczy z bólu. Owi Indianie są bardzo potężni i wielu młodych ludzi straciło życie próbując odzyskać skalp. Zwabił ich Czerwony Łabędź, tak samo jak zwabił ciebie, a komu na tyle dopisze szczęście, że mu się powiedzie, zdobędzie w nagrodę samego czerwonego łabędzia.
Rankiem ruszysz w dalszą drogę, a pod wieczór dojdziesz do chaty czarownika. Jeszcze przed wejściem usłyszysz jego jęki. Zaprosi cię od razu do środka; nie ujrzysz nikogo prócz niego. Zapyta cię o twoje sny i o twoje duchy opiekuńcze. Potem poprosi, abyś mu przyniósł skalp. Pokaże ci drogę; jeśli zechcesz go odzyskać, a myślę, że zechcesz, idź naprzód, mój synu, z mocnym sercem. Bądź wytrwały, bo czuję, że ci się powiedzie.
- Spróbuję zapewnił młodzieniec i wczesnym rankiem następnego dnia, posiliwszy się uprzednio z magicznego kociołka, wyruszył w drogę.
Pod wieczór przybył do chaty, tak jak mu powiedziano, i usłyszał jęki czarownika. Zanim jeszcze otworzył drzwi, usłyszał zaproszenie:
- Wejdź!
Po przekroczeniu progu zobaczył skrwawioną głowę starca, który jęczał straszliwie.
- Siadaj, siadaj rzekł starzec a ja tymczasem przygotuję ci coś do jedzenia.
Potem przyrządził mu strawę tak samo jak inni czarownicy.
- Widzisz, jaki jestem biedny. Nie mam nikogo, kto by mi pomógł powiedział, ponieważ pragnął ukryć fakt, ż jest tam też Czerwony Łabędź.
Indianin Chippewa jednak wiedział, że chata jest przedzielona, i od czasu do czasu słyszał za przepierzeniem jakiś szelest. Zdjął skórzane nogawice i mokasyny, a kiedy jadł, czarodziej zaczął mu opowiadać, jak stracił swój skalp, o doznawanych zniewagach, o bólu, jaki musi znosić, i o dotychczasowych nieudanych próbach odzyskania skalpu. Opowiedział o wojownikach, którzy go skarali, jacy byli mocni i jacy liczni. Potem odwołał się do dumy młodzieńca, a także przyrzekł bogactwa w zamian za pomoc. Co pewien czas przerywał i jęczał, mówiąc:
- O! Jak haniebnie postępują z moim wampumem!
Indianin Chippewa słuchał. Potem starzec zapytał o jego sny enaw-baundum, co młodzieniec widział, kiedy spał w czasie gdy pościł i czernił twarz, aby sprowadzić duchy opiekuńcze. Młodzieniec opowiedział mu jeden sen. Czarownik jęknął.
- Nie! To nie ten.
Opowiedział mu drugi
- To nie ten jęknął znowu starzec.
Indianin Chippewa opowiedział mu kilka innych. Czarownik za każdym razem wydawał jęk i mówił dość opryskliwie:
- Nie! To nie te sny.
Młody człowiek pomyślał sobie: "Kim ty jesteś? Możesz jęczeć, ile ci się podoba, nie mam zamiaru opowiadać ci więcej snów."
Wtedy czarownik zapytał błagalnym tonem:
- Nie zdarzają ci się sny innego rodzaju?
- Zdarzają odparł młodzieniec i opowiedział mu jeden z nich.
- To ten! To ten! Zawołał czarownik. Za twoją sprawą będę żył. Pójdziesz więc i przyniesiesz mi skalp.
- Pójdę powiedział młodzieniec a pojutrze, gdy usłyszysz wołanie kakak, jastrzębia, dowiesz się za pośrednictwem tego znaku, że mi się powiodło. Musisz przygotować się na tę chwilę i wychylić przez drzwi tak, żebym w chwili, gdy przybędę, mógł umieścić skalp na twojej głowie.
- Zgoda powiedział czarownik. Stanie się jak mówisz.
Nazajutrz wczesnym rankiem Indianin Chippewa ruszył w drogę i mniej więcej w porze, gdy Słońce zmierza ku domowi, usłyszał głośne okrzyki. Był w lesie i myślał, że widzi tylko kilku mężczyzn. ale im dalej szedł, tym więcej widział. Aż wreszcie, gdy dotarł na otwartą równinę, głowy ich okazały się tak liczne jak zwisające liście. W środku ujrzał słup, na którym coś powiewało. Był to skalp. Od czasu do czasu powietrze rozdzierał okrzyk sau-sau-quan, gdyż wojownicy tańczyli wokół słupa Taniec wojenny. Zanim go zauważono, Indianin Chippewa przemienił się w no-noskau-see, koliba, i pofrunął w stronę skalpu.
Przelatując nad głowami ludzi, podfruwał do ich uszu i wydawał wibrujący dźwięk, jaki robi koliber w locie. Odskakiwali na bok i pytali jeden drugiego, co też to może być. Tymczasem on już prawie dosięgał wierzchołka słupa, lecz w obawie przed wykryciem przemienił się w me-sau-be-wau-aun, kłaczek puchu, i spłynął miękko na skalp. Odwiązał go i zaczął unosić w górę. Tylko to mógł zrobić trzymać go wysoko, bo skalp był bardzo ciężki. a kiedy się uniósł, wszyscy zawołali:
- Zabierają go nam, zabierają go nam!
Kłaczek puchu nie zatrzymał się, chociaż leciał tuż nad ich głowami. Szmer i poruszenie takiej masy ludzi przypominało stłumione uderzenia fal po sztormie. Wkrótce znacznie się od nich oddalił, więc zaprzestali pogoni. Wtedy przemienił się w jastrzębia i odleciał, wołając w czasie lotu.
Kiedy stary człowiek usłyszał wołanie kakak, wystawił głowę za drzwi. Wkrótce usłyszał szelest skrzydeł i w tej chwili stanął przed nim Indianin Chippewa, który wcisnął skalp wraz z wampumem na głowę starca z taką siłą, że podcięło mu nogi i zadrżał z bólu. Skalp przylgnął do głowy; młodzieniec wszedł do chaty i usiadł, czując się jak u siebie w domu.
Czarownik tak długo dochodził do siebie po zadanym ciosie, że młodzieniec zaczął się o niego obawiać. Wreszcie zaczął dawać oznaki życia. Poruszył się i usiadł. Gdy stanął na nogi, Indianin Chippewa zobaczył, że ma przed sobą przystojnego młodzieńca.
- Dziękuję ci przyjacielu powiedział czarownik. Przywróciłeś mi moją pierwotną postać. Tak chciał los, a ty osiągnąłeś zwycięstwo.
Potem czarownik nalegał, aby Indianin Chippewa pozostał jego gościem, i młodzieniec zatrzymał się u niego przez kilka dni; dwaj młodzi mężczyźni zaprzyjaźnili się na dobre. ani razu jednak czarownik nie wspomniał o Czerwonym Łabędziu.
W końcu nadszedł dzień, kiedy Indianin Chippewa przygotowywał się do odejścia. Wówczas czarownik w zapłacie za jego dzielność ofiarował mu różnego rodzaju wampumy, szaty i wiele innych rzeczy, które mogły uczynić zeń wpływowego człowieka. Ciekawość Indianina Chippewa sięgała szczytu, ale wciąż powstrzymywał się od pytania o czerwonego łabędzia, czując, że zachowałby się niewłaściwie, skoro gospodarz, który go tak hojnie wynagrodził, ani razu nie wspomniał o ptaku.
Podróżny tobołek był gotów i właśnie Indianin Chippewa zaciągał się fajką po raz ostatni, gdy czarownik zwrócił się w końcu do swego gościa:
- Przyjacielu, wiesz, dlaczego przybyłeś aż z tak daleka. Osiągnąłeś swój cel, a ja zaciągnąłem wobec ciebie dług wdzięczności. Twoje czyny nie pozostaną bez nagrody; jeżeli będziesz podejmował się innych zadań z takim samym zapałem, zawsze ci się powiedzie. Moje obowiązki zatrzymują mnie tu, gdzie jestem, chociaż byłbym szczęśliwy, gdybym mógł pójść z tobą. Dałem ci wszystko, co może być w życiu potrzebne, rozumiem więc, że powściągasz się od mówienia o Czerwonym Łabędziu. Przysięgałem jednak, że ten, kto zwróci mi skalp, będzie go miał.
Potem zawołał, a następnie zapukał w przepierzenie. Natychmiast drzwi się otworzyły i ukazał się Czerwony Łabędź. Była to najpiękniejsza młoda kobieta, a gdy stanęła przed Indianin Chippewa, tak wielki bił od niej urok, jakby nie była mieszkanką Ziemi.
- Weź ją powiedział czarownik. Jest moją siostrą, obchodź się z nią dobrze. Jest ciebie warta, a to, co uczyniłeś dla mnie, zasługuje nawet na większą nagrodę. Chętnie pójdzie z tobą do twoich krewnych i przyjaciół. Była na to przygotowana od dnia twego przybycia. Moje najlepsze życzenia pójdą razem z wami.
Młoda kobieta spojrzał życzliwie na męża. Indianin Chippewa pożegnał się z przyjacielem i wspólnie z żoną ruszył w powrotną drogę swoim dawnym śladem.
Wędrowali powoli, a po kilku dniach dotarli do chaty starego czarownika. Powitał ich tymi słowami:
- Jesteś człowiekiem silnego ducha. Powiedzie ci się we wszystkim.
A następnego ranka, gdy byli gotowi do drogi, starzec wyciągnął z kąta chaty worek i rzekł:
- Daję ci go, nosis. Zawiera podarek dla ciebie. Żyj szczęśliwie do późnej starości.
Potem młodzi pożegnali go i ruszyli w dalszą drogę. Wkrótce dotarli do chaty drugiego starzec, gdzie zostali przyjęci w ten sam sposób. Poszli dalej i niebawem przybyli do pierwszej z dwóch wiosek. Wartownik dał znać i Indianina Chippewa, jak poprzednio, zaprowadzono do chaty wodza.
- Siadaj tutaj zięciu przywitał go wódz, wskazując miejsce obok swej córki. I ty także powiedział do Czerwonego Łabędzia.
Córka wodza była zajęta robótką ręczną, starała się okazać obojętność; nie podniosła nawet głowy, żeby zobaczyć, kto przyszedł. Po chwili wódz rzekł:
- Niech ktoś wniesie tobołek naszego zięcia.
Kiedy wniesiono tobołek, młodzieniec otworzył worek, który otrzymał od trzeciego starca, i wyciągnął zeń wampum z paciorków, szaty i różne inne przedmioty. Ofiarował je teściowi, a wszyscy byli zdziwieni bogactwem daru. Córka wodza spojrzał na prezenty, a potem na Indianina Chippewa i jego piękną żonę. Przestała zajmować się robótką i przez reszt wieczoru była cicha i zamyślona. Rozmawiali o jego przygodach. Później wódz powiedział, że rano może zabrać jego córkę ze sobą w dalszą drogę.
- Dobrze odparł młodzieniec.
- Córko! Bądź rano gotowa do drogi przemówił znowu wódz.
Był tam jednak w chacie pewien Maujeekewis, który pragnął pojąc tę kobietę za żonę. Zerwał się na równe nogi mówiąc:
- Któż to taki, żeby ją miał wziąć za kilka podarunków? Zabije go! I podniósł nóż, który miał w ręku. Ale czekał tylko, aż ktoś go powstrzyma. Potem usiadł, bo w istocie był tchórzem.
Następnego dnia skoro świt ruszyli w drogę, a pod wieczór doszli do kolejnej wioski. Wartownik zawołał, a na jego okrzyk gromada mężczyzn, kobiety i dzieci wyszła im na spotkanie. Znowu zaprowadzono ich co chaty wodza, który pozdrowił ich słowami:
- Witam cię, zięciu. Potem porosił, aby gość usiadł obok jego córki. Dwie kobiety zrobiły to samo.
Kiedy wypalili fajkę i zjedli, wódz poprosił młodzieńca, by opowiedział o swoich przygodach, a ci, którzy przyszli do chaty posłuchać, patrzyli z podziwem i zdumieniem na Czerwonego Łabędzia, gdyż kobieta była naprawdę piękna. Wtedy Indianin Chippewa zdał im sprawę ze wszystkiego, co mu się przydarzyło; później zaś wódz powiedział, że braci młodzieńca poszukiwali go w tej wiosce. Potem jednak wrócili do domu, gdyż stracili nadzieję, że go jeszcze kiedyś zobaczą. Zakończył słowami, że skoro Indianin Chippewa miał tyle szczęścia i zachował się jak mężczyzna, powinien zabrać ze sobą jego córkę jako żonę.
- Chociaż twoi bracia byli tutaj, nieśmiałość powstrzymywała ich przed wejściem do naszych chat. Zapytali tylko o ciebie i odeszli. Weźmiesz moją córkę; obchodź się z nią dobrze, a to nas mocniej zwiąże.
Otóż zawsze zdarza się w wiosce, że mieszka w niej jakiś głupiec. Tak się zdarzyło i teraz, gdyż w chacie był pewien Maujeekewis, i kiedy młodzieniec ofiarował już podarki swojemu teściowi, ten Maujeekewis skoczył na równe nogi z wściekłością.
- Kim jest ten obcy, żeby ją wziął za żonę? Zapytał. Chcę ją mieć dla siebie!
Wódz kazał mu się uspokoić i nie wszczynać kłótni z kimś, kto cieszy się gościnnością.
- Nie, nie! Zawołał Maujeekewis i próbował uderzyć obcego.
Indianin Chippewa jednak nie obawiał się gróźb i nie zwracał na niego uwagi.
- Będę ja miał, będę ją miał! Zawołał tamten.
W tej sekundzie powaliła go na ziemię wojenna maczuga wodza. A gdy odzyskał przytomność, wódz zganił go za głupotę, mówiąc, żeby przestał pleść bzdury i wyszedł.
Po zakończeniu układów młodzieniec zaprosił na swoje tereny łowieckie część rodzin, gdyż nie brakowało tam zwierzyny. Zgodzili się; rankiem zebrała się spora grupa ludzi mająca mu towarzyszyć. Wódz z licznym zastępem wojowników odprowadził ich spory kawał drogi. Kiedy nadeszła pora powrotu, wygłosił przemówienie i błagał o błogosławieństwo Wielkiego duch dla swego zięcia i dla całej wyprawy.
Po kilkunastu dniach podróży Indianin Chippewa i towarzyszący mu ludzie znaleźli się w pobliżu jego dawnego domu. Wszyscy się zatrzymali, gdy tymczasem on sam wszedł, aby zobaczyć braci. Po przekroczeniu progu chaty stwierdził, że wszystko jest brudne i pokryte popiołem. Po jednej stronie zobaczył najstarszego brata, który siedział w popiele z uczernioną twarz i głośno płakał. Po drugiej stronie siedział drugi brat, Maujeekewis: miał także uczernioną twarz, a głowę jego pokrywały pióra i puch łabędzi. Wyglądał naprawdę dziwacznie. Indianin Chippewa nie mógł się powstrzymać od śmiechu, gdyż brat udawał taki smutek, że nie zwrócił uwagi na przybysza. Najstarszy brat wstał szybko miejsc, podał mu rękę, ucałował i był bardzo szczęśliwy, że go znów widzi.
Młodzieniec najpierw pomógł im posprzątać chatę, a potem oświadczył, że przyprowadził każdemu żonę. Słysząc to Maujeekewis zerwał się na nogi i zawołał:
- Czy to naprawdę ty? Czy to ty wróciłeś? I pobiegł do drzwi, żeby zerknąć na kobiety. Potem zaczął skakać i śmiać się. Kobiety! Kobiety! Wołał. takie przyjęcie zgotował swemu bratu.
Indianin Chippewa kazał im się umyć i przygotować, a sam zamierzał wyjść i przyprowadzić kobiety. Maujeekewis od razu zaczął się myć, ale co pewien czas wyglądał, żeby przyjrzeć się kobietom. Kiedy podeszły blisko, rzekł:
- Ta będzie dla mnie. Nie! Tamta będzie dla mnie!
Chodził, siadał na chwilę, potem znowu wstawał i wyglądał, i śmiał się. Zachowywał się jak szaleniec.
Kiedy tylko porządek został przywrócony i wszyscy usiedli, Indianin Chippewa przedstawił jedną z kobiet starszemu bratu.
- Ofiarowano mi te kobiety powiedział. Teraz ja daję żonę każdemu z was. Taki był mój zamiar od samego początku.
Maujeekewis przemówił w te słowa:
- No, chyba trzy żony to dla ciebie za dużo.
Potem Indianin Chippewa podprowadził jedną kobietę do Maujeekewisa.
- Bracie odezwał się oto kobieta dla ciebie, żyjcie szczęśliwie.
Maujekewis zwiesił głowę jakby zawstydzony, ale od czasu do czasu rzucał ukradkowe spojrzenie na żonę, a także na inne kobiety. Po chwili zwrócił się do swojej, zachowując się tak, jakby byli małżeństwem od lat.
- Żono powiedział pójdę na polowanie. I ruszył w drogę.
Przez pewien czas bracia żyli z spokoju. Ich wieś kwitła, liczba mieszkańców wzrastała i wszystkiego mieli pod dostatkiem. Jednakże po pewnym czasie dwaj starsi bracia zaczęli okazywać niezadowolenie. Najpierw skrytykowali najmłodszego za to, że wziął zaczarowane strzały zmarłego ojca. Potem nalegali, aby poszedł i poszukał w zamian innych, mając nadzieję, że po jego odejściu któryś z nich będzie mógł wziąć jego żonę. Pewnego dnia po wysłuchaniu ich nalegań powiedział, że wyruszy w drogę. Potem on i Maujeekewis poszli razem do chaty, w której była łaźnia. Nawet tam, w tym uświęconym miejscu, Maujeekewis robił mu wymówki o strzały. Najmłodszy brat przyrzekł, że pójdzie po nie, i następnego dnia zgodnie z danym słowem wyruszył.
Pokonał już spory szmat drogi, gdy zobaczywszy otwór w ziemi, zszedł na dół i zstąpił do krainy zmarłych. Była to piękna kraina, ciągnąca się daleko jak okiem sięgnąć. Zobaczył mnóstwo różnego rodzaju zwierząt. Najpierw podszedł do bizonów; zdziwił się bardzo, gdy przemówiły doń ludzkim głosem. Zapytały, dlaczego przybył, jak zszedł na dół i dlaczego ośmielił się odwiedzić krainę zmarłych. Powiedział, że przybył po magiczne strzały, żeby ułagodzić braci.
- W porządku oświadczył przywódca bizonów, który zamiast ciała miał same kości. Tak, wiemy o tym. Potem on i jego towarzysze odsunęli się jakby w obawie przed młodzieńcem. Znalazłeś się w miejscu, na którym nigdy dotąd nie stanął żywy człowiek podjął duch bizona. Wracaj natychmiast do swego plemienia, gdyż twoi bracia usiłują zhańbić twoją żonę. Idź, a dożyjesz sędziwego wieku. Będziesz żył i umierał szczęśliwy. Nie możesz wejść dalej do naszej krainy.
Młodzieniec spojrzał w kierunku jak mu się wydawało zachodnim i zobaczył jasne światło świecące jak Słońce, ale Słońca nie było widać.
- Co to za światło? Zapytał.
- To jest miejsce odrzekł ten sam bizon w którym mieszkają ci, co byli dobrzy.
- A tamta ciemna chmura? Zapytał raz jeszcze młody Indianin Chippewa.
- Mujee-izzhi-wabezewin, niegodziwość odpowiedział bizon.
Młodzieniec nie zadawał więcej pytań i z pomocą duchów opiekuńczych stanął znowu na ziemi, odetchnął powietrzem i zobaczył Słońce promieniujące zwykłym światłem. Nikt nie wie, co więcej widział w krainie zmarłych, albo dokąd poszedł i co robił, gdy opuścił to miejsce.
Długo wędrował pragnąć znaleźć sposób, jak zapewnić szczęście swojemu ludowi, aż w końcu pewnego wieczoru wrócił do wioski.
Mijając inne chaty zbliżył się do własnej. Usłyszał, jak bracia kłócą się, chcąc posiąść jego żonę, która dotąd pozostawała mu wierna, opłakiwała odejście i prawdopodobną śmierć męża. Młodzieniec nadsłuchiwał, póki się nie upewnił, o czym mówią. Potem wszedł do chaty, bez słowa osadził magiczne strzały w łuku, naciągnął cięciwę i wypuścił, zabijając braci na miejscu. Tak skończyło się współzawodnictwo między synami pustelnika i dopełnił się trwały i szczęśliwy związek między młodym Indianinem Chippewa a Czerwonym Łabędziem.
Według Indian Mandan dziki łabędź jest opiekunem dyni.
Cztery białe łabędzie wyznaczają u Indian Navajo krzyż czterech stron świata i wywołują wiatry wiejące z czterech kierunków.
łabędź (2) - Indianin Sioux Minneconjou. Zimowe Kroniki odnotowały, że w roku 1824/25 Łabędź stracił 20 koni. Zabił je rozgniewany na niego człowiek. Lanca i krew pokazują, w jaki sposób tego dokonał. Te same Kroniki odnotowały także, że zmarł on w latach 1866/67.
Łajba Jim - Indianin Modoc.
Do połowy XIX wieku Indianie Modoc nie znali Białych. Zaraz jednak po tym na ich ziemie zaczęli gromadnie przybywać osadnicy, zajmując najlepsze ziemie i oczekując uległości ze strony Indian Modoc. Indianie Modoc nawiązali z Białymi raczej pokojowe stosunki.
Biali żyjący w Yreka nadawali swoim indiańskim gościom nowe imiona, które brzmiały zabawnie w uszach Indian Modoc, tak, że często używali ich nawet między sobą. Kintpuash został nazwany Kapitanek Jackiem. Inni Indianie Modoc otrzymali takie imiona jak Łajba Jim, Statek Parowy Frank, Pobliźniona Twarz Charley, Boston Charley, Kędzierzawy Doktor, Shacknasty Jim, Schonchin John, Mąż Heleny czy też właśnie Łajba Jim, którego losy nierozerwalnie związały się z losami Kapitana Jacka.
Problemy między osadnikami a Indianami Modoc zaczęły się w czasie wojny secesyjne. Jeżeli Indianin nie mógł upolować jeleni dla swej rodziny, zabijał czasem krowę farmera lub, jeśli potrzebował konia, to zabierał go z pastwiska osadnika. Biali przyjaciele Indian Modoc traktowali to jako "podatek" nałożony przez Indian na osadników za korzystanie z ich ziemi, lecz większości osadników to się nie podobało i przez swych wpływowych przedstawicieli próbowali zawrzeć układ w celu sunięcia Indian Modoc z krainy nad jeziorem Tule.
W związku z powyższym do Indian Modoc przybyli komisarze Białych i obiecali Kapitanowi Jackowi i starszyźnie plemienia, że jeśli przeniosą się na północ, do rezerwatu w stanie Oregon, każda rodzina otrzyma ziemię na własność, zaprzęgi konne, wozy, narzędzia i sprzęt farmerski, branie i jedzenie wszystko na koszt rządu. Kapitan Jack chciał zatrzymać swą ziemię w pobliżu Tule, lecz komisarze na to się nie zgodzili. Chociaż niechętnie, Jack podpisał traktat i Indianie Modoc dali się na północ do Rezerwatu Klamath. Od samego początku zaczęły się kłopoty. Rezerwat znajdował się na terenie należącym do Indian Klamath a ci traktowali Indian Modoc jako intruzów. Gdy nowo przybyli przygotowywali żerdzie na ogrodzenie przyznanej im ziemi, Indianie Klamath je rozkradali. Zapasy żywności obiecane przez rząd nigdy nie nadeszły. Agent rezerwatu wydawał żywność i ubrania Indianom Klamath, lecz nigdy Indianom Modoc. Okazało się, że Kongres USA nigdy nie zatwierdził żadnych dotacji na zakup żywności dla Indian Modoc.
1872 roku rząd ponownie nakazał Indianom Modoc powrót do Rezerwatu Klamath. Jack odmówił. Wojsko otrzymało rozkaz przeprowadzenia ich siłą w dniu 28 listopada 1872 roku. Doszło do strzelaniny. Dowódca kawalerzystów rozkazał swym podwładnym otworzyć ogień. Przez kilka sekund trwała szybka wymiana strzałów, a następnie żołnierze wycofali się pozostawiając na polu walki jednego zabitego i siedmiu rannych.
Do tego momentu kobiety i dzieci Indian Modoc zdążyły wsiąść do swych łodzi wydrążonych w pniach drzew i powiosłować na południe w kierunku Tul. Kapitan Jack ze swymi wojownikami podążył za nimi wzdłuż wybrzeża, ukrywając się w gęstych zaroślach. Wszyscy zmierzali w stronę świętego miejsca Indian Modoc, do California Lava Beds położonego na południe od jeziora.
Gdy ścigający Indian żołnierze majora Jacksona przybyli do obozu Kapitana Jacka, mała grupa Indian Modoc prowadzona przez Łajbę Jima obozowała na przeciwległym brzegu Lost River. We wczesnych godzinach rannych, gdy Kapitan Jack uchodził ze swymi ludźmi w kierunku Lava Beds, usłyszał strzelaninę od strony obozu Łajby Jima.
- Oddaliłem się i nie chciałem walczyć powiedział później Jack. Zastrzelono już kilka moich kobiet i wojowników. Nie zatrzymałem się, by zbadać powód tej strzelaniny. Uciekałem dalej. Miałem bardzo mało ludzi i nie chciałem walczyć.
Przez dzień lub dwa Jack nie mógł się dowiedzieć, co przydarzyło się ludziom Łajby Jima, aż do czasu, gdy ten dotarł do jego obozu. Razem z nim był Kędzierzawy Doktor, Boston Charley i jedenastu innych Indian Modoc. Opowiedzieli oni Jackowi, że w czasie, gdy żołnierze przybyli do jego obozu, kilku osadników napadło na nich i zaczęło strzelać. Zabili oni niemowlę w ramionach matki i starą kobietę oraz zranili kilku mężczyzn. Po drodze do Lava Beds Łajba Jim wraz ze swymi wojownikami postanowił pomścić śmierć swych ludzi. Zatrzymując się na krótko w pobliżu leżącego na uboczu rancza, zabili dwunastu osadników. Początkowo Jack sądził, że Łajba Jim tylko się chwali, lecz inni potwierdzili ego słowa. Gdy wymienili imiona zabitych Białych, Jack nie mógł uwierzyć własnym uszom. Byli wśród nich osadnicy, którym znał i którym ufał.
- Po co zabiliście tych ludzi? Zapytał. Nigdy nie chciałem, byście pozbawiali życia moich przyjaciół. Uczyniliście to na swą własną odpowiedzialność.
Kapitan Jack miał teraz pewność, że żołnierze będą ich ścigali. Przybędą, by się zemści i nawet ogrom krainy Lava Beds ich od tego nie powstrzyma. Jako wódz wszystkich Indian Modoc sam będzie musiał odpowiadać za przestępstwa Łajby Jima i innych.
13 stycznia 1873 roku Indianie Modoc strzegący zewnętrznych linii obronnych zasygnalizowali zbliżanie się grupy Niebieskich Kurtek o urwiska powyżej Lava Beds. Indianie Modoc przepędzili ich kilkoma strzałami. Trzy dni później wojsko w sile 225 żołnierzy, wspieranych przez 104 ochotników z Oregonu i Kalifornii, pojawiło się we mgle zimowego popołudnia jak duchy. Zajęli oni pozycje wśród grzbietów górskich na wprost umocnień Kapitana Jacka, a gdy zapadła ciemność, zapalili ogniska, aby się rozgrzać. Dowódcy wojskowi mieli nadzieję, że gdy Indianie Modoc zobaczą taką siłę, wyjdą z rycia i poddadzą się.
Kapitan Jack był nawet skłonny się poddać. Wiedział, że wojsku najbardziej zależało na tych, którzy zabili osadników. Dlatego też był gotów wraz z nimi złożyć swe życie w ręce żołnierzy, zamiast narazić życie wszystkich swych ludzi w krwawej bitwie.
Łajba Jim, Kędzierzawy Doktor i inni, którzy brali udział w morderstwie osadników, byli przeciwni poddaniu się i zmusili Jacka do zwołania rady, aby zdecydować, jaką przyjąć linię działania. Z 51 wojowników tylko 14 głosowało za poddaniem się. 37 opowiedziało się za walką na śmierć i życie.
Przed świtem 17 stycznia Indianie usłyszeli trąbki wojskowe, których echo niosło się przez spowite we mgle Lavą Beds. W chwilę później haubice ogłosiły rozpoczęcie ataku Niebieskich Kurtek. Indianie Modoc byli gotowi na ich przyjęcie. Maskując się nakryciami głowy zrobionymi z bylicy i wyskakując z rozpadlin skalnych, staczali potyczki z żołnierzami pierwszej linii, a następnie szybko wracali do swych umocnień.
Przed zachodem Słońca mgła podniosła się i Indianie Modoc zobaczyli żołnierzy wycofujących się do swego obozu na szczytach gór. Wojownicy wyszli na pole walki, na którym leżały zwłoki zabitych żołnierzy, i znaleźli tam dziewięć karabinów i sześć pasów z amunicją. Nieco dale znaleźli więcej amunicji i zapasy żywności porzucone przez wycofujące się wojsko.
Gdy zapał zmrok, Indianie Modoc rozniecili duże ognisko i święcić swój pierwszy triumf. Nikt nie został zabity w czasie walki i nikt nie odniósł poważniejszych obrażeń, a ponadto zdobyli wystarczająco dużo broni i amunicji, by móc kontynuować walkę przez jeszcze jeden dzien. Następnego ranka Indianie znów byli gotowi na przyjęcie żołnierzy, lecz przybyło ich tylko kilku, a nad głowami powiewała biała flaga. Chcieli zabrać swych zabitych. Zanim dzień się skończył, wszyscy żołnierze wycofali się z gór. Sądząc, że niebieskie Kurtki powrócą, Kapitan Jack wysłał zwiadowców, by ich wypatrywali. Lecz dni mijały jeden za drugim, a żołnierze trzymali się z dala.
Dowódca atakujących sił domagał się przysłania posiłków.
28 lutego przybyła do Lava Beds kuzynka Kapitana Jacka, Winema, żona Białego o nazwisku Frank Riddle, który też towarzyszył jej wraz z trzema innymi mężczyznami. Byli oni przyjaciółmi Indian Modoc z czasów, gdy ci często odwiedzali Yrekę. Podczas zwołanej narady Biali tłumaczyli, że Wielki Ojciec w Waszyngtonie wysłał kilku delegatów, którzy chcą przedyskutować spraw zawarcia pokoju. Wielki Ojciec miał nadzieję zapobiec wojnie z Indianami Modoc i chciał, by przybyli oni na spotkanie z jego wysłannikami w celu znalezienia wspólnego sposobu na zawarcie pokoju. Wysłannicy ci czekali na ranczu Fairchilda w pobliżu Lava Beds.
Gdy Indianie Modoc zapytali, co spotka grupę Łajby Jima za zabicie osadników w Oregonie. Powiedziano im, że jeśli się poddadzą jako jeńcy wojenni, nie będą sądzeni zgodnie z prawem stanu Oregon, tylko zostaną przewiezieni i umieszczeni w rezerwacie w ciepłym klimacie Terytorium Indiańskiego lub Arizony.
- Wróćcie i powiedzcie wysłannikom odpowiedział Jack, - że jestem gotów spotkać się z nimi na naradzie i dowiedzieć się, co mają do zaofiarowania mnie i moim ludziom. Powiedz im, że mogą przybyć do mnie lub po mnie przysłać. Pójdę i spotkam się z nimi, jeżeli zapewnią mi ochronę przed wrogami podczas trwania narad pokojowych.
Następnego ranka goście odjechali, a Winema obiecała zawiadomić Jacka o czasie i miejscu narady. Tego samego dnia Łajba Jim wraz ze swymi ludźmi udał się na ranczo Fairchilda, gdzie spotkał się z wysłannikami i oświadczył, że Indianie chcą się poddać jako jeńcy wojenni.
Gdy ludzie Łajby Jima przybyli do kwatery Canby'ego z zaskakującą wiadomością o poddaniu się, generał był tak uradowany, że pośpiesznie wysłał telegram do Shermana zawiadamiając go, że wojna z Indianami Modoc została zakończona i prosząc o instrukcje co do tego, kiedy i gdzie ma przetransportować jeńców wojennych.
W podnieceniu Canby zapomniał zaaresztować Łajbę Jima, a Indianie Modoc powędrowali do obozu wojska, aby z bliska przyjrzeć się żołnierzom, którzy od tej chwili mieli chronić ich przed obywatelami stanu Oregon. Chodząc po obozie natknęli się na mieszkańca stanu Oregon, który rozpoznał ich i zagroził uwięzieniem za zamordowanie osadników nad rzeką Lost.
- Gubernator Oregonu zażądał krwi powiedział i gdy tylko dostanie ich w swe ręce, powiesi zgodnie z prawem.
Korzystając z pierwszej nadarzającej się okazji Łajba Jim i jego ludzie dosiedli koni i najszybciej jak mogli pogalopowali z powrotem do Lava Beds. Gdy przybyli na miejsce, ostrzegli Kapitana Jacka, aby nie jechał na ranczo Fairchilda na spotkanie z wysłannikami, ponieważ proponowana narada jest pułapką zastawioną na Indian Modoc w celu wysłania ich z powrotem do Oregonu, aby tam ich powiesić.
W ciągu następnych kilku dni, gdy Winema i Frank Rodle przewozili w obie strony wiadomości, podejrzenia ludzi Łajby Jima potwierdziły się w części, która ich dotyczyła. Nacisk polityczny z Oregon zmusił generała Canby'ego i członków komisji do cofnięcia amnestii oferowanej grupie Łajby Jima. Kapitan Jack i pozostali Indianie Modoc mogli jednak przyjść i poddać się z gwarancją bezpieczeństwa.
Kapitan Jack znalazł się w rozterce; jeśli opuści ludzi Łajby Jima, może uratować swoich; z drugiej strony Łajba Jim oddał mu się pod opiekę jako wodzowi wszystkich Indian Modoc.
6 marca, z pomocą swej siostry Mary, Jack napisał list do członków komisji. List ten Mary dostarczyła na ranczo Fairchilda.
"Zapomnijmy o wszystkim, wymażmy to z pamięci i niech nie będzie więcej krwi napisał. Z ciężkim sercem myślę o tych morderstwach. Mam niewiele ludzi i nie wiem, jak mógłbym z nich zrezygnować. Czy Biali zrezygnowaliby ze swych ludzi, którzy pomordowali moich ludzi... Rozumiem, że mógłbym pozostawić swego konia, gdyby groziło mu niebezpieczeństwo, lecz nie wyobrażam sobie, jak mógłbym opuścić swych ludzi, którym grozi powieszenie. Mogę pozwolić na powieszenie swego konia i nie płakać, gdy tak się stanie, lecz gdybym opuścił swych ludzi, z pewnością bym płakał."
Canby i członkowie komisji w dalszym ciągu jednak chcieli potkać się z Kapitanem Jackiem, by go przekonać, że wojna będzie większym złem dla jego ludzi, niż wydanie morderców. I chociaż generał Sherman doradzał Canby'emu użycie wojska przeciwko Indianom Modoc, "żeby żaden rezerwat nie był dla nich potrzebny, poza grobami w wybranej przez nich krainie Lava Beds", Canby starał się nie stracić cierpliwości.
21 marca Kapitan Jack i Pobliźniona Twarz Charley zauważyli Canby'ego z małą eskortą kawalerii zjeżdżającego ze szczytów gór w stronę ich obozu. Jack nie wiedział, jak sobie tłumaczyć to jawne działanie. Rozstawił swych wojowników pomiędzy skałami i obserwował sylwetkę jeźdźca, który pozostawił w tyle resztę żołnierzy i samotnie zbliżał się do obozu. Był to lekarz wojskowy, który zaproponował nieoficjalną rozmowę między Kapitanem Jackiem a generałem Conby. Kilka minut później doszło do tego spotkania. Canby zapewnił Jacka, że jeżeli wyprowadzi swych ludzi z Lava Beds, będą oni dobrze traktowani, otrzymają jedzeni, odzież oraz wiele prezentów. Jack odpowiedział pytaniem; dlaczego generał nie przywiózł ze sobą części tych prezentów, skoro ma tak wiele do zaoferowania. Zapytał również, dlaczego Canby nie wycofał swych wojsk, jako że Indianie chcą tylko, by ich pozostawiono w spokoju.
Podczas tego krótkiego spotkania ani Jack, ani Canby nie wspomnieli słowem o grupie Łajby Jima i o zabiciu osadników. Jack niczego nie obiecał; czekał na to, co uczyni Canby.
Tymczasem następnym posunięciem generała było sprowadzenie nowych oddziałów żołnierzy i rozmieszczenie ich po przeciwnej stronie umocnień Indian Modoc. Kompanie 1. i 21. piechoty, wspomagane przez 4. kompanie artylerii, miały obecnie łatwy dostęp do pozycji Indian.
2 kwietnia Kapitan Jack wysłał wiadomość do komisji pokojowej. Chciał spotkać się z nimi w połowie drogi między linią wojska i własnymi umocnieniami. Tego samego dania Canby, Meacham, Thomas i Dyar z Winemą i Frankiem Riddle przyjechali do skalnego wgłębienia poniżej obozu żołnierzy. Czekali tam na nich Jack, Łajba Jim i kilku innych Indian Modoc. Na dowód pokojowych zamiarów przyprowadzili ze sobą kobiety. Chociaż Jack powitał Meachama jak starego przyjaciela, Do Canby'ego zwrócił się z gorzką wymówką pytając, dlaczego rozstawił żołnierzy ze wszystkich stron i w tak małej odległości od umocnień Indian.
Canby starał się lekko potraktować to pytanie, odpowiadając, że przysunął swą kawalerię bliżej kwatery Jacka, aby mogli łatwiej spotykać się na narady, a żołnierze są mu potrzebni, aby mógł czuć się bezpiecznie. Jack nie przyjął wyjaśnień Canby'ego. Żądał, by żołnierze zostali wycofani z Lava Beds. Następnie poruszył delikatną sprawę grupy Łajby Jima. Powiedział, że nie może być mowy o poddaniu, dopóki ludziom Łajby Jima nie zagwarantuje się takiego samego traktowania jak innym członkom plemienia. Canby odparł, że władze wojskowe będą musiały zdecydować, co z nimi uczynić i gdzie ich wysłać, lecz nie może obiecać amnestii dla zabójców osadników.
Dwa dni później Jack wysłał wiadomość do Alfreda Meachama, że chce spotkać się z nim oraz z innym starym przyjacielem, Jofnem Fairchildem, właścicielem pobliskiego rancza.
- Teraz możemy porozmawiać powiedział Jack. Znam ciebie i Firchilda. Znam wasze serca.
Następnie wyjaśnił, z jaki sposób żołnierze zmusili ich do ucieczki z kraju nad rzeką Lost i szukani schronienia w Lava Beds.
- Dajcie mi dom nad rzeką Lost prosił. Potrafię zaopiekować się swymi ludźmi. Nie proszę nikogo o pomoc. Sami potrafimy zapewnić sobie warunki do życia. Dajcie nam tę samą szansę, jaką mieli inni ludzie.
Meacham zwrócił uwagę na fakt, że rzeka Lost znajduje się w stanie Oregon, gdzie Indianie Modoc przelali krew osadników Białych.
- Krew ta zawsze będzie dzielić was od Białych oświadczył.
Jack milczał przez chwilę.
Słyszałem te słowa powiedział. Daj mi Lava Beds, bym tu zamieszkał. Mogę tu żyć. Zabierz wojsko, to wszystko załatwimy. Nikt nigdy nie będzie chciał tych skał. Daj mi tutaj dom.
Meacham odpowiedział, że Indianie Modoc nie mogą żyć w pokoju w Lava Beds, dopóki nie wydadzą tych, którzy dopuścili się morderstwa nad rzeką Lost. Obiecał, że zostaną oni osądzeni zgodnie z prawem.
- Kto będzie ich sądzić? Zapytał Jack. Biali czy Indianie?
- Oczywiście Biali oświadczył Meacham.
- W takim razie czy wydacie tych, którzy zabili indiańskie kobiety i dzieci nad rzeką Lost, aby zostali sądzeni przez Indian Modoc?
Meacham pokręcił głową;
- Prawo Indian Modoc umarło. Teraz krajem rządzi prawo Białego; a obowiązywać może w danej chwili tylko jedno prawo.
- Czy osądzicie tych, którzy strzelali do moich ludzi, zgodnie z waszym prawem? Kontynuował Jack, ale i Meacham i Kapitan Jack wiedzieli, że tak nie będzie.
- Tym krajem rządzi prawo Białych powtórzył członek komisji. Prawo Indian umarło.
- Prawo Białego jest dobre dla Białych powiedział Jack. Zostało ono pomyślane tak, że wyklucz Indian. Nie, przyjacielu, nie mogę wydać tych młodych ludzi na powieszenie. Wiem, że postąpili źle ich krew była zła... Lecz oni nie zaczęli. To Biali zaczęli pierwsi... Nie, nie mogę wydać swych młodych ludzi. Zabierz wojsko, a wszelkie kłopoty się skończą.
- Wojsko nie może ostać zabrane, dopóki pozostajecie w Lava Beds odpowiedział Meacham.
Chwytając Meachama za rękę Jack zapytał błagalnie:
- Powiedz mi, przyjacielu, co mam zrobić? Ja nie chcę walki.
- Jedynym sposobem na zawarcie teraz pokoju jest wyjście z gór powiedział Meacham. Pokój nie może zostać zawarty, dopóki pozostajecie w Lava Beds.
- Mówisz mi, żebym wyszedł i oddał się w twe ręce zawołał Jack. Nie mogę tego uczynić. Nie boję się, nie. Ja się nie boję, lecz moi ludzie się boją... Jestem głosem swych ludzi... Jestem Indianinem Modoc. Nie boję się umrzeć. Mogę mu [Canby'emu] pokazać, jak Indianin Modoc potrafi umierać.
Obaj mężczyźni wiedzieli, że nie było już nic więcej o powiedzenia. Meacham zaprosił Jacka, aby towarzyszył mu z powrotem do obozu wojska, gdzie mógłby kontynuować rozmowę z generałem Canby i innymi członkami komisji, lecz Jack odmówił. Powiedział, że musi najpierw naradzić się ze swymi ludźmi i dopiero po tym zawiadomi komisję, czy rozmowy zostaną podjęte.
Gdy Meacham zameldował generałowi Canby, że Kapitan Jack nie wyda ludzi Łajby Jack i w związku z tym nigdy nie podda Lava Bedss be walki, Canby postanowił dać jeszcze jedną szansę tym poród plemienia, którzy zdecydują się poddać. Następnego dnia posłał Winemę, aby zawiadomiła Jacka, że każdy z jego ludzi, który zechce się poddać, może wrócić razem z nią.
Gdy Winema czekała, Kapitan Jack zwołał naradę. Jedynie jedenastu Indian Modoc głosowało za przyjęciem propozycji Canby'ego. Łajba Jim, Schonhcin John i Kędzierzawy doktor wypowiedzieli się przeciwko poddaniu, oskarżając Canby'ego i innych członków komisji o planowanie zdrady. Narada zakończyła się ostrzeżeniem ze strony ludzi Łajby Jima, że zabiją każdego Indianina Modoc, który będzie chciał się poddać.
Tego wieczoru, gdy Winema wyruszyła do kwatery Canby'ego, zatrzymał ją młody, spokrewniony z nią Indianin Modoc o imieniu Weuim. Powiedział, aby nie przychodziła więcej do twierdzy Indian Modoc, oraz by zawiadomiła swych przyjaciół spośród białych, że mają się więcej nie spotykać z Indianami Modoc na naradach. Ludzie Łajby Jima zabiją każdego, kto im się sprzeciwi powiedział Weuim. Winema wróciła do obozu żołnierzy, lecz obawiała się powiedzie o tym ostrzeżeniu komukolwiek poza własnym mężem. Frank Riddle natychmiast udał się do kwatery wodza i poinformował członków komisji o ostrzeżeniu, ale nikt nie potraktował tego poważnie.
Tymczasem w Lava Beds wrogość w stosunku do członków komisji pokojowej Białych przybierała na sile. W nocy 7 kwietnia Łajba Jim ze swymi ludźmi zdecydował się zagrać w otwarte karty ze swym wodzem. Niektórzy podejrzewali Jacka, że jest bliski zdrady.
Schonchin John otworzył naradę gorzkimi słowami:
- Wiele razy wpadałem w pułapki zastawione przez Białych, którzy mnie oszukali. Nie mam zamiaru zostać znowu oszukany.
Oskarżył on też komisję pokojową o podstęp i granie na zwłokę, aby dowództwo wojsk mogło ściągnąć więcej żołnierzy i broni:
- Gdy będą uważali, że żołnierzy jest dość, rzucą się na nas i wszystkich pozabijają.
Następnie przemówił Czarny Jim:
- Jeśli o mnie chodzi, nie mam zamiaru dać się schwytać w pułapkę i jak pies zostać zastrzelony przez żołnierzy. Zamierzam zabić siebie, zanim żołnierze mnie dosięgną.
Następnie głosował za zabiciem członków komisji pokojowej, gdy przybędą na następną naradę.
Gdy Kapitan Jack zorientował się, do czego mogą doprowadzać takie wypowiedzi, usiłował przekonać mówców, że nie mają racji. Prosił o czas, w którym mógłby pertraktować z komisarzami starając się wybronić ludzi Łajby Jima oraz otrzymać dobre miejsce na rezerwat.
- Nie proszę o nic więcej, tylko o to, abyście się dobrze sprawowali i czekali.
Czarny Jim oskarżył Jacka o krótkowzroczność;
- Czy nie widzisz, że żołnierze przybędą tu za dwa lub trzy dni? Czy nie wiesz, że żołnierze, którzy przybyli ostatnio, przywiedli ze sobą wielkie działa strzelające pociskami tak dużymi jak twoja głowa? Komisarze mają zamiar zawrzeć z tobą pokój w ten sposób, że odetną ci głowę jednym z tych pocisków.
Inni mówcy popierali stanowisko Czarnego Jima i gdy Jack ponownie starał się przemówić im do rozsądku, zakrzyczeli go:
- Twoje słowa nie są dobre. Jesteśmy skazani na zagładę. Pozwól nam walczyć, abyśmy szybciej umarli. I tak musimy umrzeć. Uważając, że dalszy spór nie ma sensu, Jack chciał opuścić naradę, lecz Czarny Jim go zatrzymał.
- Jeżeli jesteś naszym wodzem, obiecaj, że zabijesz Canby'ego, gdy go ponownie spotkasz.
- Nie mogę i nie zrobię tego.
Łajba Jim, który dotychczas milczał, zbliżył się do wodza;
- Zabijesz Canby'ego lub sam zginiesz. Zabijesz lub zostaniesz zabity przez swoich ludzi.
Jack wiedział, że jest to wyzwanie rzucone mu jako wodzowi, lecz pohamował swój gniew.
- Dlaczego chcecie mnie zmusić, bym postąpił jak tchórz?
- To nie tchórzostwo odpowiedział Łajba Jim. Zabicie Canby'ego w obecności wszystkich żołnierzy będzie bohaterstwem.
Odmawiając związania się jakąkolwiek obietnicą, Jack ponownie starał się opuścić narad. Ktoś z grupy Łajby Jima rzucił mu na ramiona szal i nakrycie głowy kobiety szydząc z niego:
- Jesteś kobietą! Kobietą o sercu ryby. Nie jesteś wojownikiem Indian Modoc. Wypieramy się ciebie.
Jack wiedział, że aby utrzymać władzę i zyskać na czasie, musi przemówić.
- Zabiję Canby'ego rzekł. Odepchnął mężczyzn zagradzających mu przejście i samotnie udał się do jaskini.
Przez następne dni Winem nie przychodziła z wiadomościami. Dlatego też wysłano Bostona Chaleya, który mówił i rozumiał po angielsku, aby zawiadomił generała Canbyego, że Indianie Modoc chcą spotkać się z nim i z innymi członkami komisji w piątek, 11 kwietnia, rano. Indianie Modoc przybędą do namiotu narad bez broni, powiedział BostonCharley Canby'emu, i spodziewają się, że komisarze również będą nieuzbrojeni.
Rankiem 10 kwietnia Jack zebrał swych ludzi przed wejściem do jaskini. Był to wiosenny dzień i Słonce szybko rozpraszało nocną mgłę. Wtedy też powiedział;
- Moje serce mówi mi, że z równym powodzeniem mógłbym przemawiać do chmur i wiatru, lecz chcę powiedzieć, że życie jest słodkie, a miłość silna. Człowiek walczy, by ratować swe życie, człowiek również zabije, aby zdobyć to, czego serce jego pożąda. To jest miłe. Śmierć jest wielkim złem. Śmierć wkrótce do nas przybędzie.
Powiedział też swoim słuchaczom, że jeżeli znowu rozpoczną walkę, zginą wszyscy wraz z kobietami i dziećmi. Jeżeli muszą walczyć, niech pozwolą, aby żołnierze zaczęli. Przypominał im, że obiecał komisarzom nie podejmować żadnych kroków wojennych tak dług, jak długo będą trwały narady pokojowe.
- Pozwólcie mi pokazać światu, że Kapitan Jack dotrzymuje słowa.
Następnie powrócił do swej obietnicy zabicia generała Canby'ego;
- Nie każcie mi jej dotrzymywać. Jeżeli zmusicie mnie, abym dotrzymał tego, co powiedziałem w gniewie, będziemy zgubieni. Łajbo Jimie, wiesz o tym tak samo jak ja.
- Nie zwalniam cię z danej obietnicy - odparł Łajba Jim. Musisz zabić Canby'ego. Twoja mowa jest dobra, lecz teraz jest na nią za późno.
Jack przyjrzał się pięćdziesięciu mężczyznom siedzącym wokół niego na skałach. Słońce padało na ich ciemne twarze.
- Niech ci, którzy chcą, abym zabił Canbyego powstaną.
Powstali wszyscy, z wyjątkiem dwunastu najbardziej lojalnych.
- Widzę, że nie kochacie życia ani niczego innego. Powiedział Kapitan Jack a głos jego posmutniał, gdy gorączkowo szukał jakiegoś wyjścia z te sytuacji.
- W trakcie narady z Canbym oświadczył zawiadomię generała o żądaniach Indian Modoc. Poproszę go kilkakrotnie. Jeżeli przyjmie moje warunki, nie zabiję go. Czy słyszeliście?
- Tak - odpowiedzieli.
- Czy to wam wystarczy?
- Tak - zgodzili się.
Od tej chwili jednie Canby mógł zapobiec dalszemu przelewowi krwi.
Wielki Piątek 1873 roku wstał jasny, z chłodnym wiaterkiem poruszającym płótna namiotu obrad, który w dalszym ciągu znajdował się między obozem wojskowym a umocnieniami Lava Beds. Kapitan Jack, Łajba Jim, Schonchin John, Mąż Helen i Shacknasty Jim dotarli do miejsca narady i jeden z nich rozpalił ognisko, aby mogli się ogrzać czekając na przybycie członków komisji. Tym razem nie przyprowadzili ze sobą kobiet. Nikt także nie wziął karabin, choć wszyscy mieli ukryte pod kurtkami pistolety.
Komisja się spóźniła (Winem ostrzegała ich, aby w ogóle nie szli), lecz parę minut po jedenastej ukazali się idący piechotą generał Canby, wielebny Thomas, a za nimi nadjechali konno L. S. Dyar, Alfred Meacham, Winema i Frank Riddle. Komisji towarzyszyli tłumacze Boston Charley i Bogus Charley, którzy wcześniej udali się do obozu wojska. Obaj mieli karabiny, natomiast członkowie komisji nie mieli żadnej widocznej broni, ale Meacham i Dyar mieli w kieszeniach małe pistolety dużego kalibru.
Canby przyniósł ze sobą pudełko cygar i Gd doszedł do maniotu, poczęstował nimi wszystkich mężczyzn. Za pomocą płonących gałązek zapalili cygara i usiedli na kamieniach wokół, paląc w ciszy przez kilka minut.
Jak wspominał później Frank Riddle, Canby przemówił pierwszy.
Powiedział im, że pracuje z Indianami już d trzydziestu lat i że przybył do nich, by zawrzeć pokój i szczerze z nimi porozmawiać, oraz że dopilnuje, by otrzymali wszystko, co im obiecał, i jeżeli zejdą ze skał i udadzą się z nim, zaprowadzi ich do dobrego kraju i rządzi ich tak, że będą mogli żyć tak samo jak Biali.
Następnie przemówił Meacham, zaczynając tradycyjnie od przypomnienia, że Wielki Ojciec z Waszyngtonu przysłał go, aby zmazał krew, która została przelana. Powiedział, że ma nadzieję zaprowadzić ich do dobrego kraju, gdzie będą mieli domy oraz pod dostatkiem jedzenia, ubrań i koców. Gdy Meacham zakończył swe wystąpienie, Kapitan Jack powiedział, że nie chce porzucać krainy Indian Modoc, i poprosił o wyznaczenie rezerwatu w pobliżu Tula Lake i Lava Beds. Powtórzył również swe poprzednie żądanie, aby wojsko zostało usunięte, zanim przystąpi do rozmów pokojowych.
Widać było wyraźnie, że Meachama zdenerwowało ponawianie przez Jacka tych żądań. Podniósł głos;
- Porozmawiajmy jak mężczyźni, a nie jak dzieci.
Następnie zaproponował, aby ci Indianie Modoc, którzy chcą zostać w Lava Beds, pozostali do czasu, aż znajdzie się dla nich rezerwat, w którym mogliby żyć z pokoju.
Schonchin John, który siedział w odległości dziesięciu stóp przed Meachamem, zdenerwował się i powiedział w języku modoc, by komisarz się zamknął. W tym momencie Łajba Jim wstał i podszedł do konia Meachama, który stał obok komisarza. Płaszcz Meachama leżał na siodle. Łajba Jim wziął płaszcz, założył go i zapiął, a następnie naśladując komisarza podszedł do ogniska.
- Czy uważacie, że wyglądam jak Meacham? Zapytał łamaną angielszczyzną.
Meacham starał się obrócić to w żart. Zaproponował Łajbie Jimowi swój kapelusz.
- Weź go i włóż na głowę, a wtedy będziesz Meachamem.
Łajba Jim przestał stroić żarty.
- Poczekaj chwilkę. Wkrótce kapelusz będzie mój.
Canby najwyraźniej zrozumiał znaczenie słów Łajby Jima. Szybko wrócił do przerwanej rozmowy mówiąc, że tylko Wielki Ojciec z Waszyngtonu ma prawo wycofać żołnierzy. Poprosił Jacka, by mu zaufał.
- Chcę ci powiedzieć Canby, odpowiedział Jack, - że nie możemy zawrzeć pokoju tak długo, jak długo ci żołnierze nas otaczają. Jeżeli kiedykolwiek chcesz obiecać mi dom, zrób to teraz. Teraz, Canby, obiecaj mi. Nie chcę więcej. Teraz jest twoja szansa. Czuję się zmęczony czekaniem, żebyś zaczął mówić.
Meacham wyczuł niecierpliwość w głosie Kapitana.
- Generale, na miły Bóg, obiecaj mi! Zawołał.
Zanim Canby mógł cokolwiek odpowiedzieć, Jack poderwał się na nogi i odszedł od ognia. Schonchin John odwrócił się do generała.
- Zabierz żołnierzy. Oddaj nam z powrotem nasz kraj zawołał. Jesteśmy zmęczeni rozmowami. Nie będzie więcej rozmów.
Kapitan Jack odwrócił się mówiąc językiem modoc: Ot-we-kau-tux-e (wszyscy gotowi), wyciągnął spod kurtki pistolet i wymierzył w Canby'ego. Dało się słyszeć uderzenie iglicy, lecz broń nie wypaliła. Canby przyglądał się zdumiony, gdy nagle pistolet wystrzelił i generał padł martwy. Niemal w tym samym momencie Boston Charley strzelił do wielebnego Thomasa i też go zabił. Winema uratowała życie Meachamowi wytrącając Schonchinowi Johnowi pistolet z ręki. Powstało zamieszanie, w czasie którego Dyar i Riddle uciekli.
Po zdjęciu munduru z Canby'ego Jack poprowadził Indian Modoc z powrotem do obozu, aby tam czekać na przyjście żołnierzy. Sprawa wydania Łajby Jima, stanowiąca najtrudniejszy problem, nie została nawet wspomniana podczas tej ostatniej narady.
Trzy dni później rozpoczęła się walka. Bateria dział ostrzeliwała Lava Bds, a szeregi piechoty nacierały na linie obronne. Gdy w końcu żołnierze zdobyli umocnienia, nie znaleźli w nich nikogo. Indianie Modoc wymknęli się jaskiniami i szczelinami skalnymi. Nie chcą ścigać tych walecznych Indian do miejsc, w których znaleźli schronienie, władze wojskowe zaangażowały 72 przekupnych Indian Tenino z rezerwatu Warm Springs w stanie Oregon. Indianie ci odnaleźli kryjówkę Indian Modoc, lecz gdy sprowadzili żołnierzy, aby ich pojmali, Kapitan Jacka zastawił na nich pułapkę i niemal doszczętnie rozbił patrol zwiadowców.
W końcu siła ognia i ogromna liczebność żołnierzy zmusiła Indian Modoc do rozproszenia się. Aby zdobyć jedzenie, musieli oni zarzynać konie i przez kilka dni nie mieli wody do picia. Gdy straty w ludziach wzrosły wśród Indian, Łajba Jim zaczął krytykować strategię Kapitana Jacka. Po kilku dniach ucieczek, krycia się i walk Łajba Jim, wraz ze swymi ludźmi, opuścił wodza, który udzielił mu schronieni i odmówił wydania ich generałowi Canby. Przy Jacku pozostało zaledwie 37 wojowników, aby walczyć z ponad tysiącem żołnierzy.
Niedługo później grupa Łajby Jima poddała się wojsku i za cenę amnestii obiecała pomoc w tropieniu Kapitana Jacka. Nowy dowódca, generał Jefferson C. Davis, zapewnił im ochronę wojskową i 27 maja Łajba Jim i trzej jego ludzie wyruszyli, by zdradzić wodza, który odmówił ich wydania. Znaleźli Jacka w pobliżu Clear Lake, gdzie urządzili z nim spotkanie, mówiąc mu, że zostali przysłani przez żołnierzy, aby im się poddał.
- Żołnierze zagwarantują Indianom Modoc sprawiedliwość pod dostatkiem żywności powiedzieli.
- Nie jesteście lepsi od kojotów, które żyją w dolinie odpowiedział Jack. Przybyliście tu na wojskowych koniach, uzbrojeni w wojskowe karabiny. Chcecie kupić swobodę i wolność za cenę pojmania mnie i dostarczenia żołnierzom. Wiecie teraz, jak słodkie jest życie, lecz nie uważaliście tak, gdy zmuszaliście mnie, abym obiecał, że zabiję tego człowieka, Canby'ego. Zawsze wiedziałem, że życie jest słodkie, dlatego nie chciałem walczyć z Białymi. Myślałem, że będziemy razem, gdy przyjdzie walczyć i umierać. Widzę teraz, że jestem jedynym, który ma poświęcić swe życie i może także życie jednego lub dwóch innych wojowników, za życie Canby'ego. Ty i inni, którzy się poddali, żyjecie wygodnie i, jak mówicie, macie pod dostatkiem jedzenia. Och, wy, mężczyźni o sercach ptaków, zwróciliście się przeciwko mnie.
Najbardziej rozgniewał wodza Indian Modoc fakt, że zdrajcami byli ci sami ludzie, którzy niegdyś zarzucili mu na głowę ubranie kobiece i nazwali go kobietą o rybim sercu, wymuszając na nim obietnicę zabicia Canbyego. Powiedział im, że postanowił umrzeć z broną w ręku, a nie z pętlą wokół szyi, a następnie rozkazał im wrócić i żyć z Białymi, jeśli tego chcą. Lecz poprzysiągł im także, że jeśli kiedykolwiek znajdą się w zasięgu strzału jego karabinu, zastrzeli ich jak brudne psy.
Przez kilka następnych dni trwał pościg. Przypominał bardziej "ściganie dzikiego zwierzęcia", powiedział generał Davis, "oddziały współzawodniczyły ze sobą, który pierwszy znajdzie się na finiszu".
Po wyczerpującym pościgu przez poszarpane skały i gęstwiny mała grupa żołnierzy otoczyła Kapitana Jacka i trzech wojowników, którzy pozostali przy nim do końca. Gdy Jack wyszedł, aby się poddać, miał na sobie brudny, podarty niebieski mundur generała Canby'ego. Oświadczył:
- Jestem gotów umrzeć.
Generał Davis chciał, by Jack natychmiast został powieszony, lecz Ministerstwo wojny w Waszyngtonie rozkazało, by został osądzony. Rozprawa odbyła się w Forcie Klamath w lipcu 1873 roku. Kapitan Jack, Schonchin John, Boston Charley i Czarny Jim byli sądzeni za morderstwo. Żaden adwokat nie bronił Indian Modoc, choć przyznano im prawo do krzyżowego przesłuchania świadków. Większość z nich jednak niewiele rozumiała po angielsku, a wszyscy mówili bardzo źle. Już w czasie trwania rozprawy żołnierze pracowali przy budowie szafotu przed więzieniem, tak że nie było żadnej wątpliwości co do tego, jaki będzie wyrok.
Wśród świadków oskarżenia znalazł się Łajba Jim ze swymi ludźmi. Kapitan Jack nie zadawał mu żadnych pytań, lecz w swym ostatnim słowie, tłumaczonym przez Franka Riddle'a, powiedział:
- Łajba Jim jest tym, który zawsze chciał walczyć, zabijał i mordował ... Życie należy do mnie tylko przez krótki czas. Wy, Biali, nie zwyciężyliście mnie. Uczynili to moi ludzie.
Kapitan Jack został powieszony 3 października. Pozostałych 53 członów plemienia, wraz z grupą Łajby Jima, zostało przewiezionych na obszar Terytorium Indiańskiego. Sześć lat później Łajba Jim zmarł, a w roku 1909, gdy większość z nich już nie żyła, rząd zdecydował się pozwolić pozostałym 51 Indianom Modoc na powrót do rezerwatu w stanie Oregon.
łapacz snów - Zgodnie z tradycją, przyrządy te wykonywane są z miękkiego drzewa (na przykład z wierzby) w kształcie koła. W środku tka się coś w rodzaju pajęczyny ze zwierzęcych ścięgien, lub długiego, wąskiego rzemienia z surowej skóry.
Indianie wierzący w nadprzyrodzoną moc łapaczy snów powiadają, że sny, zarówno te dobre, jak i złe, zsyłane są z ciemnego, nocnego nieba. Złe sny, jako te wielkie i niezdarne, wpadają w sieć i grzęzną w niej, by pod wpływem promieni porannego Słońca wyparować wraz z rosą. Dobre sny, jako małe i sprytne przeciskają się i po piórze spływają delikatnie na śpiącego, uprzyjemniając mu odpoczynek. Mówi się też, że kolisty kształt jego ramy symbolizuje cyklicznie powtarzający się krąg czasu, Matkę Ziemię, cztery strony świata, w których żyją ludzie. Sieć wyobraża jedność rodziny z wszystkimi jej powiązaniami, zaś więzy - więzy rodzinne. Łapacze snów należy zawieszać w miejscu, w którym może go dosięgnąć poranne promienie słoneczne.
Łapacze snów wyrabiane z wierzby i zwierzęcych ścięgien, nie służyły ich użytkownikom zbyt długo. Wierzba wysychała, a napięcia ścięgien słabło. Miało to przypominać zarazem o tym, że młodość wcale nie jest wieczna.
Roy Winters z Muzeum i Centrum Sztuki Indian Sioux znajdującego się w Rapid City powiedział, że łapacze snów pochodzą najprawdopodobniej od Indian Chippewa z Michigan i Minnesoty. Wszelkie wątpliwości w tej sprawie nikną jednak, gdy przypatrzymy się bliżej długiej tradycji gawędziarstwa i ustnych przekazów podawanych dzieciom przez rodziców z pokolenia na pokolenie.
Frances Densome na początku 1900 roku prowadziła badania nad kulturą Indian Chippewa. Zebrane wtedy informacje opublikowała w 1979 roku w książce "Chippewa Customs". Opisała tam między innymi używany przez tych Indian przedmiot podobny do pajęczej sieci, zawieszany zwykle na obręczy dziecięcej kolebki. Miał on chwytać zło, tak jak pajęczyna chwyta wszystko, co w nią wejdzie. Robiony był on z około 9-centymetrowej obręczy, wypełnionej siecią sporządzaną z łodyg pokrzywy, zafarbowanych na czerwono. Jednak sposób utkania sieci znacznie różnił się od tego, jaki dziś znamy.
Pewna opowieść mówi o tym, jak to Asibikaashi (Kobieta Pająk) pomagała Wanabozhoo zwrócić ludziom Giizis (Słońce). Wtedy to u zarania narodu Indian Chippewa, wszystkie ich narody żyły w jednym miejscu na Wyspie Żółwia. Kiedy jednak rozproszyli się po czterech stronach Ameryki Północnej, Asibikaashi nie była już w stanie móc odwiedzać wszystkie kolebki. Dlatego też matki, siostry i babcie zapoczątkowały zwyczaj tkania dla każdego noworodka magicznych pajęczyn. Używały do tego wierzbowych obręczy i ścięgien, lub sznurków robionych z roślin. Okrągły kształt łapacza miał symbolizować drogę, jaką musi Giizis pokonać na niebie w ciągu każdego dnia. Ilość miejsc, w których sieć łączy się z obręczą, wynosi osiem; ze względu na osiem nóg Kobiety Pająka, lub siedem; ze względu na siedem proroctw (ale o jakie tu proroctwa chodzi, to tego już nie wiem).
Asibikaashi po dziś dzień troszczy się o swoje dzieci, ludzi Ziemi. Od tysiącleci też buduje o świcie swoje schronienie. Budząc się o tej porze, można być świadkiem cudu, w którym pierwsze promienie Słońca w postaci jasnych iskierek więzione są na kroplach rosy.
Inna przypowieść Indian Chippewa mówi o tym, że kiedyś ludzi dręczyły koszmary senne. Wielu starczych i leczniczych ludzi próbowało na wszelkie sposoby rozwiązać ten problem, ale żadnemu z nich to się nie udawało. Zwołano więc naradę. W czasie jej trwania jeden starszy miał wizję, w której ukazała mu się pajęczyna rozpięta na obręczy, ozdobiona piórem i koralikami. Miała ona więzić złe sny, a przepuszczać jedynie te dobre. Starsi wzięli się do roboty i stworzyli łapacze snów na sposób ukazany w wizji. Kiedy ludzie zaczęli je używać, złe sny odeszły.
Densmore wspomina też, że podobne obręcze tkali Indianie Pawnee. Miały one przedstawiać Kobietę Pająka, ducha, który miał pieczę nad bizonami.
Półokrągłe jednak ramki z rzemienną plecionką wewnątrz spotkać można w połowie XIX wieku jako popularne elementy dekoracyjne tak u Indian Lakota, jak i u sąsiadujących z nimi innych plemion.
Jedna z przypowieści mówi, że dawno temu, kiedy świat był młody, pewien stary lecznicy człowiek Indian Lakota był na wysokiej górze, gdzie miał wizję. W wizji tej Iktomi, wielki oszust i nauczyciel mądrości, pojawił mu się jako pająk. Przemówił on do starca w świętym języku. Mówiąc, wziął w ręce obręcz z wierzbowej gałęzi, do której przyczepione były piórka, końskie włosie oraz koraliki, i zaczął pleść sieć. Mówił do starca o kręgu życia:
- Zaczynamy żyć jako niemowlęta, potem jesteśmy dziećmi, następnie dorosłymi. W końcu dochodzimy do wieku starczego i trzeba się nami opiekować jak niemowlętami, co kończy koło. Ale - mówił Iktomi dalej tkając sieć - w każdym okresie życia spotkać można wiele sił. Jedne z nich są dobre, inne złe. Jeśli posłuchasz tych dobrych, pokierują one tobą w dobrym kierunku. Jeśli posłuchasz tych złych, poprowadzą one cię z złą stronę i mogą cię zranić.
Kiedy Iktomi skończył, dał starcowi sieć i powiedział:
- Ta sieć jest idealnym kołem, ale w środku ma dziurę. Użyj tej sieci by pomóc swym ludziom osiągnąć ich cele poprzez robienie dobrego użytku z ich marzeń, snów i wizji. Jeśli wierzysz w Wielkiego ducha, to ta sieć złapie twe dobre myśli, a złe przepuści przez dziurę.
Starzec przekazał swą wizję ludziom i wielu Indian powiesiło łapacze snów nad swymi łóżkami, by wyłapywać dobre sny.
Indianie Cree, tak jak i Indianie Chippewa, chętnie zawieszali łapacze snów nad głowami niemowląt umieszczonych w specjalnych kolebkach, lub przy dziecięcych legowiskach.
Często powtarzana przez Indian legenda mówi, że dawno temu pewna stara kobieta pod sklepieniem swego szałasu zobaczyła pająka tkającego sieć. Obserwowała go i podziwiała jego pracę. Chroniła pajęczynę, bo wokół biegały dzieci, które mogły ją zniszczyć. Kiedy pająk zakończył swą pracę, do sieci zaczęły wpadać różne owady. Pewnego dnia pająk postanowił odejść. Zanim to uczynił, podziękował kobiecie:
- Dziękuję ci bardzo, że mnie chroniłaś i osłaniałaś. W dowód wdzięczności ofiaruję ci niezwykły podarunek. Dam ci moją pajęczynę, która odtąd będzie chwytała wszystkie sny, które wejdą do twego namiotu. O świcie wszystkie twoje złe sny odejdą.
Według Larry'ego White Dirt istnieje podanie, według którego łapacz snów pochodzi od młodego Indianina, zwanego Słodkie Lekarstwo. Kiedy odbywał on obrzęd poszukiwania wizji, która wskaże mu drogę w życiu, pająk przekazał mu tajemnicę sieci; krąg tworzący łapacza snów przedstawiać ma życie, a sieć łączy sny i modlitwy ze środkiem, a przez otwór przechodzą one do niebios i Stwórcy.
Według Brycene Neiman, kustosza Narodowego Muzeum Indian Yakima, łapacze snów były używane wśród plemienia ze środkowego stanu Washington, zwanego jako Ludzie Wodza Mosesa, które w połowie XIX wieku zamieszkiwało tereny Indian Colville. Sąsiednie plemiona uważały Wodza Mosesa i jego ludzi za bardzo uduchowioną grupę ludzi. Podczas gdy wszyscy Indianie zaangażowali się w walki z Białymi, Wódz Moses skonstruował przyrząd podobny do łapacza snów, aby z jego pomocą patrzeć na drugą stronę. Następnie dzielił się ze swymi ludźmi tym, co widział przez otwór łapacza snów. Były to prorocze przesłania, przekazywane najczęściej w formie pieśni, które dawały ludziom pewien rodzaj nadziei, by mogli zmierzyć się z mijającym biegiem życia.
- Ci, którzy potrafią połączyć się z drugą stroną... To jest klucz! - Powiedział Neiman.
Zdaniem Neiman, sieć oznacza tę większość spośród nas, którzy nie będą mieli możliwości zobaczenia drugiej strony dopóki nie nadejdzie ich czas. Otwór w sieci to ci, którzy mają tę możliwość już teraz.
Kontrowersje powstałe wokół religijnego znaczenia łapacza snów wśród niektórych plemion sprawiły, że dla ludzi ze środkowego stanu Washington ma on szczególną wartość.
- Sny są stanem ducha - powiedział Neiman. - Każdy śni, ale tylko nieliczni potrafią przejść na drugą stronę. Ci, którzy potrafią, są uważani za uzdrowicieli. Sprowadzają oni pieśni i wizje dla pozostałych.
Łapacz snów pojawił się w sposób namacalny około 1975 roku. Zdobywa wciąż coraz większą popularność. Obecnie łapacze snów popularne są nie tylko wśród Indian. Arlene Lacell, która przedstawiła wzór łapacza snów w Muzeum Toppenish, zauważyła jego rosnącą popularność spowodowaną tym, że jest on łatwym do wykonania elementem sztuki indiańskiej.
- Do ozdobienia łapacza snów używa się przeważnie piór i paciorków - powiedziała Lacell, - ale różnorodność zdobienie tych przyrządów zależy od różnorodności snów. To jak utkasz pajęczynę, i jak ją ozdobisz, zależy tylko od twojej wyobraźni.
W wielu częściach Kanady i północno-wschodnich Stanach, zwyczajem jest nadawanie łapaczom snów kształtu rakiety śnieżnej.
Aby łapacz zatrzymał wszystkie złe sny a przepuszczał tylko dobre, powinien mieć niektóre z następujących ozdób:
- koraliki: spełniają sny
- pióra: spełniają sny i symbolizują oddech lub powietrze
- róg jelenia: daje powodzenie w łowach
- kawałek modrzewia lub szałwi: daję zdrowie
- futerko: zapewnia wygodę i ciepło
- koński włos: daje wytrzymałość
- turkus: sprowadza siłę
- kryształ górski: daje moc
- pazury: zapewniają ochronę
Pióra, dołączane do łapaczy snów, poruszane powiewem powietrza, nie tylko dostarczają rozrywki niemowlakom, ale też dają im pierwszą lekcję ważności tego zjawiska. Sowie pióro ma przynosić mądrość (stąd było przeznaczone dla dziewczynek), a orle daje chłopczykom odwagę. Nie jest to jednak jednoznacznie przyjęty kanon.
Dla jednych łapacze snów są psychicznym filtrem, tarczą przeciwko złu w naszym umyśle i świeci, który nas otacza. Dla innych te ręcznie wykonane przyrządy mają znaczenie religijne, odwołujące się do czasów burzliwych przemian. Jeszcze dla innych łapacz snów jest po prostu darem od dobrych mocy. Cokolwiek oznacza, staje się on coraz bardziej popularny wśród rzemieślników i właścicieli sklepów z upominkami. Łapacze snów są sprzedawane we wszystkich rozmiarach i cenach. Prawo USA zakazuje sprzedaży piór świętych dla Indian ptaków. Dlatego też dziś pióra zastępuje się czterema kamieniami szlachetnymi. Mają one symbolizować cztery kierunki. Dawniej kamienie nie były używane przez Indian do dekorowania łapaczy snów.
Często widuje się łapacze snów zawieszone na lusterkach w samochodach. Niewątpliwie pięknie one tam wyglądają, ale to nie jest ich miejsce.
Dużą popularnością cieszą się też i kolczyki w kształcie łapaczy. Widziałem wiele tego rodzaju wyrobów w polskich sklepach z pamiątkami - wyrobów produkowanych na Tajwanie...
łasica - Indianie Shawnee nazywali ją hanö:go:d.
Łasica Niedźwiedź - Itun'kasan-mato'; Weasel Bear. Indianin Teton Dakota. Był dziedzicznym wodzem dużej grupy Indian Teton i należał do jednej z najbogatszych rodzin. Będąc młodym mężczyznom miał duże sukcesy w prowadzonych wojnach. Był wybitnym członkiem Jeźdźców Białego Konia i był przywódcą w Tańcu Trawy. Podczas negocjacji prowadzonych z rządem Stanów Zjednoczonych, był jednym z głównych delegatów plemienia udających się do Waszyngtonu.
Wybrany był do zawieszenia na palu w Tańcu Słońca, lecz nigdy nie złożył ślubowania podczas tej ceremonii. Złożył raz podobne ślubowanie, lecz odbyło się to w tajemnicy. Miało to miejsce podczas wyprawy wojennej przeciw Indianom Crow. Ślubował wtedy, że jeśli wypraw ta będzie udaną, to odda część swojego ciała Wakan'tance. Nie określił jednak w jaki sposób to uczyni. Wyprawa t miała przebieg pozytywny, a wracając do domu, miał na ramionach sto nacięć będących dowodem wysłuchania modlitw. Rany te zadał mu mężczyzna, który już brał udział w Tańcu Słońca.
W swych późniejszych latach znany był jako jeden z większych farmerów w rezerwacie.
łoboda - (Atriplex); roślina zielna lub półkrzew z rodziny komosowatych. Występuje w kilkuset gatunkach głównie w strefie umiarkowanej. Jako krzew rośnie m.in. w Kalifornii. Zaliczana jest do dzikich warzyw. Dorasta do wysokości 1 m.
W Polsce rośnie kilka gatunków. Łoboda ogrodowa uprawiana jest jako roślina ozdobna (dawniej także jako jarzyna).
łopian - (Arctium lappa L.); dwuletnia roślina zielna z rodziny złożonych. Inne polskie nazwy to łopuch lub dziady. Jej owocem są ostany z haczykowatymi wyrostkami. Ma duże liście i koliste kwiatostany. Rośnie w strefie umiarkowanej półkuli północnej.
Indianie Równin wykorzystywali łopian do celów ceremonialnych a Indianie Otto stosowali wywar z korzenia na zapalenie opłucnej. Korzeń łopianu był też składnikiem leków używanych przez Indian Meskwaki a podawanych kobietom w ciąży. Indianie Ojibwa używali korzenia do częściowego leczenia bólów żołądka i przypuszczalnie miał on też efekt wzmacniający. Indianie Potawatomi robili z korzenia łopianu herbatkę stosowaną głównie jako środek wzmacniający i oczyszczający krew. A. minus Bernh. nazywany jest w języku angielskim burdock. Indianie Chippewa nazywali tę odmianę wi'sugibug' (gorzki liść) i używali do leczenia kaszlu oraz wykorzystywali do innych celów użytkowych. Inne plemiona używali tego gatunku do leczenia opłucnej.
Łopian większy uważany jest za dzikie warzywo; jego korzenie, a także młode liście i pędy można przyrządzać jako jarzynę.
Korzenie łopianu zawierają duże ilości insuliny, garbników i nieznaczne ilości olejków. Łopian używany jest dziś w lecznictwie przy produkcji leków żołądkowych, żółciopędnych, mieszanek napotnych. Ma duże zastosowanie w kosmetyce, działa przeciwzapalnie i przyspiesza gojenie. Z wywaru korzenia łopianu można robić okłady lub przemywać nim twarz przy leczeniu trądziku, suchego łojotoku itp. Leczy też łupież, wpływa wzmacniająco na porost włosów.
łoskotnica strzelająca - (Hura crepitans L.); drzewo jednopienne, ponad 30 m wysokości, z trującym sokiem mlecznym. Najbardziej "hałaśliwa" roślina świata. Pochodzi z Ameryki Środkowej i Południowej. Owoce tego drzewa to duże torebki zawierające nasiona w twardych, zdrewniałych łupinach. Po osiągnięciu dojrzałości torebki otwierają się tak prędko i z takim hałasem, że niczego nie przeczuwający cudzoziemiec może mieć wrażenie zbrojnego napadu.
Sok mleczny, zawierający toksyczną albuminę hurynę, liście, kora z korzeni i olej z nasion użytkowane są lokalnie jako leki, kora zwłaszcza - przeciw kile. Sok mleczny służy też krajowcom do ogłuszania ryb.
Dziś roślina ta hodowana jest daleko poza granicami jej pierwotnej ojczyzny jako drzewo ozdobne.
łosoś - ryba. Występuje w co najmniej dwóch gatunkach.
Łosoś atlantycki - (Salmo salmar); żyje między innymi w Stanach Zjednoczonych.
Łosoś królewski - (Oncorhynchus tschawytscha); był podporą egzystencji i głównym źródłem utrzymania Indian Chinook, stąd też inna jego popularna nazwa to łosoś chinook. Co roku wpływał pod prąd rzeki Columbia na tarło.
Indianie Północno-Zachodniego Wybrzeża Ameryki Północnej powszechnie wierzyli, że łososie były istotami nadprzyrodzonymi, które raz przemieniały się w ludzi, a innym razem w ryby. Ich ojczyzną były zamorskie krainy, w których przybierały ludzkie kształty. Na okres dorocznej wędrówki do ziemskich rzek Łososiowy Lud zamieniał się znów w ryby, aby złożyć z siebie ofiarę, zapewniając w ten sposób ludziom dostatnią egzystencję.
Indianie Północno-Zachodniego Wybrzeża w szczególnie uroczysty sposób organizowali Ceremonię Pierwszego Łososia. Odbywała się ona po złowieniu nad każdym ważniejszym strumieniem pierwszych łososi, inicjując w ten sposób połowy organizowane na dużą skalę. Celem tych obrzędów było uroczyste powitanie pierwszych wysłanników Łososiowego Ludu. Złowione ryby traktowano analogicznie jak przybyłych w odwiedziny gości o wysokiej pozycji społecznej. Obchodzono się z nimi w ceremonialny sposób, składano im ofiary. Sam połów i konsumpcja otoczone były szeregiem zakazów i nakazów.
Indianie Tsimshian wierzyli w istnienie szeregu grup Łososiowego Ludu. Jednym z nich był Wiosenny Łosoś. W jego wiosce mieścił się dom Tańczących Śledzi. Na drodze pomiędzy osadą a rzekami, nad którymi z niecierpliwością czekali już Indianie, znajdowały się inne osady; Srebrnego Łososia, Łososia Stalowej Głowy, Łososia Garbusa itp. Najbardziej oddalony od celu swych dorocznych wędrówek Lud Wiosennego Łososia pierwszy wysyłał zwiadowców do rzek, aby stwierdzili, czy znajduje się w nich odpowiednia ilość topolowych liści nazywanych przez owe nadprzyrodzone istoty łososiami. Po powrocie zwiadowców i przekazaniu informacji o stanie rzek, cały Lud Wiosennego Łososia ruszał ku swemu przeznaczeniu. Po drodze zahaczał on o inne osady, gdzie opowiadał o pojawieniu się łososi-liści topolowych w słodkich wodach i zachęcał swych gospodarzy do rychłego podjęcia podróży. Istotnie kolejne grupy Łososiowego Ludu docierały do ujścia rzek i strumieni, gdzie po krótkim okresie koncentracji rozpraszały się. Każdy w nich wędrował stąd do własnego strumienia, zapewniając w ten sposób ludziom dogodne warunki połowów.
Skórę łososia Indianie Tsimshian wrzucali do ognia, jako dar ofiarny, składany bogowi Leqa'.
U Indian Tsimshian na wieść o złowieniu kilku pierwszych łososi przez wybranego do tego celu rybaka, zjawiali się na brzegu rzeki czterej szamani ubrani w swe obrzędowe stroje. Przynosili oni ze sobą nową matę z kory drzewnej, ptasi puch, ochrę i szereg innych sprzętów typu liturgicznego. Na macie układano pierwsze złowione w sezonie ryby, nad którymi czyniono gesty oznaczające zaproszenie gości. Następnie formowała się uroczysta procesja z osób, które już uprzednio poddały się zabiegom rytualnego oczyszczenia. Szamani kierujący kolejnymi ceremoniami, wnosili łososie do domu naczelnika, gdzie umieszczali je na dużej desce. Wokół domu zajmowali miejsca śpiewacy, których pieśni uświetniały całą uroczystość, a równocześnie były one modlitwami o obfite połowy, zaproszeniami kierowanymi do Łososiowego Ludu oraz dziękczynieniami za dotychczasowe wypełnianie indiańskich spiżarń. Równocześnie wzywano dwie szamanki, które zajmowały się oprawianie ryb. Posługiwały się one przy tym nożami wykonanymi z muszli małży. Niedopuszczalne było używanie noży żelaznych czy też kościanych. Wierzono bowiem, że mogłoby to wywołać jakieś nieszczęścia, a z całą pewnością ściągnęłoby sztormową pogodę, niebezpieczną dla rybaków. Oczyszczone ryby gotowano lub też pieczono. Wszystkie te przygotowania do rytualnej konsumpcji przeplatane były składaniem ofiar, modlitwami i inwokacjami kierowanymi przez uczestników uroczystości do łososiowych duchów, aby w ten sposób zdobyć ich życzliwość.
Indianie Kwakiutl po złowieniu pierwszego łososia zwracali się do niego, a raczej do jego ducha, w następujący sposób:
- Witaj, Pływaku! Dzięki Ci za to, że w tym sezonie, gdy znów wracasz do naszego dobrego miejsca, ciągle jeszcze żyję. Dzięki Ci, Pływaku, za to, że możemy razem zabawić się moim rybackim sprzętem. Pływaku, wracaj teraz do domu i powiedz swym przyjaciołom, że przybywając tutaj miałeś szczęście. Niech oni również przyjdą tu ze swym bogactwem, abyś mógł z niego coś uszczknąć dla siebie. Przyjacielu, Nadprzyrodzony, Pływaku, weź także ze sobą moje choroby.
Po śmierci czy to naturalnej, czy też zadanej przez człowieka duch ryby powracał do swej zamorskiej ojczyzny. Ryba przyjmowała tam znów ludzkie kształty pod warunkiem, że kościec złowionej ryby cały i nie uszkodzony został wrzucony do wody. W ten cudowny sposób odrodzony łosoś w następnym roku znów mógł podjąć swą wędrówkę. Jeśli ości ryby nie zostały zbyt skrupulatnie zebrane i jakąś ich część beztrosko porzucono, jak niepotrzebne śmieci, wówczas duch łososiowy odradzał się w niekompletnym stanie, pozbawiony jakiejś części ciała. Naturalnie fakt ten złościł go niepomiernie oraz budził niechęć całego Łososiowego Ludu. Tak lekceważące potraktowanie któregoś z przedstawicieli mogło zniechęcić ich do podjęcia w następnym roku wędrówki do rzeki, nad którą ludzie wykazali brak należytej troski o swych dobroczyńców.
Łosoś stanowił też jedno z głównych źródeł utrzymania Indian Wasco. Połów łososia odbywał się wiosną i jesienią z pomocą sieci i oszczepu: mniejsze ryby łowiono na wędkę i do kosza. Dokładnie rozmieszczone stanowiska rybackie stanowiły własność prywatną. Złowieniu pierwszego łososia w sezonie towarzyszyła uroczystość mająca zapewnić pomyślne łowy przez cały rok. Suszone mięso łososia często magazynowano na zimę; było ono również ważnym artykułem handlu z sąsiednimi plemionami. Największych transakcji dokonywano przy wodospadach kilka mil powyżej The Dalles.
Łosoś łowiony był też przez Indian Makah.
Suszone Łososie to tłumaczenie znaczenia nazwy Indian Clatsop.
łoś - Indianie Cheyenne nazywali go mo'éhe, Indianie Shawnee - waapitti, Indianie Seneca - jonöë'da', a Indianie Potawatomi - mozo.
Łoś był ulubionym zwierzęciem młodych Indian. Kości łosia przechowywane były często w Świętych Zawiniątkach leczniczych ludzi Indian Sioux i wykorzystywane do celów leczniczych. I tak na przykład wywar w kości łosia podawany był doustnie przypuszczalnie osobom o poważnych uszkodzeniach kości.
Wizja, w której ukazywał się łoś, miała szczególne znaczenie. Strzelec, Indianin Sioux, powiedział:
" Najlepszy okres życia człowieka przypada na okres między 18 a 23 rokiem życia. Jest on wtedy u szczytu sił. Ma siłę i możliwości do osiągnięcia zamierzonego celu. Ma odwagę bronić samego siebie oraz innych, może czynić wiele dobra. Jest życzliwy dla wszystkich, szczególnie dla biednych i potrzebujących. Plemię uważa go za obrońcę i jego obowiązkiem jest ochrona kobiet. Jest u szczytu sił fizycznych. Jest szybki i w krótkim czasie potrafi pokonywać duże odległości. Jest uprzejmy i szarmancki. Jakie zwierze jest obdarzone podobnymi cechami? Oczywiście łoś - jest on symbolem piękna, elegancji, opiekuńczości. Żyje w lesie, w zgodzie z otaczającym go pięknem. Mimo swoich szerokich, rozgałęzionych rogów z łatwością porusza się wśród zarośli. Jeśli przyjrzeć się jego szczątkom, okazuje się, że podczas gdy inne części ciała zamieniają się w pył, pozostają dwa zęby. Przetrwają one dłużej niż żyje człowiek, dlatego też stały się symbolem długowieczności. Pragniemy długiego życia dla siebie i naszych przyjaciół. Kiedy rodzi się dziecko, rodzice chcą by długo żyło, dlatego jeśli mogą, ofiarują mu ząb łosia."
Dzielny Bizon następującymi słowami opisał swój sen dotyczący łosia:
"Gdy miałem 25 lat, byłem już za siebie odpowiedzialny. Nie bałem się wejść na górę, iść do lasu, czy w inne niebezpieczne miejsce. Miałem wtedy najlepsze zdrowie i najwyższą wartość, bo jako młodzieniec prowadziłem się poprawnie, wypełniając wszystko, czego wymagano od chłopca i młodzieńca oraz żyłem w sposób godny moich rodziców i dziadków. Kiedy przyśnił mi się łoś widziałem wszystko wyraźnie.
Sen przyszedł do mnie kiedy spałem w namiocie. Ktoś podszedł do drzwi tipi. Powiedział, że przyszedł po mnie, więc wstałem i udałem się za nim. Była to długa i ciężka droga, ale w końcu dotarliśmy do pięknego szałasu. Wszystko dookoła również było piękne. Na zewnątrz szałas pomalowany był na żółto, zwrócony otworem wejściowym na południowy zachód. Kiedy wszedłem do środka zobaczyłem rysunki na jego ścianach. Na prawo od wejścia namalowany był żuraw, unoszący fajkę ku górze, na lewo zaś znajdował się wizerunek wrony trzymającej fajkę ustnikiem w dół. Widać było, że mieszkańcy szałasu żyją w szczęściu i wygodzie. Zostałem poproszony na honorowe miejsce naprzeciw wejścia, szedłem tam z trudnością ponieważ szałas pełen był krzaków, a ja nie byłem przywykły do przedzierania się przez chaszcze. W tym momencie obecni w szałasie zdają się być rozpoznani jako łosie. Łosie w szałasie obserwowały mnie z zainteresowaniem i zachęcały do dalszych prób mówiąc, że chcą mi coś powiedzieć. W końcu udało mi się usiąść na wyznaczonym miejscu, a wtedy łosie podniosły się i powiedziały, że słyszały, iż jestem wielkim przyjacielem bizonów oraz, że chciałyby, abym został również ich sprzymierzeńcem. Mówiły, że próbowały mnie każąc mi dojść do tego niedostępnego miejsca, a ponieważ mi się udało są zadowolone, że mogą mnie przywitać. Później zażyczyły sobie bym nauczył się pieśni, którą zaśpiewają. Była to pieśń bez słów."
Kiedy Dzielny Bizon nauczył się pieśni, łosie udzieliły mu kilku instrukcji. Wcześniej zauważył on, że każdy z nich miał do prawego rogu przywiązane puchowe pióro orła, że posiadacz może biec równie szybko jak orzeł lecieć. Teraz polecono nosić mu je także i podczas opowiadania tej historii Dzielny Bizon miał takie pióro przywiązane do kapelusza. Zwierzęta poleciły mu również pomalować namiot w sposób, w jaki był pomalowany ich szałas, żółto na zewnątrz, z wizerunkiem żurawia i wrony na wewnętrznych ściankach. Ptaki te miały go chronić. Odtąd zawsze tak malował swoje tipi. Łosie powiedziały mu też, że nim będzie w pełni uprawniony do ubiegania się o ich pomoc, musi samodzielnie odegrać przedstawienie, którym udowodni ludziom, że działa pod patronatem łosi.
Po przybyciu do domu Dzielny Bizon wykonał maskę, do której użył skóry z łba i rogów łosia. Potem pomalował całe ciało na żółto i do obu rąk wziął obręcze owinięte futrem łosia, ozdobione ulubioną rośliną łosi. Została ona zidentyfikowana jako Monarda mollis L., czyli pysznogłówka. Młodzieńcy używali jej głównie ze względu na jej zapach. Orla Tarcza użył do leczenia innego "ziela łosia". Dzielny Bizon zrobił również obręcz, która jak twierdził, podobna była do tej, którą widział we śnie. Gdy kwiaty "ziela łosia" były niedostępne, używał innych, jak najbardziej do nich podobnych. Podobnie było z futrem. Dzielny Bizon powiedział, że po tych przygotowaniach okrążył obóz przechodząc blisko namiotów. Szły przed nim dwie dziewice niosące jego fajkę. Kiedy krążył po obozie naśladując ruchy łosia myślał. "Zrobiłem już wszystko, co miałem zrobić, chciałbym teraz pokazać ludziom, że posiadam moc łosia. Przede mną jest fragment wilgotnej ziemi. Chciałbym zostawić na niej ślady kopyt łosia." Było z nim wielu ludzi, a kiedy przeszedł po mokrej ziemi, zamiast odcisków ludzkich stóp wszyscy zobaczyli ślady łosia. Nie musiał więcej powtarzać tej demonstracji, ale jeśli inny śniący łosia robił coś podobnego i prosił go o udział, spełniał prośbę w tej samej masce, co po raz pierwszy. Podczas demonstracji snu dotyczącego łosia, żadna kobieta nie może znajdować się po nawietrznej stronie śniącego. Poza tym nikt nie może iść obok niego.
Dzielny Bizon oświadczył, że po tym wydarzeniu otrzymał od łosi moc odnajdywania leczniczych roślin. Teraz, kiedy ma wątpliwości jakiej rośliny użyć w leczeniu, zwraca się z prośbą do łosi, a one mówią mu jaka roślina jest właściwa i gdzie może ją znaleźć.
Symbolem łosia jest okrąg, reprezentowany przez obręcz, którą trzyma w ręce śniący łosia podczas "wypełniania snu". Młodzieńcy noszą ozdobę na włosy, którą jest mała obręcz owinięta kolcami jeżozwierza, z przymocowanym w jej centrum białym orlim puchem. Orle pióro jest przywiązane za malutką pętelkę na końcu dudki. Ozdoba ta jest przymocowana wąskim paskiem skóry do loku włosów z czubka głowy, po lewej stronie. Jest ona przywiązana w centrum obręczy tak, że wisi swobodnie nad uchem.
Mężczyźni, którym przyśnił się łoś, zgromadzili się i nazwali Stowarzyszeniem Łosia.
łoś amerykański - Nazwa anglojęzyczna - moose. Indianie Shawnee nazywali go moswa, a Indianie Seneca - oyëdani'.
łowcy głów (1) - Na terenie południowoamerykańskiej Montanii jako "łowcy głów" zasłynęli Indianie Jivaro, zamieszkujący selwę na pograniczu Peru i Ekwadoru. Potrafili oni tak preparować głowy swych wrogów, że uzyskiwali ich miniatury wielkości pięści przy zachowaniu rysów twarzy.
Z odciętej od korpusu głowy wroga ściągano najpierw skórę, starając się nie zniszczyć jej w żadnym miejscu, po czym gotowano ją w specjalnych wywarach, wędzono, napełniano gorącym żwirem i kamieniami, polerowano itp. Proces ten trwał dość długo, lecz przynosił pożądany efekt. W ten sposób stawały się one amuletami, które zawieszali sobie na szyjach zwycięscy wojownicy.
Chęć posiadania tsantsa wynikała z przekonań magiczno-religijnych. Sądzono bowiem, iż tak doskonale zmniejszona głowa ludzka zawiera w sobie potężną moc zwana przez nich tsarutama. Według jednych badaczy był to rodzaj siły bezosobowej przypominającej północnoamerykańską koncepcję manitu. Inni znów skłonni byli uważać, iż tsautama to emanacja mocy zmarłych przodków, która wciela się w zwierzęta, rośliny, w szczyty gór, kamienie, wodospady a nawet w Słońce, Księżyc i gwiazdy. Siła ta była niezbędna dla wzrostu roślin, dla powodzenia w życiu społeczności i jednostki. Zatem im więcej dana osada posiadała malutkich główek tsantsa z zamkniętą w nich mocą, tym większe było prawdopodobieństwo spełnienia się pragnień szczęścia i pomyślności.
Po spreparowaniu głowy wroga organizowano na cześć jej szczęśliwego posiadacza uroczyste święto zwycięstwa. W trakcie jego trwania bohater ceremonii zawieszał sobie tsantsa na szyi i obchodził pola manioku, zaglądał nawet do zagród z udomowionymi świnkami pekari, aby przelać część znajdującej się w główce mocy na gleb, rośliny i zwierzęta i zmusić je w ten sposób do większej płodności.
Nie zawsze jednak można było zdobyć głowę wroga, dlatego też uciekano się często do preparowania głów leniwców, które po tym zabiegu do złudzenia przypominały zminiaturyzowane głowy ludzkie. Nie uchybiało to posiadaczowi takiej podrabianej tsantsa, jak określano to trofeum. Uważano bowiem, iż w upolowanym leniwcu egzystował duch wroga, który tym sposobem został również pochwycony i zmuszony do służby nowemu właścicielowi. Te umiejętności podrabiania tsantsa przydały się bardzo Indianom w okresie światowego zainteresowania muzeów i kolekcjonerów tymi wyrobami. Ze względu na stale rosnący popyt rozpoczęto produkcję fałszywych tsantsa, wykonując je z głów małp i kozich skór. W rezultacie w wielu amerykańskich i europejskich kolekcjach znajdują się podrabiane tsantsa, zakupione w przekonaniu, iż są one zmniejszonymi kilkakrotnie głowami żywych niegdyś ludzi. Dziś jedynie specjalista wysokiej lasy jest w stanie móc odróżnić tsantsa fałszywą, od prawdziwej.
Łowcy Głów (2) - Inne określenie Indian Jivaro, nadane im z powodu produkowania przez nich tsansa - zmniejszonych głów ludzkich a później małpich, sprzedawanych (jako ludzkie) turystom.
łożysko - U człowieka i ssaków: narząd łączący błony płodowe zarodka z macicą, umożliwiający fizjologiczną wymianę między płodem a matką.
Wśród Indian Goajiro zanotowano przypadek zażywania specjalnego lekarstwa przygotowanego przez czarownika dla rodzącej matki, u której wydzielanie łożyska odbywało się z pewnym opóźnieniem.
Indianie południowoamerykańscy najczęściej zakopywali łożysko w ziemi zaraz po porodzie. Wśród współczesnych Indian Caduveo łożysko grzebie się zazwyczaj pod łóżkiem matki, natomiast wśród Indian Yahgan zakopywano je w ustronnym miejscu, ponieważ panowało wśród nich przekonanie, że gdyby jakiś pies je pożarł, matka już nigdy nie mogłaby mieć dalszego potomstwa.
Spalanie łożyska zanotowano wśród Indian Guayaki oraz wśród Indian Paez, z tym, że można je było również zakopać, ale tylko w miejscu porodu.
Wśród Indian Tarairiu matka po porodzie osobiście odcinała sobie pępowinę, a następnie gotowała ją wraz z łożyskiem i zjadała. Indianie Aweikoma zarówno łożysko, jak i pępowinę, owijali ziołami leczniczymi, umieszczali je w koszyku, a następnie topili w rzece. Wśród Indian Alacaluf ojciec odcinał pępowinę tuż po porodzie, czasami owijał ją wraz z łożyskiem w skórę, dodawał do zawiniątka swoje własne oraz żony włosy, pióra papug oraz żarzący węgielek i zakopywał wszystko w pobliżu swej chaty. Zwyczaj ten nie był jednak powszechny. Wśród Indian Carib znad rzeki Barama pępowinę wraz z łożyskiem grzebano w puszczy, podobnie jak wśród wszystkich szczepów rodziny językowej pano, z wyjątkiem Indian Chamacoco. W ziemi grzebano również pępowinę i łożysko wśród Indian Omagua.
Wśród współczesnych Indian Aymara łożysko często używane jest jako przedmiot wróżb. Położna zanurza je zaraz po porodzie w wodzie i obserwuje jego ruchy, z których przepowiada przyszłe losy dziecka. Na innych obszarach pokrywa się je kwiatami i spala. Jeśli należało do dziecka płci żeńskiej, spala się je razem z paroma małymi przyborami kuchennymi. Wśród Indian Aymara obszaru peruwiańskiego, łożyska spala się w nowych naczyniach, a popiół przechowuje się jako lekarstwo, albo też zakopuje w ziemi. Po usunięciu łożyska należy koniecznie natrzeć ręce tłuszczem z lamy i czerwoną farbą, ponieważ w przeciwnym razie można zachorować na ręce i oczy, dla których łożysko jest szczególnie niebezpieczne.
Matki Indian Siriono usuwają łożysko natychmiast po porodzie, umieszczając je w koszyku, który po okresie około dwóch tygodni wyrzuca się następnie do lasu.
łódź - Mały statek wodny o płytkim zanurzeniu poruszany wiosłami, żaglem lub za pomocą silnika.
Wśród ludów nadbrzeżnych z południa Ameryki Południowej, szczególnie wśród Indian Alacaluf, na łodziach przewożono ogień, tym samym w trakcie wędrówek kobiece przypadała w udziale opieka nad łodzią i całym dobytkiem. Aby ogień przez cały czas wędrówki utrzymać, trzeba go było przez cały czas podsycać, co również wchodziło w zakres czynności kobiecych, z tym że często pomagali im przy tym mężczyźni. W trakcie wędrówek kobiety wiosłowały i sterowały łodzią na równi z mężczyznami.
Jeśli łodzią podróżowali ze sobą razem teściowa i zięć z plemienia Yaruro, jedno z nich zajmowało przód łodzi a drugie tył, co wynikało z występującego u tego plemienia szeregu ograniczeń kontaktowania się tych dwojga spowinowaconych ze sobą członów plemienia.
łubin - (Lupinus); roślina jednoroczna lub wieloletnia z rodziny motylkowatych. Pochodzi z obszarów śródziemnomorskich oraz z przypacyficznych rejonów Ameryki Północnej. Liście ma dłoniasto złożone. Kwiaty żółte, niebieskie, różowe lub białe, zebrane w sztywne grona. Występuje w kilkuset gatunkach. L. hartwegii Lindel. -to łubin Hortwega - pochodzi z Meksyku. Wyrasta do 30-70 cm. Kwiaty ma białe, różowe lub fioletowe. L. mutabilis to łubin zmienny. Pochodzi z Kolumbii, gdzie dorasta do wysokości 1,5 metra. Kwiaty ma dość duże, osadzone na luźnych, długich gronach. Mają one barwę białą i żółte chorągiewki, zmieniające się podczas kwitnienia aż do ciemnofioletowych. L. polyphyllus to łubin trwały. Pochodzi z Ameryki Północnej, ale w stanie zdziczałym rośnie również w Europie. Dorasta do 120 centymetrów wysokości i jest jedwabiście owłosiony. Kwiaty ma białe, różowe i niebieskie, zebrane w gęste grona. L. subcarnosus Hock. pochodzi z Ameryki Północnej. Dorasta do wysokości 25-30 cm. Posiada kwiaty o kolorze niebieskim.
Spożywany był przez Indian Miwok.
Uprawiany jest na zielony nawóz.
łuk - Broń wyrzucająca strzały, składająca się z pręta i cięciwy łączącej jego końce.
Indianie Shawnee łuk nazywali hilena'kwi.
Łuki używane przez Indian były stosunkowo krótkie, chociaż w czasie pieszych wędrówek woleli mieć przy sobie te nieco dłuższe. Po zdobyciu koni, podczas jazdy wierzchem łatwiej można było posługiwać się krótszym lukiem (około 105 cm długości). Łuki były używane przez Indian jeszcze przez długi czas po zdobyciu koni, ponieważ nabijanie przez lufę ówczesnych muszkietów sprawiało wiele trudności, co uniemożliwiało szybkie strzelanie. Łuki posiadały dużą przewagę nad muszkietami nabijanymi przez lufę. W czasie koniecznym na ponowne naładowanie muszkietu wprawny łucznik mógł wystrzelić z łuku od 12 do 15 strzał.
łupki - Skały osadowe lub metamorficzne odznaczające się wybitną foliacją, powodującą łatwość dzielenia się ich na cienkie płytki.
Znane jest łupkowe wiertło znalezione w chilijskim Monte Verde a liczące 13000 lat.
Na terenie Machu Picchu znaleziono m.in. wykonane z łupku prostokątne naczynie.
łupki ilaste iłołupki
łupki krystaliczne - Skały metamorficzne dzielące się łatwo na cienkie płytki, powstałe w warunkach metamorfizmu regionalnego, głównie pod wpływem ciśnienia kierunkowego (stress) wywołanego przez ruchy górotwórcze, np. łupki serycytowe, chlorytowe; niektóre mają znaczenie gospodarcze, np. łupki kwarcytowe (materiał ogniotrwały), łupki talkowe (materiał izolacyjny i kwasoodporny).
Pod Wężową Skałą znajdującą się w kompleksie Machu Picchu znaleziono dwie tarczki wykonane z łupku chlorytowego oraz pół tuzina odłupków, czy też płytek wykonanych z tego samego materiału. Na podobne znalezisko natrafiono też na wznoszącej się obok Machu Picchu górze. A oto jak znaleziska omawia Hiram Bigham w swojej książce "Zaginione miasto Inków";
"Na szczycie grzbietu Erdis i jego sumienni robotnicy natknęli się na liczne kamyki niezwykłego kształtu, jakich dotąd bardzo mało trafiło do jakiegokolwiek muzeum. Różnią się one bardzo rozmiarami. Niektóre mają kształt sztonów pokerowych, a inne są rzeźbione w dziwaczne kształty. Chociaż ich przeznaczenie jest problematyczne, wydaje mi się, że były to kamyki do liczenia.
Wiele z nich wykonano z zielonego mikowego czy też chlorytowego łupka, który występuje w niewielkiej ilości u stóp jednego z urwisk na szczycie Machu Picchu. Owe "kamyki do liczenia" stanowią jedno z najciekawszych znalezisk. Kamiennych tarczek jest 153, a tylko trzy z nich znaleziono w jaskiniach z materiałem szkieletowym, więc mogły one należeć do kultury wcześniejszej niż reprezentowana przez większość pochówków. Z drugiej strony wiązały się one z zajęciem w którym nie pozwalano uczestniczyć Wybranym Kobietom. Więcej jest małych tarczek niż dużych, a połowa ma około cala średnicy, można by więc powiedzieć, że większa ilość małych wynika z większego zapotrzebowania na liczby jednocyfrowe, a mniejsza ilość średniej wielkości tarczek odpowiada rzadziej potrzebnym żetonom oznaczającym 10 i wyższe wartości.
(...) Przypuszczalnie dwie największe płytki, jak się wydaje, niedostosowane proporcjami do pozostałych, mogły być używane jako nakrycia dzbanów na chichę.
(...) Dwa największe krążki są z grubsza obrobione, częściowo wyrównane i wygładzone. Zresztą większość dużych płytek jest wykonana niestarannie, ale kilka ładnie wyokrąglono, wygładzono i wyrównano do dość równomiernej grubości. Nacinana była tylko jedna, największa z regularnej serii mierzących około pięć i pół cala średnicy. Z jednej strony na środku wyryto na niej krzyżyk, którego ramiona miały około dwóch cali długości.
Cztery tarczki były przewiercone, a na brzegu jednej wyżłobiono cztery małe nacięcia. Dokładne przebadanie mniejszych krążków czy też żetonów wykazało, że praktycznie wszystkie zostały starannie wyrównane i wygładzone, a wiele jest ładnie wyokrąglonych. Na prawie wszystkich nadal widać rysy powstałe przy ścieraniu i polerowaniu, a kilka zeszlifowano do tak małej grubości, że są prawie przezroczyste".
Na terenie Machu Picchu znaleziono ponadto jeszcze nóż wykonany z chalcedonowego łupka.
łupki osadowe - Skały osadowe odznaczające się wybitną foliacją, powstałą pod wpływem ciśnienia nadległych warstw skalnych, często tzw. ciśnienia górotwórczego, np. łupki ilaste, łupki krzemionkowe.
łupki palne - Skały osadowe, pośrednie między skałami ilastymi a kaustobiolitami, np. łupki węglowe, bitumiczne; stosowane jako paliwa oraz surowce przemysłu chemicznego.
łuskosty - (Lepisosteus), lub niszczuki; ryby żyjące w Ameryce Północnej, Środkowej i na Kubie.
łuskwiak nastroszony - (Pholiot suarrosa) grzyb jadalny występujący w Europie, Ameryce Północnej i Japonii. Rośnie na korzeniach, pniakach i u podstawy pni buków, świerków i jabłoni.
łuskowiec czarnobrzeżny - (Pluteus atromarginatus) grzyb jadalny, występujący na całym świecie. Rośnie na próchniejących pniakach lub powalonych drzewach.
łuskowiec jeleni - (Plutenus atricpillus) grzyb jadalny, występujący na całym świecie.
Łysy Orzeł - Bald Eagle Indianin Cheyenne Północny. 25 czerwca 1876 roku był nad Little big Horn.
łuszczak zmienny - (Kuehneromyces mutabilis) grzyb jadalny, występujący w strefie klimatu umiarkowanego półkuli północnej. Rośnie na pniakach bukowych, brzozowych, lipowych, jodłowych i świerkowych.
łyżka - Narzędzie do nabierania lub czerpania pokarmów, zwłaszcza płynnych. Indianie Shawnee nazywali ją hemkwa.
łza - Kropla słonawej, przezroczystej, wodnistej cieczy wydzielanej przez gruczoły łzowe, utrzymującej w stanie wilgotnym rogówkę i spojówkę oka, spływająca z oka w czasie wzmożonego działania gruczołów łzowych, zwykle pod wpływem czynników emocjonalnych lub wskutek choroby oczu.
Kobiety Indian Lengua i More przy uroczystościach pogrzebowych malują twarze czarną farbą, gdzie czarne pasy na policzkach imitują łzy.