sabal - (Sabal palmetto); palma sabalowa lub bocznia. Nazwa anglojęzyczna - saw palmetto. Rodzaj małej palmy z rodziny arekowatych o dużych, wachlarzowatych liściach, jadalnych pąkach liściowych i owocach dostarczających tłuszczu. Pochodzi z południowo-wschodniej Ameryki.
Indianie Maya robili napar z liści i korzeni oraz odwar ze środka pnia S. japa będący lekiem na dyzenterię i bóle brzucha. Napój pozyskiwany ze środka pnia stosowali ponadto jako lek na ukąszenie węży i insektów oraz jako okłady na rany. Zgnieciony korzeń aplikowany był na rany męskich piersi.
Benjamin Hawkins zanotował w 1799 roku, że owoce S. repens jedzone były zjadane tak przez Indian jak i przez niedźwiedzie, jelenie i indyki.
Indianie Houma używali soku ze zgniecionych korzeni palmy S. adamsonii jako przemywacza na bolące oczy. Napary z sabalu pito na problemy z nerkami. Suszone zaś korzenie używano na "zawroty głowy" lub na "wysokie ciśnienie krwi".
Indianie Alabama używali tłuczonych korzeni gotowanych wraz z kolcoroślą na zaburzenia żołądkowe. Substancja ta aplikowana była też zewnętrznie na rany lub "łamanie" w plecach.
Sabale sadzone są dziś w krajach o klimacie ciepłym jako roślina ozdobna i użytkowa.
Sabane - Indianie z Brazylii (stan Mato Grosso i Rondonia).
Sabaneue - Indianie kubańscy.
Sabela - Indianie ekwadorscy. Już przed 1580 rokiem porzucili odwieczną dla nich uprawę ziemi na rzecz nowego sposobowi życia opartemu o całokształt kultury związanej z koniem.
Saboibo Soboibo
Sabonan - Indianie brazylijscy.
Sabuia Sapuia
Sacajawea - lub Sacagawea, czyli Kobieta Ptak. Jako młoda dziewczyna została porwana przez Indian Minataree (tak nazywano Indian Atsina i Hidatsa) znad górnej Missouri. Podczas jednej z wypraw Charbonneau ujrzał ja w obozie Indian Minetaree. Zachwycony jej urodą odkupił ją i poślubił. Sacajawea stała się duchem opiekuńczym wyprawy Lewisa i Clarka. Znała dobrze kraj za Missouri, mówiła językami kilku plemion, była więc przewodniczką oraz tłumaczką. Gdy ekspedycji brakło żywności, wskazywała jadalne dzikie rośliny, uratowała Clarka tonącego w wezbranej rzece, pośredniczyła w nawiązaniu przyjaźni z Indianami Shoshone, otrzymała od wodza konie dla ekspedycji, wskazywała przejścia przez góry Montany. Po zakończeniu wyprawy Charbonneau porzucił ją wraz z dzieckiem, by dalej prowadzić życie trapera. Sacajawea znikła. Jedni twierdzili, że umarła z zawiedzionej miłości, inni - że powróciła z synkiem do kraju Indian Shoshone. Sacajawea oddała ekspedycji Lewisa i Clarka tak wielkie przysługi, że stała się jedną z trzech czy czterech Indianek najbardziej znanych białym Stanozjednocznikom. Jej pomnik stoi w Bismarck, stolicy Dakoty Północnej.
Sacamecran Chacamecra
Sacata - Indianie peruwiańscy.
Saccha Colorado
Sacoci - Indianie boliwijscy.
Sacuia - Indianie brazylijscy.
Sacuriu-ina - Indianie brazylijscy.
sadziec - (Eupotorium perfoliatum); nazwa anglojęzyczna - boneset. Bylina, podkrzew lub krzew (często zimozielony). Uprawiany jest głównie ze względu na kwiaty. Występuje w wielu gatunkach. E. maculatum, sadziec plamisty, w języku angielskim nazywany jest Joe-Pye-weed. Indianie Chippewa nazywali to me'skwana'kuk bu'giso'win (co znaczy "kąpiący") i używali w lecznictwie do kąpieli wzmacniających, zwłaszcza dla dzieci. Do tego celu używano wyciągu z korzenia. Pomagało to też zasnąć dziecku, które było rozdrażnione.
Odmiana E. purpureum, w języku angielskim nazywana też Joe-Pye-weed używana była przez Indian Nowej Anglii przy leczeniu tyfusu. Indianie Potawatomi z Wisconsin używali świeżych liści tej odmiany na gorące okłady stanów zapalnych, a wódz Smith informował, że plemię to używało w lecznictwie też i korzenia. Indianie Ojibwa robili silny wywar z korzenia, używając go do obmywania noworodka w przekonaniu, że może go to wzmocnić. Indianie Menominee używali tej, i innych odmian, w niedomaganiach rodno-moczowych. Indianie Meswaki uważali to za lek miłosny.
E. perfoliartum to sadziec ulistniony. E. occidental arizonium był jednym ze składników przeciwreumatycznych leków Indian Zuni.
Doktor Benjamin Barton w swoim krótkim streszczeniu 59. tubylczych leków poświęcił sadźcowi około siedmiu stron. Wspomina tam o używaniu tej rośliny przez Indian z północy jako lekarstwa na gorączkę i zaznacza, że ich nazwa dotycząca tej rośliny znaczy tyle, co "dreszczowy chwast".
W 1793 roku sadziec używany był do zwalczania epidemii żółtej malarii w Filadelfii.
Szerokie zastosowanie tej rośliny przez Indian nie zostawia żadnych wątpliwości co do tego, że biali nauczyli się stosować tę roślinę od tubylców. Sadziec stosowany był na przeziębienie i gorączkę prze Indian Iroquois i Mohegan. Kobiety Indian Creek, skarżące się na bóle w biodrach, poddawały się leczeniu parą otrzymywaną z gotowanych roślin. W podobny sposób, lecz przy pomocy pary otrzymywanej jedynie z korzenia, leczono chorych na epilepsje. Indianie Alabama używali E. serotinum jako środka na bóle żołądka. Indianie Menominee robili herbatkę z sadźca ulistnionego na zbicie gorączki, a lekarz Indian Meskwaki, pan Mc Intosh, stosował herbatkę z kwiatów i liści jako leku na robaki.
Indianie Chippewa włókna korzenia sadźca, wraz z korzeniem trojeścia, kładli na gwizdek służący do przywoływania jelenia w magicznym celu zwiększenia jego skuteczności.
Przez Indian Iroquois oraz Cherokee używane był jako lek moczopędny kwiaty gatunku E. serotinum. Z tego samego środka Indianie Houma robili herbatkę podawaną chorym na tyfus brzuszny.
Sae - Indianie kolumbijscy.
Sagahiganirini - Indianie z kanadyjskiej prowincji Quebek, zaliczeni w XVII wieku go grupy nazwanej ogólnie Indianami Algonquin.
Sagnitaounigama - Indianie z kanadyjskiej prowincji Quebek, zaliczeni w XVII wieku go grupy nazwanej ogólnie Indianami Algonquin.
Sagua - Indianie kubańscy.
Saha Tsahatsaha
SAI - Society of American Indians; Towarzystwo Indian. Grupa intelektualistów indiańskiego pochodzenia zorganizowała się w roku 1911 na spotkaniu, które miało miejsce 12 października w mieście Columbus, stan Ohio. Wówczas to powstało ważne dla przyszłości ruchu indiańskiego SAI, które miało stać na straży interesów wszystkich plemion, wszystkich Indian, a więc po raz pierwszy realizowało program panindiański. W SAI działał Charles Alexander Eastman. Jednym z założycieli i aktywnym członkiem SAI był też Carlos Montezuma, jednakże z czasem popadł w konflikt z kierownictwem tej organizacji i stał się jednym z najbardziej zagorzałych jej krytyków.
Indiańscy przywódcy tego ruchu wyrażali żal po utraconej kulturze plemiennej, sądzili też, że tożsamość plemienna i narodowa powinny się nawzajem uzupełniać, a więc nie były uważane za sprzeczne i wobec siebie konkurencyjne. Kryterium odrębności rasowej jako podstawy ogólnoindiańskiej tożsamości w tym okresie zyskujące znaczenie w myśleniu o sprawach społecznych, bardzo odpowiadało zadaniu skonstruowania ogólnoindiańskiej tożsamości. SAI uznawało samodzielność i odpowiedzialność za własny los Indian, za podstawowy warunek poprawy ich sytuacji. Towarzystwo domagało się poprawy sytuacji mieszkaniowej Indian, zarówno żyjących w rezerwatach, jak i utrzymujących się z samodzielnie prowadzonych gospodarstw rolnych. Interesujący był też program przekształcenia rezerwatów w niezależne jednostki gospodarcze, funkcjonujące na zasadach spółdzielczych, podobnych do osiedli mormońskich. Siedziba SAI mieściła się w Waszyngtonie, D.C., aby mogło ono wywierać bezpośredni wpływ na konkretne posunięcia polityczne władz federalnych wobec Indian. Wydawany od 1913 roku przez SAI kwartalnik QUARTERLY JOURNAL miał za zadnie uczyć indiańskiego patriotyzmu i rzetelnie informować publiczność nieindiańską o problemach Indian. SAI dało początek wielu późniejszym organizacjom, które odegrały istotną rolę w ukształtowaniu się nowoczesnego stylu racy i walki politycznej oraz artykułowaniu problemów.
W 1914 roku w QUARTERLY JOURNAL (t. 1) Carlos Montezuma napisał:
"Jako, że jesteśmy Towarzystwem Indian, naszym obowiązkiem jest ochraniać i bronić naszych ludzi aby zatrzymać to wyprzedawanie, oszukańcze malwersacje w sprzedawaniu naszych terenów. Czy możecie dopuścić do tego, że jakaś inna rasa zrobiłaby to bez waszej zgody? Im szybciej rząd zlikwiduje Biuro Indiańskie, tym lepiej to będzie dla nas Indian ze wszystkich punktów widzenia. System, który utrzymuje Indiańskie Biuro przy życiu, podporządkowuje sobie naszych ludzi od wielu lat [.]."
W latach dwudziestych XX wieku zainteresowanie uczonych oraz działaczy SAI aktualnymi problemami zbiorowości tubylczej zaowocowało w postaci kolejnych raportów ujawniających opinii publicznej opłakany stan warunków życia Indian.
Rozdzierane konfliktami (przede wszystkim wokół stosunku do pejotyzmu) SAI wyłoniło z siebie organizację bardziej radykalną - NCAI.
SAIIC - South and Central American Indian Information Center; Centrum Informacyjne Indian Ameryki Południowej i Środkowej.
W listopadzie 1986 roku Marek Nowocień otrzymał z SAIIC list o następującej treści:
"Drogi Przyjacielu,
Bardzo ucieszył nas Twój list wysłany w lutym. To wspaniale wiedzieć, że naszą działalnością interesują się ludzie w Polsce i że informacje, które wysyłamy, są dobrze wykorzystywane. To dla nas bardzo ważne, aby rosło zainteresowanie i poparcie dla spraw tubylczych. Także z przyjemnością dowiedzieliśmy się, że w Polsce odbywa się konferencja poświęcona tubylczym ludom obu Ameryk. Bylibyśmy bardzo wdzięczni za wszelkie informacje o rezultatach konferencji, która odbyła się wiosną lub o przyszłych sesjach. Obecnie mamy bardzo mało pieniędzy i nie możemy wysłać na sesję swego przedstawiciela, ale jeżeli będziemy nadal informowani, to być może w przyszłości jeden z naszych członków będzie mógł w niej uczestniczyć. Ale pamiętajcie, że cieszymy się z Waszego zainteresowania naszą działalnością i z Waszego poparcia. Będziemy nadal wysyłać Wam materiały, które publikujemy z życzeniem, abyś dopilnował, aby znalazły czytelników w Polsce.
Dziękuję jeszcze raz. Szczerze,
Susan Lobo."
W dniach od 17 do 21 lipca 1990 roku w stolicy Ekwadoru, Quito, spotkało się blisko 400 Indian reprezentujących 120 narodów, plemion i organizacji Zachodniej Półkuli. Było to pierwsze tego typu zgromadzenie tubylców z Ameryki Północnej, Środkowej i Południowej, zorganizowane przez CONAIE, ONIC i SAIIC. Celem tego historycznego spotkania było wzajemne zbliżenie jego indiańskich uczestników, omówienie walki ich ludów o samookreślenie oraz wypracowanie strategii wspólnej reakcji Indian na obchody jubileuszu Pięćsetlecie w roku 1992. Nie godząc się na europocentryczną wersję historii i protestując przeciwko jej świętowaniu, uczestnicy Konferencji postanowili wykorzystać tę symboliczną rocznicę do refleksji nad prawdziwymi skutkami prowadzonej w imię "Boga", "cywilizacji" i "demokracji" inwazji, do nasilenia walki tubylczych ludów Ameryki o autonomię, do uświadomienia społeczności światowej trwającego bez przerwy od 500 lat oporu pierwotnych mieszkańców obu ameryk oraz do wypracowania alternatywnych propozycji życia w harmonii z Matką Ziemię. Na Konferencji przyjęto szereg rezolucji oraz uchwalono "Deklarację", której pełny tekst opublikowany został w TAWACINie nr 18.
Sainte-Marie, Buffy - Jako studentka koledżu, około 1960 roku otrzymała wykształcenie, stając się wykonawczynią piosenek protestacyjnych i miłosnych. Piosenki te były włączone do repertuaru wielu artystów, m.in. Janis Joplin, Bobby'ego Darina, Barbary Streisand, Elvisa Presley'a, Tracy'ego Chapmana itd.
Jej pierwszy album trafił na listę BILLBOARD MAGAZINE w 1964 roku, gdy Buffy miała 21 lat. Jej pierwszy koledż nadał jej nominację nauczyciela.
Napisała "Universal Soldier", jeden z hymnów ruchu pokojowego lat 60-tych, nie bywając jednak na wielkich marszach protestacyjnych.
Sama kupiła i nałożyła struny na swą gitarę. Grała też na harmonijce ustnej.
W 1967 roku nagrała pierwszy album z całkowicie elektronicznym wokalem i kontynuowała przełamywanie barier i stereotypów. Wszystko to za pomocą muzyki elektronicznej.
W albumie "Illuminations" wykorzystała syntezatory Boucla, po wystaraniu się o to u Michaela Tschaikovsky'ego.
Zaczęła pracować nad serżami. Napisała parę utworów filmowych i skomponowała elektroniczne standarciki.
W 1993 roku spędziła wiele czasu podróżując po Europie i Ameryce Północnej, promując album "Concidence and Like Stories".
Jej projekt "Gradleboard Teaching" zaopatrzył rzesze nauczycieli w dodatkowe materiały korygujące nieścisłe informacje encyklopedyczne i łączące tysiące drużyn i studentów Pierwszych Narodów.
Przez pięć lat była gościem "Ulicy Sezamkowej".
Otrzymała stopień doktora sztuk pierwotnych na Uniwersytecie Massachusetts.
We Francji nazwana została Najlepszą Artystką 1993 roku oraz przyjęła Nagrodę Charlesa de Gaulle'a.
saletra chilijska nitratyn
Salinar - Pierwsze cmentarzysko tej kultury odkrył Larco Hoyle w El Salinar, w dolinie Chicama w 1941 roku. Zbadano tam przeszło 200 grobowców i stwierdzono, że kultura ta znajdowała się pomiędzy kulturami Cupisnique a Mochica.
Dekoracje dokonywane na ceramice wykonywane były techniką nacinania, albo też malowania najczęściej kolorem białym i czerwonym. Głównymi motywami były linie łamane i faliste, pętle i gwiazdy.
Przedstawiciele kultury Salinar grzebani byli w grobach przeważnie o kształcie elipsoidalnym, w pozycji wyprostowanej, zwykle na prawym boku, z rękami wyprostowanymi wzdłuż tułowia. Do grobu wkładano garnki w liczbie od 1 do 3. Poza tym wydrążone dynie z mięsem, kukurydzę, ślimaki, ptaki, muszle skorupiaków, czerwony proszek oraz wytłaczane złote przedmioty. Do ust wkładano niektórym zmarłym małe, okrągłe lub owalne złote blaszki. Z ozdób natrafiono na kolczyki, pierścienie, kolczyki do nosa raz naszyjniki.
Stwierdzono też fakt nacinania skóry obok oczu, nosa i ust, jak również używanie różnorodnych form nakrycia głowy.
Salinero - Indianie meksykańscy.
Salish - Indianie północnoamerykańscy. W ich mitologii występował między innymi Baxbakwalanuxsiwae, Kanibal Z Północnego Końca Świata, o którym mówili, że jest niewolnikiem przebywającym na końcu oceanu.
Saliva (1) Chaliva
Saliva (2) - Indianie z Wenezueli i Kolumbii.
Saluda - Małe plemię żyjące pierwotnie przy rzece Saluda w Karolinie Południowej. W XVIII wieku przeniosło się do Pensylwanii gdzie przyłączyło się do Indian Shawnee.
Saluma - Indianie brazylijscy.
sałata dzika - (Lactuca). Występuje w kilku gatunkach. Dzikie formy sałaty można spotkać zarówno w Europie jak i w Azji, Afryce i Ameryce. L. perennis to zioło trwałe, wyrastające do ponad 1,5 metra wysokości. Ma mleczny sok. Określane jest jako dzikie warzywo. Młode liście, choć gorzkawe, mogą być używane jako sałata.
L. canadensis L. w języku angielskim nazywany jest wild lettuce. Indianie Chippewa nazywali ten gatunek odjici'gomin i używali go do leczniczego usuwania brodawek.
Indianie Menominee zeskrobywali mleczny sok ze świeżej rośliny L. canadensis L. na wysypkę powstałą po oparzeniu się trującym bluszczem.
Indianie Ojibwa robili herbatkę z L. spicata i podawali kobietom ze stwardniałymi piersiami po to, by ułatwić im karmienie dzieci. Indianie Potawatomi również wykorzystywali ten gatunek sałaty, lecz nie wyjawili do jakich celów - skrytość niektórych Indian była dość powszechna w przypadku leków kobiecych.
Indianie Meskwaki warzyli herbatkę z liści L. scariola (syn. L. vivosa Ryd.), określanej nazwą sałaty ciernistej, którą podawali kobietom w rekonwalescencji poporodowej i w celu przyśpieszenie wypływu mleka z piersi. Biali dawniej używali mleka tej rośliny jako środka nasennego i uśmierzającego oraz podawali go w formie syropu dzieciom, głównie chorym niemowlakom.
Sałata spożywana była także przez Indian Wielkiej Kotliny, takich jak Gosiute, Panamint, Pajute, Kawaiizu, Chemehuevi i Ute.
Jak podaje Miloslav Stingl w książce "Indianie bez tomahawków" - sałata uprawiana była prze Indian Pueblo.
Sama - Indianie peruwiańscy.
Samish - Indianie północnoamerykańscy, żyjący w rezerwacie Tulalip.
samobójstwo - Poziom zabójstw i samobójstw wśród indiańskich społeczności w USA niemal dwukrotnie przekracza średnią krajową. Jak głosi raport Indiańskiej Służby Zdrowia (IHS) liczba zabójstw popełnianych wśród amerykańskich Indian wynosi obecnie 14,5 na każde 100 tysięcy (średnia krajowa - 8). Jeszcze gorsze są statystyki samobójstw. Na własne życie targnęło się 20,2 Indian na każde 100 tysięcy (w całych USA - 10,6). Ubóstwo i poczucie bezwartościowości to główne przyczyny, które popychają współczesnych Indian do stosowania przemocy i popełniania samobójstw.
- Nasze badania pokazują, że ludzie o niskich dochodach, bez względu na rasę, są bardziej podatni na sięganie po przemoc - powiedziała Nancy Bill z IHS w Arizonie. - Nie mają dostępu do dobrego wykształcenia i dobrze płatnej pracy, czyli do tych dziedzin, które wpływają na poprawę poziomu życia.
samogłów - (Mola mola); wielka ryba oceaniczna rodzaju; nazwa jednego z klanów Indian Menominee.
Samotny Człowiek - Is'na'la-wic'a'; Lone Man. Indianin Teton. Wziął udział w Tańcu Słońca mając 20 i 31 lat. Nosił około stu blizn na swych ramionach. Przy jednej okazji wybrano go do pomocy przy ustawianiu pala Tańca Słońca, a przy innych okazjach do śpiewu i bębnienia. Był wybitnym członkiem plemienia, walcząc i biorąc udział w bitwie nad Little Big Horn.
Samotny Róg - Indianin Sioux. Zimowe Kroniki odnotowały, że w roku 1852/53 złamał on sobie nogę podczas polowania na bizony.
Samotny Wilk - Indianin Kiowa. Wziął udział w drugiej bitwie pod Adobe Walls 27 czerwca 1874 roku. 27 września 1874 roku wziął udział w potyczce z wojskiem USA w kanionie Palo Duro.
samotortury - Ludy prymitywne posiadały mniejszą wrażliwość zmysłu bólu i o wiele lżej niż współcześni ludzie cywilizowani znosili cierpienie i katusze. Samoudręczenie i samo torturowanie było rozpowszechnione nie tylko wśród Indian obydwu Ameryk; zwyczaj ten istniał także w południowej Azji. W parze z większą odpornością na ból szła mniejsza wrażliwość na zmęczenie i głód.
Samuca Zamuco
Sanamaica - Indianie brazylijscy.
San Antonio - Osada i grupa Indian Tigua Pueblo.
Sanapana - Indianie paragwajscy.
Sanaviron - Indianie argentyńscy.
San Blas - Indianie panamscy.
San Carlos - W 1983 roku sprawami rozwoju i przemysły Indian San Carlos Apache zajmowała się Eva Wesley (prawnik), córka wodza Wesleya.
Sanco Cusco
Sand Creek - Instrukcja dowodzącego wyprawą Chivingtona dane żołnierzom były jasne: "Zabijajcie i skalpujcie wszystkich, dużych i małych, z gnid powstają wszy." Według późniejszych oświadczeń oficerów, przed samą bitwą powiedział on: "No chłopcy, nie będę wam mówił, kogo macie zabijać, ale pamiętajcie o naszych pomordowanych kobietach i dzieciach."
Kapitan Silas S. Soule przed rozpoczęciem ataku protestował wobec Chivingtona przeciwko napadowi na obóz Indian Cheyenne. Odmówił również dania rozkazu strzelania swoim żołnierzom, chociaż to nie powstrzymało ich od wzięcia udziału w masakrze.
Podczas przeprowadzonego w późniejszym czasie dochodzenia w sprawie okoliczności dokonania masakry Indian nad Sand Creek zeznawało 33 świadków, w większości uczestników rzezi. 17 z nich potępiło Chivingtona. Sławny z walk z Indianami Kit Carson, powołany rzezi komisję na eksperta, oświadczył: "Chivington i jego chłopcy byli tchórzami i psami."
Przyznanie przez Kongres odszkodowań dal wdów i sierot po masakrze nad Sand Creek miało raczej znaczenie symboliczne, ponieważ większość tam pomordowanych stanowiły właśnie kobiety i dzieci.
Sandia - Osada i grupa Indian Tigua Pueblo. Gdy wybuchła w 1680 roku Rewolta Indian Pueblo przeciw władzy Hiszpanów, wzięli w niej udział i Indianie Tigua z puebla Sanda. Gdy rok później zjawił się gubernator Otermin, chcąc ponownie podbić kraj, wszystkie pueblo zostało puszczone, a później spalone przez Hiszpanów.
W 1970 roku liczyli 211 osób, a w roku 1985 - 248.
Sandusky - Nazwa dwóch wiosek Indian Wyandot z Ohio. Wywodzi się od słowa tych Indian, Otsaandosti, znaczącego "zimna woda".
sangwinaria - (Sanguinaria canadensis L.) lub sanguinaria; zimotrwała bylina kłączowa z mięsistymi podziemnymi pędami, które po nacięciu wydzielają czerwony sok. Dorasta do 15 cm wysokości i 30-45 cm szerokości. Pochodzi z Ameryki Północnej. Dostarcza czerwony lub żółty barwnik.
Pierwsi osadnicy zanotowali, że Indianie używali korzenia tej rośliny jako barwnika, do wypędzania insektów, ale głównie jako środka na wymioty.
Hunter zanotował, że Indianie żyjący na zachód od Missisipi uważali sangwinarię za lek na różne ich choroby, ale najbardziej był pomocny w leczeniu reumatyzmu. Dodał też, że farbę ze sproszkowanego korzenia używali jako środka kaustycznego. Indianie Onondaga używali tego jako środka powodującego wymioty, podczas gdy Indianie Tuscarora używali go zarówno w ten sam sposób jak i w postaci nalewki, w przypadku gorączki i reumatyzmu. Indianie Mohegan moczyli korzeń w celu pozyskania leku "na krew" i środka wymiotnego. Indianie Menominee dodawali to do innych leków aby wzmocnić ich działanie. Indianie Meskwaki żuli korzeń i umieszczali pozyskaną plwocinę na oparzenia. Indianie Ojibwa i Potawatomi wyciskali z korzeni sok i leczyli tym chore gardło. Później Indianie ci moczyli korzeń na nalewkę używaną w dyfterycie.
Sanha - Indianie kolumbijscy.
sanicula - (Sanicula canadensis); nazwa angielska - snakeroot. Indianki Chippewa piły wyciąg z korzenia tej rośliny, oraz z korzenia pierwiosnka, w czasie połogu, lub w przypadku zatrzymania się okresu. W tym przypadku wyciąg robiono z garści rozdrobnionego korzenia zagotowanego w jednej kwarcie wody.
sanidyn - Minerał, zwykle ma barwę białą lub szarawą, czasem może być także różowy, żółtawy lub też bezbarwny. Tworzy nierzadko dobrze wykształcone kryształy tkwiące w skałach lub popiołach wulkanicznych.
Na Ziemi Indian występuje w Narodowym Parku Yellowstone (Wyoming, USA).
W Polsce znaleziony został w trachtitach dolnośląskich.
Saninaua - Indianie brazylijscy.
Saninauaca - Indianie brazylijscy.
San Miguel Sucumbio
San Pedro - (Trichocereus pachanoi); kaktus rosnący głównie w rejonie wokół Huancabamba, w pobliżu granicy między Peru a Ekwadorem. Jest on od co najmniej trzech tysięcy lat rytualnym sakramentem. Jest jedną z najstarszych, magicznych roślin Ameryki Południowej. Sławni szamani peruwiańscy pili napój zrobiony z jego soku i zasadniczo proces tan trwa nadal. Dzisiaj, aby sprowadzić wizje, tnie się go na plasterki, gotuje przez około siedem godzin wodzie a potem zjada. Zazwyczaj do wody w której gotowany jest San Pedro niczego się nie dodaje, ale są szamani, którzy dorzucają doń bielunia.
W Peru nazywa się go po prostu San Pedro a w Boliwii - Achuma. Sprzedawany jest na placach handlowych. zawiera meskalinę. Początkowo wywołuje ospałość i stan sennego letargu. Potem następuje niezwykłe wyostrzenie mentalnych zdolności. W końcu można doświadczyć "telepatycznego uczucia przechodzenie przez czas i materię".
Szamani z Peru i Boliwii wykorzystują ten kaktus do kontaktowania się z duchami, do leczenia chorób, zapobiegania niebezpieczeństwom czarów i co celów wróżbiarskich. Pielgrzymują oni na miejsce występowania tego kaktusa, lub też wysyłają po niego swych przyjaciół. Im kaktus jest cieńszy, tym bardziej jest pożądany.
Eduardo Calderón, peruwiański uzdrowiciel, uważa, że San Pedro i inne magiczne zioła posiadają "wielką szamańską wartość".
Sanquelche Ranquelche
San Regino - Indianie peruwiańscy.
Sansimoniano - Indianie boliwijscy.
Santa Crucino Aguano
Santa Cruz - Indianie meksykańscy.
Santa Maria - Indianie z Peru i Ekwadoru.
Santa Rosina (1) Oa
Santa Rosina (2) Canelo
Sante - Indianie ekwadorscy.
Santee Dakota Sioux - Należeli do wielkiego narodu Indian Sioux mówiącego językiem sju. W czasie swej wielkiej wędrówki przywędrowali z okolic Florydy i na początku XVII wieku osiedlili się w zachodniej części Wielkich Jezior na terenie dzisiejszej Minnesoty. Tam zostali zlokalizowani po raz pierwszy przez misjonarzy francuskich w 1640 roku. Dzieli się na następujące grupy: Mdewakaton, Wahpeton, Wahpekute i Sisseton.
Około 1772 roku konie wśród Indian Santee Dakota Sioux zaczęły rozpowszechniać się konie..
Przez 30 lat po Rewolucji Amerykańskiej (tj. do 1775 roku) odmawiali uznania suwerenności nowo powstałych stanów Zjednoczonych.
W 1796 roku koń już całkowicie zastąpił łodzie Indianom Santee Dakota Sioux.
W 1815 roku uznali realność siły Stanozjednoczników i w 10 lat później, nakłonieni przez agentów rządowych, podpisali traktat.
Następny traktat Indianie Dakota podpisali w 1837 roku w Waszyngtonie, mocą którego zrzekli się wszystkich swoich terytoriów na wschód od Missisipi, lecz pieniądze należne za cesją zabrali biali kupcy jako spłatę długów za towary dawane na kredyt. W 1850 roku Indianie Santee Dakota sprzedali rządowi południową część Minnesoty, a w 1851, na wielkiej naradzie w Traverse des Sioux (nad rzeką Minnesotą) oddali resztę ziem w Minnesocie za 1 665 000 dolarów, to jest po 5 centów za akr, zatrzymując dla siebie rezerwat po obydwu brzegach Minnesoty. Jednak w 1858 roku Senat USA przyznał im tylko rezerwat na południowym brzegu rzeki.
Santiago (1) - Indianie peruwiańscy.
Santiago (2) - Osada i grupa Indian Tigua Pueblo.
Santiago del Estero - Indianie argentyńscy.
Sapai Suppaye
Sapara - Indianie brazylijscy.
Saparuna - Indianie boliwijscy.
Sapibocona - Indianie boliwijscy.
Sapuia - Indianie brazylijscy.
Saopuqui - Indianie paragwajscy.
Sara - Indianie kolumbijscy
sacacenia kapturnica
Saraveca - Indianie z Brazylii i Boliwii.
sard - Sard jest kamieniem ozdobnym o charakterystycznej, brunatnej barwie. Stanowi on zarazem odmianę chalcedonu, który jest z kolei mikrokrystaliczną odmianą kwarcu.
Kamień ten tworzy się w kawernach i pustkach skał wulkanicznych, w których wytrąciła się krzemionka z krążących roztworów wodnych. Spotyka się go także w niektórych skałach osadowych, gdzie również wytrąca się z roztworów wodnych zawierających rozpuszczoną krzemionkę.
Na Ziemi Indian sard znajdowany bywa w Rio Grande de Sul (Brazylia) a także w Urugwaju.
W Polsce sard czasami spotkać można na Dolnym Śląsku.
Sarigue - Indianie paragwajscy.
Sarsi - Indianie północnoamerykańscy. Po wejściu w posiadanie konia, nazywali siedmioma psami, gdyż mógł on udźwignąć ciężar większy niż jakikolwiek pies.
W 1885 roku przyłączyli się do powstania Louisa Riela.
Sasaricon - Indianie brazylijscy.
Satank lub Setangya, czyli Siedzący Niedźwiedź. Urodził się około 1810 roku w rejonie Black Hls. Był pół krwi Indianinem Sarsi. Stał się jednym z najsławniejszych wodzów Indian Kiowa i członek Koitsenko. Cieszył się też sławą czarownika. Pierwsza wzmianka o nim pochodzi z jesieni 1845 roku, kiedy to porucznik Albert, dokonujący na polecenia ministerstwa wojny pomiar ziem nad rzeką Washita i Canadian, gościł go wraz z Dohasanem w swym obozie. Podpisał traktat pokojowy w Fort Atkison w Kansas, regulujący stosunki między białymi a plemionami Indian Kiowa, Kiowa Apache i Comanche. W roku 1867, podczas omawiania warunków traktatu nad Medicine Lodge, wystąpił z przemówieniem w imieniu Indian Kiowa i Comanche.
Latem 1870 roku jego najstarszy, ulubiony syn zginął podczas wyprawy do Teksasu. Przyjaciele wodza musieli związać go lassem, gdyż chciał popełnić samobójstwo. Satank woził później w swych wędrówkach kości syna na jucznym koniu, a w obozie rozbijał specjalne tipi, gdzie dla jego ducha umieszczał pożywienie i wodę.
Satank był oczywiście znienawidzony przez Białych i budził w nich lęk. Oto co napisał o nim pan Tatum, agent Indian Kiowa i Comanche: "Satank był chyba najgorszym Indianinem w rezerwacie. Nadjechał na mule, który należał do mieszkańca Teksasu. Teksańczyk wykazał, że muł nosi jego znak i dalsze śledztwo potwierdziło, że miał do niego prawo. Satank stwierdził, że jakiś czas temu jeden z jego synów wyruszył do Teksasu by zdobyć kilka koni, nie mają przy tym zamiaru nikogo skrzywdzić, lecz gdy właśnie odpędzał wierzchowca, zastrzelili go szaleni Teksańczycy. Pojechał zatem w tę samą okolicę i porwał muła, którego dosiadł, a którego pokochał jak syna. Uważał więc, że powinien go sobie zatrzymać." Ponieważ Tatum sądził inaczej, Satank zaproponował, aby we dwóch, on i agent, spotkali się na prerii i stoczyli decydujący bój. Kto kogo zabije, ten zatrzyma muła. Pan Tatum niw skorzystał z tej propozycji.
18 maja 1871 roku wziął udział w sławnym napadzie na tabor kapitana Warrena nad Salt Creek. Aresztowano go w chwili, gdy zgodnie z tradycją indiańską przedstawiał swoje bojowe wyczyny przy ognisku. Rzucił się na strażników, i zginął 28 maja 1871 roku nad potokiem, który ku jego pamięci nazwano Sitting Bear Creek. Pochowany został na cmentarzu wojskowym w Fort Sill. Inne źródła mówią, że zmarł 8 czerwca roku 1871 w Fort Sill.
Satanta - A właściwie Set-t'ain'-te, czyli Biały Niedźwiedź. Urodzony w 1830 roku wódz Indian Kiowa. Pozycje tą zdobył dzięki swym osiągnięciom wojennym, mając zaledwie 20 lat, Był doskonałym dyplomatą i świetnym mówcą, jego wielkie poczucie humoru czyniło go postacią lubianą przez oficerów i innych Białych, choć latami przebywał na wojennej ścieżce, głównie na wyprawach w głąb Teksasu. Był potężnie zbudowany, o wyniosłej postaci i przenikliwym wzroku. Jego kruczoczarne włosy sięgały mu do potężnych ramion. Jego ramiona i nogi były dobrze umięśnione, a z otwartej twarzy biła pewność siebie. W 1865 roku podpisał traktat zawarty nad Little Arkansas River. 21 października 1867 roku podpisał traktat nad Medicine Lodge Creek, choć podczas trwających wówczas rozmów powiedział, że wędrujące i polujące plemiona nie mogą się zgodzić na życie w zamknięciu. Został jednak przegłosowany i Indianie Kiowa zgodzili się zamieszkać w rezerwacie. Podpis Satanta widnieje jako podpis drugiego Indianina Kiowa.
Indianie Kiowa zwlekali jednak z wejściem do rezerwatu tak długo, aż pułkownik George Custer uwięził Satanta i Samotnego Wilka. Wówczas zgodzili się na przesiedlenie, a oficer uwolnił wodzów.
W rezerwacie postanowiono nauczyć Indian uprawiać kukurydzę. Rozbawiło to bardzo Satanta, który zapytał:
- Czy to nie Indianin pierwszy nauczył Białego jak sadzić i hodować kukurydzę?
Jednak kiedy nadeszła wiosna 1870 roku, Indianie Kiowa głodowali i rządowy przedstawiciel zezwolił im na polowanie na bizony. W tym też roku niejaki William S. Soule wykonał znane nam jego zdjęcie.
Od czasu kiedy Indianie zostali zamknięci w rezerwacie, Biali przeprowadzili wiele zmian na ich dawnych terenach łowieckich. Satanta to spostrzegł i powiedział generałowi Hancockowi:
- Ci żołnierze ścinają moje drzewa, zabijają bawoły, gdy to wszystko widzę to rozdziera się moje serce, jest mi bardzo przykro. Czy Biały stał się dzieckiem, że lekkomyślnie zabija nie po to, aby jeść, ale po to, aby tyć i nie umrzeć z głodu?
Satanta mówił też o milionach bizonów zabitych przez myśliwych białych i porzuconych po odarciu ze skóry.
17 maja 1871 roku Satanta wraz z Setangy i Wielkim Drzewem poprowadził atak nad Salt Creek na karawanę dostawcy rządowego, Henry'ego Warrena, zabijając siedmiu przewoźników i odpędzając 41 mułów. Przywódcy wyprawy, głównie Satanta, obszernie opowiedzieli o tym agentowi Lawrie Tatumowi, który powiadomił o tym pułkownika Benjamina Griersona, dowódcę Fortu Sill. Wodzowie zostali aresztowani i wysłani pod eskortą na sąd do Jacksboro w Teksasie. Setangya zginął zabity po drodze, zaś Satanta i Wielkie Drzewo, po trzech dniach procesu, zostali 8 lipca 1871 roku skazani na powieszenie. Wyrok ten zamieniono później na dożywocie. W październiku 1873 roku, dzięki pomocy Samotnego Wilka z plemienia Indian Seneca, gubernator Edmund J. Davis ułaskawił obydwu Indian, co spotkało się z powszechnym potępieniem. Kiedy wybuchła wojna na rzeką Red, Satanta wziął w niej czynny udział, walcząc między innymi 27 kwietnia 1874 roku w bitwie pod Adobe Walla. Wziął też udział w zaistniałej 22 sierpnia w potyczce pod Anadarko. Po poddaniu się w październiku 1874 roku został wysłany do stanowego więzienia w Huntsville w Teksasie.
Gdy w więzieniu odwiedził go pewien podróżnik, napisał później, że ujrzał "wysokiego, pięknie zbudowanego mężczyznę o książęcym sposobie bycia, noszącego z wdziękiem nawet więzienny strój". Satanta przyjął swego gościa "z takim dostojeństwem i czarem jak monarcha w rozmowie z ambasadorem obcego państwa".
Będąc w więzieniu, gdy od miejscowego szeryfa dowiedział się, że już nigdy nie wyjdzie na wolność. Satanta zgłosił się do lekarza mówiąc:
- Moje serce jest już chore.
Na następny dzień, 11 października 1878 roku, ujrzano go w oknie drugiego piętra więziennego szpitala. Stał na parapecie z rozpostartymi ramionami, patrzył w niebo i śpiewał pieśń śmierci Indian Kiowa. Zanim zdążono cokolwiek zrobić, skoczył w przestworza i poszybował wolny jak ptak, głową ku kamieniom dziedzińca.
Indianie Kiowa do dzisiaj czczą jego imię. W 1963 roku prochy Satanta sprowadzono z Hentsville, aby pochować je na cmentarzu Fortu Sill obok innych wodzów plemienia.
Satudene Bear Lake
Sauk - (Sawk). Nazwa pochodzi być może od słowa Indian Sauk, asagiwa, znaczącego tyle co "Ci, którzy idą dalej". Według zaś innych, nazwa plemienia pochodzi od słowa asawakia - "Żółta ziemia". Indianie ci nazywani byli również Sacs. Należą do algonkińskiej rodziny językowej. Zjednoczyli się z Indianami Fox i mają w związku z tym podobną historię. Pierwotnie obydwa te plemiona zamieszkiwały większą część lasów północnego Wisconsinu, skąd wyparci zostali przez Indian Chippewa i osiedli na terenach leżących pomiędzy południowymi brzegami Jeziora Górnego, zachodnimi brzegami Jeziora Michigan i wschodnim brzegiem rzeki Missisipi. Była to kraina lasów i prerii porosłej wysoką trawą. Tam też zastali ich pierwsi misjonarze francuscy. Miejscem letnich obozowisk Indian Sauk był leżący koło oklahomskiego miasta Perkins Kanion Złodziei Koni.
Indianie Sauk mieszkali w lecie w półkolistych osadach o podłużnych, kopulastych wigwamach, które przeważnie budowali w pobliżu rzek, natomiast zimą polowali na prerii na bizony. Byli oni budowniczymi doskonałych, lekkich kanu (szkielet z drewna jodły pokryty korą brzozową) oraz łodzi-dłubanek z pni specjalnie lekkich drzew. Kobiety uprawiały kukurydzę, fasolę i dynię. Mężczyźni zaś byli doskonałymi jeźdźcami i hodowcami koni.
Indianie Fox i Sauk, często wspierani przez Indian Sioux, prowadzili ustawiczne wojny z Indianami Chippewa.
W latach 1729-33 wspomagali Indian Fox w ich wojnie z Francuzami.
Gdy rolę głównego członka rady plemienia Indian Sauk objął Keokuk, zaistniał wtedy otwarty konflikt między nim a wodzem Czarnym Jastrzębiem wynikły na tle sporu o porozumienie zawarte przez grupę Indian Sauk, dowodzoną przez Kwasakwamię z rządem Stanów Zjednoczonych, mocą którego Indianie zrzekli się kraju Rock River. Czarny Jastrząb i większość Indian Sauk nie uznali porozumienia a Keokuk, zachowując bierną postawę, utracił wpływy. Intrygi zainicjowane przez Keokuka spowodowały rozłam w plemieniu. Wtedy to Keokuk został mianowany naczelnym wodzem przez rząd Stanów Zjednoczonych. Rozłam uniemożliwił Czarnemu Jastrzębiowi zmobilizowanie całego plemienia do walki w 1832 roku. W wyniku przegranej wojny musieli opuścić tereny na wschód od Missisipi i dołączyli się do Indian Fox już osiadłych w obecnym stanie Iowa.
Keokuk częściowo odzyskał uznanie Indian Sauk i Fox, gdy na naradzie w Waszyngtonie zgłosił oficjalnie pretensje tych plemion do terenów stanowiących obecnie stan Iowa. Keokuk zmarł w Kansas w 1848 roku.
W 1933 roku żyło około 875 Indian Sauk w środkowej Oklahomie i około 125w rezerwacie leżącym na skraju północno-wschodniego Kansasu oraz kilku innych w Nebrasce.
Ze 100 Indian Sauk, którzy przedostali się na zachodni brzeg Missisipi 70 zabitych zostało przez Indian Dakota.(Kiedy to było?)
Saukenuk - Osada Indian Sauk leżąca w stanie Wisconsin, w widłach rzeki Rock i Missisipi.
Sayaco Amahuaca
Sayma Chayma
Sayula - Indianie meksykańscy.
Sayulteca - Indianie meksykańscy.
scheelit - Minerał, ważna ruda cennego metalu wolframu. Jest on zazwyczaj biały, ale może mieć także różne odcienie barwy brunatnej, zielonej, czerwonej lub żółtej. Krystalizuje się zwykle w postaci podwójnych piramid. Rzadziej tworzy skupienia zbite. Powstaje w skałach metamorficznych i hydrotermalnych.
Występuje w Boliwii i USA (Connecticut, Nevada, Arizona).
Scyri Cara
Sebondoy - Indianie kolumbijscy.
Seburuco - Indianie wenezuelscy.
Sec - Indianie peruwiańscy.
Sechura - Indianie peruwiańscy.
Seco Paya
Secoya-Gai - Indianie z Peru i Ekwadoru.
See-non-ty-a - Leczniczy człowiek Indian Iowa. W 1829 roku sportretowany został przez George'a Catlina.
sekwoja - (Sequoia sempervirens); wieczne zielone drzewo iglaste z rodziny cyprysowatych. Nazwane tak zostało dla uczczenia przywódcy indiańskiego, twórcy alfabetu Indian Cherokee, syna Indianki i białego, Sequoyaha.
Dorasta do 100 metrów wysokości. Żyje 2000 lat. Ma bardzo gruby, czerwonobrunatny pień, płaskie igły i nieduże, jajowate szyszki. Rośnie w nadbrzeżnych górach Oregonu i Kalifornii. Drzewo podlega ochronie.
Jeden z okazów sekwoi zwany Howard Libbey Redwood jest najwyższym drzewem świata liczącym 110 metrów wysokości (średnica pnia - 13, 4 metry.
Niegdyś do rodzaju Sequoia zaliczano mamutowca olbrzymiego.
W Polsce małe okazy sekwoi uprawiane są w szklarniach.
Selcnam - Indianie z Argentyny i Chile.
selenicerus - (selenicereus Br. et R.); rodzaj kaktusów tropikalnej Ameryki, tworzących płożące, czterożebrowe i wielożebrowe pędy z korzeniami powietrznymi, którymi rośliny czepią się gałęzi drzew. Mają ogromne kwiaty, szerokości do 30 cm, a długości do 25 cm. Opisano około 30 gatunków tego rodzaju, z których najbardziej znany jest S. grandiflorus (L.) Br. et R. - sławna "królowa nocy".
selenit - Minerał, grubokrystaliczna, bezbarwna odmiana gipsu.
Na Ziemi Indian występuje m.in. w USA i w Meksyku.
Na pustyni w Nowym Meksyku ruchome wydmy białego piasku lśnią w słońcu tak jak pola śniegu. Białe Piaski (White Sands) nie są tu jednak zbudowane z kryształków kwarcu, jak na niemal wszystkich pustyniach, lecz z miękkiego, podobnego do kredy siarczanu wapnia, czyli selenitu. Same Białe Piaski rozciągają się na obszarze 700 km2. Początków tej niezwykłej pustyni należy szukać około 100 milionów lat temu, kiedy ta część kontynentu północnoamerykańskiego znajdowała się pod powierzchnią płytkiego morza. Pozostawały po nim jeziora o słonej, bogatej w minerały wodzie, które też ostatecznie wyparowały. Na ich dnie grubymi warstwami osiadła sól oraz siarczan wapnia.
Selenit był symbolem jednego z 18 miesięcy kalendarzowego roku Indian Maya, rozpoczynającego się 22 czerwca a kończącego 11 lipca. Zgodnie z wierzeniami tego ludu, Selenity to ludzie łagodnego usposobienia. Cenią takt, grzeczność, dobre maniery. Razi ich zbyt swobodny sposób bycia. Są wrażliwi i niełatwo im znaleźć partnera. Kiedy są w stałym związku, można liczyć na ich lojalność i oddanie. Nie lubią zmian. Kobiety - Selenity mają dużo w sobie ciepła i są subtelne, serdeczne i czułe. Los obdarzył je wyjątkową intuicja.
Sam selenit nie posiada mocnych wibracji leczniczych i powinno się go łączyć z innymi minerałami.
Poprzez selenit nasza świadomość doświadcza jasnych, czystych wibracji, pobudzane są funkcje mózgu. Kryształ ten wnosi światło w nasze myśli i dzięki temu możemy uzyskać najczystszy stan umysłu. Ponieważ selenit jest kamieniem duchowej jasności, użyty w medytacji, rozwija zdolności telepatyczne.
Semigae - Indianie z Ekwadoru i Peru.
Seminole - W XVIII wieku część Indian Creek, żyjąca w dorzeczu Chattahoochee, oderwała się od reszty narodu i przeniosła się na obszar Florydy. Tam z kolei połączywszy się z resztkami innych ludów indiańskich (głównie Indian Muskogee) a także z murzyńsko-indiańskimi mieszańcami utworzyła nowe plemię - Seminole, co oznacza w ich języku "Oddzielający się", "Uchodźcy". Mimo że Floryda była kolonią Hiszpanii, w roku 1818 zaatakowały lud Seminole oddziały północnoamerykańskie dowodzone przez generała Jacksona (tego samego, który później przesądził o losach Indian Cherokee i innych plemion południowego wschodu Ameryki Północnej, wysiedlając je za Missisipi). Jackson poczynał sobie wtedy na Florydzie tak dzielnie, że nie tylko szybko pozbawił życia jedną trzecią wszystkich ludu Seminole, ale na dobitkę zdołał przekonać władze hiszpańskie, że "byłoby dowodem rozsądku", gdyby Hiszpania odprzedała ten półwysep Stanom Zjednoczonym - co też się stało. Później - w roku 1823 w Moultrie - Unia zmusiła lud Seminole do podpisania układu, w którym ci zrzekli się większości swego terytorium plemiennego na Florydzie na rzecz Stanów Zjednoczonych. Ponieważ jednak biali mieli zwyczaj nieustannego zmieniania "niezmiennych", "świętych" i "wieczystych" umów z Indianami, przeto również układ zawarty w Moultrie obowiązywał zaledwie dziewięć lat.
Około 1825 roku szeregi Indian Seminole zasilili Indianie Apalacho.
W roku 1832 Stany Zjednoczone unieważniły "niezmienny układ", każąc Indianom Seminole opuścić Florydę i ruszyć za Missisipi, lecz w odróżnieniu od Indian Cherokee, Seminole nie usłuchali. Przez osiem lat wojska Unii biły się z nielicznymi Seminolami, których wspierali zbiegli z niewoli Murzyni. Na czele ludu Seminole stał jeden ze słynnych bohaterów wojen indiańskich, mężny wódz Osceola. Choć było ich niewielu, Seminole częstokroć sami wykazywali inicjatywę strategiczną. W Forcie King zabili głównego pełnomocnika rządu, generała Thompsona, napadli też i całkowicie zlikwidowali ekspedycję karną majora Dade'a itd. Ostatecznie jednak Osceola poniósł klęskę, dostał się do niewoli i został uwięziony, najpierw w Charlestonie, a następnie w Forcie Moultrie. Ale człowiek, który tak bardzo kochał wolność, nie potrafił żyć w niewoli. I oto pewnego dnia Osceola wyłudził od strażników pod byle jakim pretekstem swój wspaniały strój wojownika, po czym zawiązawszy sobie pętlę na szyi, dobrowolnie rozstał się z tym światem. A jego Seminole zostali w końcu wraz z Indianami Cherokee i innymi plemionami wschodnimi wydaleni w 1889 roku za Missisipi i osadzeni na tzw. Terytorium Indiańskim - w obecnej Oklahomie.
W 1900 roku liczbę Indian Seminole z Florydy szacowano na 2200. W roku 1910 przyjęli pejotyzm. Zamieszkują rezerwaty Big Cypres i Bringhton oraz mieszkają w pokazowej wiosce Silver położonej nad jeziorem Okecchabee. Żyją też w ośmiu osadach wzdłuż szlaku Tampa-Miami. Rezerwaty Big Cypres i Bringhtan nie są rezerwatami indiańskimi, ale rezerwatami przyrody.
Zgodnie z uchwałą Kongresu Bill 29879/329 z 10 sierpnia 1956 roku florydcy Indianie Seminole nie są obywatelami USA i zamieszkuję stan Floryda bezpodstawnie.
W 1980 roku ich liczebność szacowano na 10363 osoby a w roku 1990 na 15564.
W oklahomskim mieście Wewoka znajduje się Muzeum Narodu Seminole ukierunkowane na podnoszenie wiedzy o Indianach Seminole z Oklahomy. Adres:
Seminole Nation Museum
P.O. Box 1532
Wewoka, OK 74884
USA.
sen - Indianie, jak większość pierwotnych ludów, traktowali sny i wizje jako rzeczywistość. Wierzyli, że dusza śpiącego człowieka opuszcza ciało i podczas wędrówki 90 w zaświatach obcuje z istotami nieziemskimi. Sny i wizje decydująco wpływały na postępowanie Indian i odgrywały olbrzymią rolę w ich życiu. Wiązały się one ściśle z wierzeniami religijnymi.
Seneca - Indianie północnoamerykańscy. Żyli wzdłuż rzeki Red Deer.
W plemieniu Seneca siódemkę reprezentowało siedem kamieni: kamień krwi, kamień żyzności, kamień słońca, kamień rozkwitania, kamień wody, kamień dobroczynności i kamień uzdrowienia.
Kiedy pod koniec lat 50-tych XX wieku podjęto decyzję o budowie zapory Kinzua i tym samym zalaniu ziem Indian Seneca w zachodniej części stanu Nowy Jork, przywódcy Indian sprzeciwili się tym planom, występując jednocześnie o odszkodowanie. Kongres USA uzależnił wypłacenie odszkodowania Indianom Seneca od ich zgody na realizację planu likwidacji plemienia. Dzięki jednak pomocy organizacji NCAI Indianie Seneca mogli odrzucić ten warunek i otrzymali odszkodowanie.
W 1985 roku w Kanadzie żyło 5548 Indian Seneca.
Do 2004 roku muzea zwróciły Indianom Seneca kilka ich pasów wampumowych.
Seneca del Sur - Osada i grupa Indian Tigua Pueblo.
Sensi - Indianie peruwiańscy.
Sensivo Sensi
Senyo - Indianie kolumbijscy.
serce - Indianie Cheyenne nazywali je hesta.
Serce Kobiety - Man-yi-ten; był typowym wodzem wojennym Indian Kiowa. Chociaż podpisał traktat nad Medicine Lodge to nie należał do pokojowego ugrupowania.
24 grudnia 1868 roku pułkownik Evans na czele 200 żołnierzy zaatakował koło Soldier Spring liczącą 60 tipi wieś Indian Nokoni Comanche na których czele stał Grot Strzały. Usłyszawszy huk armat na pomoc pośpieszyli im Indianie Kiowa grupy Serca Kobiety. Przegrana przez Indian walka ustała po zmierzchu, a niszczenie wioski trwało do północy.
Zimą 1868 roku, wraz z wrogimi Indianami Cheyenne, przebywał koło Antelope Hills. Po bitwie nad Washitą, przeniósł się w okolice Sheep Mountain, gdzie wdał się w bitwę przy Soldier Springs. Wziął udział w dwudniowych walkach rozpoczętych 22 sierpnia 1874 roku w obozie Indian Noconee Comanche, których chciał rozbroić pułkownik Davison.
Brał udział w powstaniu w 1874 roku, lecz wkrótce po tym się poddał. Był jednym z Indian Kiowa zesłanych na Florydę w roku 1875.
Serecong - Indianie z Gujany francuskiej.
serenzja - (Soehrensia Bckbg.); względem kwiatów kaktusy tego rodzaju zbliżone są do lobiwii, mają jednak gruby pęd, kształtu od kulistego do niskocylindrycznego. Ojczyzną ich jest teren obecnej Argentyny.
Seri - Indianie meksykańscy.
Sericuma Terecuma
serpentyn - Krzemian magnezu. Grupa minerałów o zielonej barwie. Jego powierzchnia jest tłusta i woskowata. Powstaje przez przeobrażenie głównie oliwinu lub piroksenów. Serpentyny tworzą zbite, masywne skały zwane serpentynitami.
Największe złoża światowe serpentynu znajdują się w Kanadzie i USA.
W Polsce serpantyny i złoża serpentenitowe występują na Dolnym Śląsku; m.in. Jordanów, Sobótka, Szklary.
Serpentyn łatwo się tnie i modeluje, toteż wykorzystuje się go jako kamień ozdobny.
Olmekowie wyrabiali z serpentynu m.in. niezwykle pomysłowe topory wotywne, które ozdabiali rzeźbionymi lub grawerowanymi motywami. Znana jest interesująca statuetka produkcji olmeckiej wykonana z lśniącego, czarnego serpentynu: szkaradne niemowlę lub karłowate stworzenie bez dolnej szczęki, odrzuca w tył tchawicę, wyłaniającą się spomiędzy obojczyków i kończącą się w wysuniętych ustach pośród wydętych policzków. Obydwa kawałki, z których składa się statuetka, znaleziono w odległych miejscach i w bardzo różnym czasie; miejsce przełamania było stare a głowa mocniej zwietrzała niż korpus. Otwór wywiercony w kikucie brakującej nogi wskazywał, że figurkę chciano naprawić. W muzeach i zbiorach prywatnych znajduje się wiele tego typu rzeźb wykonanych z niebieskozielonego jadeitu, serpentynu i zwykłego kamienia.
W olmeckim mieście La Venta znaleziono łącznie 37 toporów z serpentynu, ułożonych w kształcie krzyża. Topory takie, odnalezione również w innych miastach stanu Tabasco i Veracruz, skłaniają niektórych badaczy do wyrażenia poglądu, że topór stanowił zasadniczy symbol władzy i pełnił podobną funkcję do tej, jaką u chrześcijan odgrywa krzyż.
Również rzadko spotykane u Indian Mexica topory wytwarzano też m.in. z tego minerału. Zachowało się również serpentynowe naczynie Tezcatzontecatla, boga pulque, wykonane przez kulturę Indian Mixtec - Pueblo.
serpentynit - Skała ultrazasadowa, powstała wskutek przeobrażeń hydrotermalnych, złożona głównie z serpentynu i oliwinu. W niektórych odmianach serpentynitu występuje też czerwony granat, piroksen a także opal, chloryt i inne minerały.
Skała ta wykorzystywana jest do wyrobu materiałów ogniotrwałych i kwasoodpornych.
Serrano (1) - Indianie chilijscy.
Serrano (2) - Indianie kolumbijscy.
Seta Ivapare
Setebo - Indianie peruwiańscy.
Seuacu - Indianie brazylijscy.
Seueni - Indianie kolumbijscy.
Sewee - Małe plemię, przypuszczalnie siouańskie, pierwotnie żyjące we wschodniej części Południowej Karoliny. Później połączyło się z Indianami Catawba.
sfaleryt - Sfaleryt jest kruszcem stanowiącym główne, przemysłowe źródło cynku. Bywa też nazywany blendą cynkową lub po prostu blendą. Minerał ten, choć najczęściej żółtawy, brunatny lub czarny, może być również bezbarwny, czerwony lub zielony.
Sfaleryt występuje w żyłach powstałych z gorących roztworów oraz w dolomitach jako minerał zastępujący tę skałę.
Najważniejsze gospodarczo złoża sfalerytu występują w centralnych o południowo-wschodnich stanach USA (górny bieg Missisipi). W Polsce znajdowany bywa w wielu kopalniach.
sfen tytanit
sferokobalt - Sferokobaltyt jest minerałem rzadkim i z tego też względu nie ma praktycznego zastosowania, choć zawiera dużo cennego kobaltu. Jego ładnie wykształcone kryształy są bardzo poszukiwane przez kolekcjonerów minerałów. Znaleźć go można w meksykańskim Baja California.
Shahala - Saxala, czyli Powyżej. Nazwa nadana przez Lewisa i Clarka plemionom Indian Chinook żyjącym nad rzeką Columbia od wyspy Sauvies do Kaskadów w Oregonie. Ich liczbę określili na 2800 osób zamieszkujących 62 domy i wymienili następujące plemiona: Neerchokioon, Wahclellah i Jehuh. Rodzimą nazwą Indian tego regionu była Katlagakya.
Shapra Zapa
Shawnee - Nazwa zaczerpnięta została z algonkńskiego określenia znaczącego "południowiec".
W mitologii Indian Shawnee występuje Kenawa. Kenawa znaczy mający wiry wodne lub połykający. Wierzy się, że zły duch żyje w wodzie, która wciąga przedmioty i ludzi na dno rzeki.
Słowniczek języka Indian Shawnee:
Auglaize (rzeka w Ohio) - Kathinakithiipi
babcia - cocumtha
babcia (moja) - no'kom'tha
bagno - miskekopke
Bądź ostrożny - Paselo
Bądź silny! - Oui-shi-cat-to-oui!
Biały - Shemanese
Biały Jastrząb (imię) - Waupee
bieg - memequiluh
bizon - m't
bizonica - m'thotho
blisko - maketchenelu
Błękitny Kubrak (imię) - Wehyahpiherhnwah
bóbr - amaghqua
bransoletka - kinkepethoowe
brat - jai-nai-nah
brat (mój)- ni-je-ni-nuh
broda (zarost) - quinilu-narolih
brzydki - matethi-i-thi
butelka - oui-thai-quuc-quoi
cebule - shekagosheke
chata - cakiwiikiwa
chleb - takhwa
chłopiec - skillewaythetha
chmury - pasquawke
ciało - ni-i-yah
ciemność - pai-bai-ke-char
Co? - nethowwe
córka - dah-nai-tha
córka (moja) - ni-da-ne-thuh
cybuch fajki - pootacika
Czarna Broda (imię) - Wesecahnay
Czarna Ryba (imię) - Chiungalla
Czarne Kopyto (imię) - Catahecassa
czarny - p'catewah
Czarny Ogarek (imię) - Chiuxca
Czarny Wąż (imię) - Shementeo
Czerwony Słup (imię) - Misquacoonaw
cześć - bezon
człowiek - elene
czoło - lah-oui-ki-leh
cztery - Newe
dąb - wahbah-comeshi
deszcz - gimewane lub keawa
dłoń - ki-leh-chi
Długie Podudzia (imię) - Waytheah
dobry - oui-sah
dolina - ki-kah-ka-mi-ka-tui
dom - wiikiwa or wiigiiwa
drewniany - utequi
drewno - utequi
drwa na opał - potawe
drzewa - metequeghke
drzewo - m'tekwi lub te-qui
dużo - metchi lub squa-thi
Duży Róg (imię) - Spemica Lawba
dwa - neshwa
dym - liwate
dziadek (mój) - ni-me'soom'tha
Dziecko W Kocu (imię) - Aquewa Apetotha
dzień - qui-si-qui
dzień (piękny) - washekee sheke
Dzień dobry - way-se-gi-se-gi
dziesięć - metathwe
dziewczyna - squithetha
dziewięć - chakatswa
dzięcioł zielony - kwakwath
Dziękuję ci - neahw
Dziki Kot (imię) - Peshewa
dzisiaj - e-no-ke-kah-she-ki-ki
dziura - waasaalakwi
farba - holamo
fasola - miscoochethake
fort - wakahowe
Francuz - tota
gęś - lika lub nika
głowa - oui-i-si
gorąco - aquetteta
góra - we'setekwi
Great Miami (rzeka w Ohio) - Msimiyamithiipi
grzebać (pochować) - nepaka
grzechotnik - msithwe
gwiazdy - alagwa
Hocking (rzeka w Ohio) - Wi'thakakkwathiipi
Hog Creek (rzeka w Ohio) - Koskothiipi
igła - saponika
indyk - pelewa
iść - pamtheloh lub wehpetheh
ja - ni-la
Ja tu żyję - Niila hoci-lenawe
jabłka - meshemenake
jako - oua-oui
jasność - papapanawe
jeden - negate
jeleń - peshikthe
jesień - pahcotai
Jestem Indianinem Shawnee - Lenawe nilla
Jesteś moim mężem - ni wahsiu
Jesteś moim wrogiem - matchele ne tha-tha
Jesteś moją żoną - ni haw-ku-nah-ga
jeść - oui-then-eluh
jezioro - mskekwi
język - ki-lar-ni
jutro - wuhkernekah
Kacze Jaja (imię) - Sheshepukwawala
kaczka - si'sipa
kamień - shequomur
kanu - holakeesi lub olagashe
kapelusz - petakhowe
karabin - m'tekwa
kłoda - hote'kwi
koc - aquewa
kocioł - h'ko'kwa lub achqua
koń - m'seewa
kopystka (rodzaj łyżki) - shumaghtee
kora - oulagequi
koszula - kota lub piitenika
kość - h'kah-nih lub ho'kani
kot - posetha
krew - ps'qui
królik - petakine'thi
krzemień - sakoka
Księżyc - te-bethto-kish-thoe lub tepe'kikiisthwa
kubek - tephica or tiphicah
kukurydza - tame
Kukurydziana Łodyga (imię) - Hokolesqua
kula - petekwalwi
kwiecień- tkikami
las - metequeghke
Latający Kot (imię) - Kumskaka
lato - ni-pai-n'oui
lek - chobeka
lis - waakoce'thi
Little Miami (rzeka w Ohio) - Cakimiyamithiipi
lód - ki-pat-te-nui
lusterko - waapatawi
łabędź - waapehti
Łagodny Jastrząb (imię) - Kekewapilethy
łoś - waapitti
łoś amerykański - moswa
łódź - holakeesi
łóżko - tthani
łuk - hilena'kwi
łyżka - hemkwa
maczuga wojenna - pokkesi
Mad (rzeka w Ohio) - Hathennithiipi
Małe Słońce (imię) - Matchsquathi Kisathoi
małpa - chaquiweshe
mały - match-squa-thi
Mały Księżyc (imię) - Matchsquathi Tebethto
Masz ładne włosy - Ulethi oui'thai-ah
matka - nik-yah
matka (moja) - neegah
mąż - wahsiu
mąż (mój) - ni-da-ne-thuh
melony - usketomake
metal (czerwony) - ou-thow-o-qu-quah
Meteor (imię) - Tecumapese
miasto - hotewe lub ou-te-ou-wel
miedź - ou-thow-o-qu-quah
mięso - oui-or-thi
młody - mai-ah
mokasyny - m'ki-thai-nah
mój - ni (ne)
mówić - atchmoloh
Mówię językiem Indian Shawnee - Ni-sawanwa-towe
mrok - pakesemou
Muamee (rzeka w Ohio) - Hotaawathiipi
Muskingum (rzeka w Ohio) - Wakatamothiipi
my - ni-la-weh
My jesteśmy Indianie Shawnee - Sawanwa killa
mydło - ithinika
nad - kit-te
nas - ni-la-weh
Następny! - Pe-e-wah
nie - mat-tah
niebo - menquotwe
niedźwiedź - muga
noc - te-beth-ki
noga - t'karchi
nogawice (legginsy) - matetawawa
nos - ki-tschar-si
nóż - maanethi
obóz - kesi
odejść - wehpetheh
odpowiadać - atchmoloh
ogień - scoote lub skote
Ogniste Serce (imię) - Skootekitehi
Ohio (rzeka w Ohio) - pelewathiipi lub spelewathiipi
ojciec - mikona
ojciec (mój) - no'tha
ojciec (twój) - ko'tha
on - yah-ma
oni - la-neh-ke
opaska - mskwa'thapiya
orzech - pacan
orzeł - pele'thi
osiem - sashekswa
Otwarte Dźwi (imię) - Tenskwatawa
palce - ki-leh-chi
pantera - msipesi
patrz - nineemeh
picie - meneluh
pies - wi'si
pieśń - nacamoloh
pięć - nialinwe
piękna kobieta - ulethi equi'wa
piżmoszczur - oshasqua
planety - alagwa
Płynące Chmury (imię) - Payakootha
pochmurny dzień - mes-quet-wee
pokrowiec na karabin - hokote
pole - kitika
południe - yelaawa'kweki
poranek - piaitahcouthamou
półmrok - pakesemou
północ - wecipepooki
preria - tawaskote
proch - m'kota
Przeskakująca Pantera (imię) - Tecumseh
przystojny - ulethi
pszenica - cawasque
ptak - ouiske-lo-tha lub wiskilo'tha
pułapka - naquaga
ramię - ki-neh-ki
Robi Głośny Chałas (imię) - Lalawethika
rożen - thakhowe
róg - wiiwiila
ryba - name'tha
rybak - hocaka
rynka - thathikacika
rzeka - thiipii
rzepa - openeake
Sandusky (rzeka w Ohio) - Potakihiipi
serce - ki-te-hi
sępy - sholees
sieć (duża) - skemotah
siedem - neshwathe
siekiera - tecaca
siodło - apapewe
siostra (moja) - ni-t-kweem-a
skalp - wiil'tekwi
skała - shequomur lub sikona
skazany na śmierć - cut-ta-ho-tha
skóra - ha'thaya
skunks - sekakwa
Słońce - kiisthwa lub kesathwa
sosna - s'shequoi
sowa - miyathwe
sól - nepepimma lub nepipemi
spać - ne-pah-loh
spójrz - nineemeh
srebro - moni
St. Mary's (rzeka w Ohio) - Kokothikithiipi
stary człowiek - pashetitha
statek - misheolagashe
staw - miskeque
Stojący Mocno (imię) - Wasabogoa
stopa - nithichi
strumień - thiipowe'thi
suchy - hasiski
syn (mój) - ni-kwith-ehi
szarfa - mskwa'thapiya
sześć - negotewathe
szop - etepate
ścieżka - miyeewi
śmierć - nepwa
śnieg - cone lub koona
Świeci Gdy Idzie (imię) - Wapameepto
świeży - oui-or-thi
święty tytoń - nilu famu
tak - hahhah
taniec - meniedeluh
ten - la-yah-mah
tęcza - quaghcunnega
tomahawk - tekhaaka lub cheketacaca
trochę - match-squa-thi
trzy - nithese
twarz - e-shi-que-chi
ty - ki-luh
Ty jesteś Indianinem Shawnee - Sawanwa nilla
tytoń - latheema
ucho - h'tow-wa-ca
urson - kakwa
Uspokój się! - Nooleewi-a
usta - ki-tor-ni
uzda - saketonebetcheka
wczoraj - ulaoco
wiatr - wishekuanwe
wiele - metchi
Wielki Biały Wilk (imię) - Psaiwiwuhkernekah Ptweowa
Wielki Żółw (imię) - Sheltowee
Wiem jak mówi się po angielsku - Ni-wakota ys'asi tekosi-w-aatoweeya
wiewiórka - haniwa lub anequoi
wilk - m'weowa
wilki - petweowas
wiosło - shumaghtee
wiosna - me-loh-cak-me
wiosna - tkikami
witaj - bezon
włosy (na głowie) - oui-thai-ah
włócznia - cithhika
woda - nipe
wojownik - ne-noth'tu
wojownik (wielki) - psai-wi ne-noth-tu
wódz - okema
wschód - wa'ta'pethekwi
wstążka - picika
Wszechświat - ya-la-ku-qua-kumi-gigi
wszystko - tscha-yah-ki
wydra - kitati
Wymieniający Pióra (imię) - Penagashea
Wyrzuć to! - Puck-e-ton!
wyspa - mene'thi
wyżej - kit-te
zabić - tsi or Tschi
zachód - ta'paksimoci
ząb - ki-be-tar-leh
ziemia - ake
ziemia (urodzajna) - alwameke
zima - paipoun'oui
Zimna Woda (imię) - Wepe-nipe
złoto - hothaawimoni
zły - mat-ou-oui-sah
Zły Duch (imię) - Matchemenetoo
zobacz - nineemeh
zupa - hapikamite
żaba - toti
żelazo lub metal - m'kopelekwi
żołnierz - shemagana
żona (moja) - ni-wa
żona (twoja) - keewa
Żółty Jastrząb (imię) - Outhowwa Shokka
żółw lądowy - skotelawe
Żółw składający Jaja (imię) - Methoataske
żółw wodny - ka'skotelawe
żywy - lenawawe
Pierwsze kontakty Indian Shawnee przybyłych z Ohio do Tennessee z Francuzami miały miejsce w 1650 roku. W Południowej Karolinie znajduje się ich kolonia zwana Savannah, położona pomiędzy Indianami Cherokee i ziemiami Indian Catawba.
W latach 1660-1670 Indian Shawnee, nieposiadający jeszcze broni palnej, wyparci zostali przez Indian Iroquois, prawdopodobnie do Wisconsin, gdzie nastąpił ich podział na cztery grupy. Jedna z nich (Chillicote and Kispoko) za zgodą Indian Cherokee osiedliła się w dorzeczu rzeki Cumberland w Tennessee, oddzielając ich od ich odwiecznych wrogów Indian Chickasaw.
Około 1670 roku druga grupa Indian Shawnee (Hathawekela), po przejściu Appalachów, osiadła w Karolinie Południowej nad rzeką Savannach, pomiędzy Indianami Cherokee i Catawba.
W 1674 roku brytyjscy handlarze napotykali w górnym biegu rzeki Savannah grupę Indian Shawnee. W 1677 roku część Indian Shawnee, Piqua, przeniosła się na wschód do Pensylwanii, gdzie osiadła wśród Indian Delaware, w widłach rzek Pequa Creek i Sasquehannock. Czwarta grupa wycofała się na zachód, gdzie osiadła w Illinois, nad górnym biegiem rzeki Illinois w pobliżu francuskiej placówki handlowej Fort St. Luis. Francuzi określali ich mianem Chaskp (Chuesnon). W roku 1683 było ich ponad 3000.
W 1684 roku Indianie Iroquois zaatakowali Indian Miami, ponieważ ci pozwolili osiedlić się Indianom Shawnee w pobliżu swoich siedzib w północno-zachodniej części Indiany.
W roku 1689 doszło do gwałtownej konfrontacji między Indianami Shawnee zamieszkałymi w Illinois, a Konfederacją Indian Illinois, po której to znaczna część tych pierwszych dołączyła do pobratymców w Tennessee.
W 1692 roku jedna z grup, która opuściła Illinois, dotarła do wschodniego Marylandu i ostatecznie osiadła wśród Indian Delaware (Munsee) w Dolinie Lehigh (wschodnia Pensylwania).
W roku 1692 Indianie Shawnee z Tennessee zorganizowali wyprawę na wioski Indian Cherokee w celu zdobycia niewolników.
W roku 1694 Indianie Shawnee z Doliny Lehigh zawarli porozumienie pokojowe i przystąpili do przymierza z Indianami Iroquois.
W 1715 Indian Shawnee z Kamberlandu zostali pobici przez Indian Cherokee sprzymierzonych z dotychczasowymi swoimi wrogami, Indianami Chickasaw.
W roku 1729 część Indian Shawnee z Kumberlandu przeniosła się do Kentucky.
W 1737 roku Indianie Delaware wraz z zamieszkałymi wśród nich Indianami Shawnee opuścili dolinę Lehigh Valey we wschodniej Pensylwanii i osiadli tymczasowo na ziemiach Indian Iroquois w Wyoming i dolinie rzeki Susquehanna.
W roku 1745 kumberlandzcy Indianie Shawnee założyli Shawneetown nad Ohio w południowym Illinois. Rok później jedna z grup Indian Shawnee zawarła pokój z Indianami Cherokee i ponownie osiedliła się w zlewisku Kumberlandu.
W 1756 roku doszło do bitwy pod Nashville z Indianami Chickasaw i wycofania się Indian Shawnee do Tennessee.
W roku 1758 większość Indian Shawnee, z wyjątkiem małej grupy zamieszkałej wśród Indian Creek w Alabamie, zamieszkiwali na północ od Ohio między Scioto i Alleghenami.
W lata 1740-tych Indianie Shawnee z Wyoming i doliny Sasquanny, wraz z Indianami Delaware, przenieśli się do zachodniej Pensylwanii.
W 1753 zostaw schwytany w Południowej Karolinie wódz wojenny Indian Shawnee, The Pride (Duma), podczas wyprawy przeciwko Indianom Catawba. Zmarł w brytyjskim więzieniu.
W latach 1754-63 trwała wojna Francuzów i Indian.
W lipcu 1755 roku w Philadelphi powieszono delegację Indian Shawnee i Delaware, która przybyła, aby zaprotestować przeciwko cesjii Ohio przez Indian Iroquois. W odpowiedzi, ci pierwsi, w przeciągu dwóch następnych lat przeprowadzili szereg wypraw wojennych na pogranicza Pennsylwani, Wirgini i Marylandu, w których zginęło około 2500 osadników.
Na przełomie 1757 a 1758 roku w Forcie Pitt kapitan Simeon Ecuyer zainfekował Indian Shawnee, Delaware i Mingo wydając im zarażone ospą koce.
W czerwcu 1759 roku Indianie Shawnee i Delaware z Ohio zawarli pokój z Brytyjczykami.
1 października 1774 roku doszło do Bitwy nad Wielka Kanawahą, stoczonej pod wodzą Cornstalka przeciw armii generała Andrew Lewisa. Zakończyła się zwycięstwem Indian.
7 listopada 1811 roku gubernator W.H. Harrison zniszczył i spalił osadę Tippecanoe, założoną przez Tecumseha.
5 września 1813 zginął Tecumseh w bitwie nad Thames River.
W 1825 roku liczebność Indian Shawnee z Missouri oszacowano na 1400 osób; z Luizjany na 110 osób, z Ohio -na 800 a kilka setek naliczono w Teksasie. Razem liczyli około 2500.
W 1832 roku na Terytorium Indiańskie przybyła mieszana grupa szaunisko-senecka z Lewistown.
18 lutego 1835 roku ukazał się SIWINOWE KESIBIWI (Shawanoe Sun), pierwszy indiański periodyk w USA (wydawany w Kansas).
W roku 1867 Indianie Shawnee Wschodni, z mieszanej grupy szaunisko-seneckiej z Lewistown, uznani zostali za odrębne plemię.
Według przeprowadzonego w 1910 roku spisu ludności ustalono liczebność Indian Shawnee Nieprzejednani (Shawnee Absentee) na 481 osób, Wschodnich Indian Shawnee (Eastern Shawnee) na 107 osób, a Indian Cherokee Shawnee na 1400 osób.
W roku 1990 językiem Indian Shawnee potrafiły posługiwać się 234 osoby. Obecnie w rezerwacie Indian Cherokee w Oklahomie, gdzie przebywa największa grupa szauniska, realizuje się program nauki dzieci w języku plemiennym.
Shelknam Selcnam
Shikiana Chiquena
Shimigae Semigae
Shinngass - Wódz Indian Delaware za którego skalp angielski generał Braddock podczas wojny Francuzów i Indian z Anglikami wyznaczył nagrodę 200 funtów.
shitana kluzja
Shocleng (1) Chocren
Shocleng (2) Ivapare
Shoshone - Znani także jako Snakes, czyli Węże, z powodu uprawianego tańca węża. Zaliczani do rodziny językowej aztec-tano. Zamieszkiwali Idaho, Wyoming, Utah, Nevadę i skrawek Kalifornii.
Kiedy konie dotarły do Indian Shoshone, uczyniły ich życie łatwiejszym, umożliwiając penetrowanie większego obszaru w poszukiwaniu pożywienia. Mogli też polować na bizony w Wyoming, suszyć mięso i przewieźć je na zamieszkane przez siebie tereny. Konie umożliwiły im także dotarcie do bogatych w łososia strumieni w Idaho, jak również na prerie, gdzie poszukiwano jadalnych bulw.
Po nabyciu Luizjany od Francji prezydent USA, Jefferson, wysłał ekspedycję pod dowództwem kapitanów Meriwethera Lewisa i Williama Clarka, w celu zbadania terytoriów na północ od połączenia Missisipi z Missouri oraz wytyczenia szlaku do Pacyfiku. Lewis i Clark pierwsi przeszli w poprzek kontynent. Ekspedycja wyruszyła z St. Louis. W okolicy rzeki Missouri dołączył się do niej francuski kupiec Touissaint Charbonneau razem ze swym małym dzieckiem i szoszońską żoną Sacagaweą, która oddała ekspedycji nieocenione usługi. W 1805 roku ekspedycja dotarła do osady Indian Shoshone, której wodzem był brat Sacagawei. Indianie Shoshone odtąd byli bardzo przyjaźni dla białych. Po odstąpieniu swych terytoriów rządowi USA Indianie Shoshone zostali osadzeni w rezerwatach Lemhi i Fort Hall w Idaho oraz w rezerwacie Wind River w Wyoming. W 1845 roku ich liczebność szacowano na 4500 osób. W 1876 roku, John Gregory Bourke napisał odnośnie Indian Shoshone:
"Przygalopowali do kwatery głównej i wykonali w linię lewo front we wspaniałym stylu. Żadni wyszkoleni żołnierze cywilizowanej armii nie wykonaliby tego manewru ładniej." W 1890 roku w Agencji Zachodnich Indian Shoshone pracował jako lekarz doktor Carlos Montezuma. W 1930 roku liczebność Indian Shoshone oszacowano na około 3994 osoby.
Shoto - Indianie (lub odłam plemienia) napotkani przez Lewisa i Clarka w 1806 roku na północnej stronie rzeki Columbia w niewielkiej odległości od rzeki, niemal naprzeciwko ujścia Willamette. Zamieszkiwali 8 chat w liczbie 460 osób.
Showewagu - Był Indianinem Cayuse.
Shuara Jivaro
Shucuru Chucuru
Shumnac - Osada i grupa Indian Tigua Pueblo.
Shuswap - Indianie północnoamerykańscy. W 1885 roku przyłączyli się do powstania Louisa Riela.
Siacuas Magach
siarka - W przyrodzie siarka występuje zarówno w związkach jak i w stanie rodzimym. Jest drugim, obok saletry, najmłodszym (z geologicznego punktu widzenia) surowcem chemicznym. Po rozgrzaniu pali się, wydzielając silny, nieprzyjemny zapach. Ma kolor jasnożółty, czasem brązowy. Wydobywana jest przez wypłukiwanie złoża gorącą wodą.
Służy m.in. do produkcji kwasu siarkowego, zapałek, środków leczniczych, do wulkanizacji kauczuku. Stosowana jest też do wyrobu środków owadobójczych, papieru i materiałów wybuchowych.
Znajdowany jest w skałach w pobliżu wulkanów i gorących źródeł.
W Ameryce Łacińskiej największe jej złoża występują w Meksyku i północno - zachodniej Argentynie. W znacznej mierze są to złoża powstałe na skutek czwartorzędowej działalności wulkanicznej. Wiele spośród tych pokładów, szczególnie w Andach argentyńskich, boliwijskich i chilijskich, eksploatowanych jest w wygasłych kraterach wulkanów wysokogórskich, stanowiąc tym samym element aktywizacji gospodarczej sąsiednich, słabo rozwiniętych rejonów, zamieszkiwanych najczęściej przez ludność trudniącą się prymitywnym rolnictwem albo hodowlą kóz i owiec. Ładne okazy siarki znaleziono też m.in. w Luizjanie (USA).
W Polsce, na Podkarpaciu, znajduje się jedno z największych złóż siarki rodzimej.
Przemysław Burchard, zwiedzając około 1970 roku kopalnię siarki "El Vinagre" w kolumbijskim mieście Cali zauważył:
"Stały personel kopalni składa się z 250 osób, okresami - 300. Są to Indianie. Angażuje się ich nie tylko dlatego, że mieszkają blisko. Dzięki pewnym cechom fizycznym, Indianie andyjscy dobrze znoszą pracę na dużych wysokości. Ich zalety to zdyscyplinowanie, obowiązkowość, solidarność i gotowość niesienia pomocy.
- Kiedy raz zaczęły pękać filary - opowiada sztygar - wszyscy porzucili robotę, ale nie po to, aby uciekać, lecz żeby nieść ratunek górnikom na przodku (.).
Górnicy indiańscy zarabiają - jak na Kolumbię - nieźle. Zależnie od funkcji dzienna płaca wynosi 35 - 46 pesos, dając na miesiąc przeciętnie 1 000 pesos, czyli tyle, ile otrzymują kwalifikowani robotnicy przemysłowi w stołecznej Bogocie".
Siaviri Gae
Siberi - Indianie boliwijscy.
Sicacao - Indianie wenezuelscy.
Sicasica - Indianie boliwijscy.
sickleryt - Sickleryt jest fosforanem litu, manganu i żelaza i ma wtórną genezę. Jest bardzo podobny do ferrisicklerytu. Znaleziony został m.in. w Kalifornii w USA.
Sicluna - Indianie peruwiańscy.
Sicuane - Indianie kolumbijscy.
siedem- Liczba mająca różne znaczenie w indiańskich wierzeniach.
Po dodaniu do sześciu kierunków punktu centralnego powstaje najpełniejszy liczbowy symbol uniwersum. Indianie Mandan jako synonimu "całości" używają określenia "siedem różnych rodzajów". Ciekawe, że liczba siedem bardzo często pojawia się w strukturze społecznej wielu plemion północnoamerykańskich Indian. Na grupę Indian Sioux składało się siedem plemion, plemię Lakota tworzyło siedem szczepów. Plemieniem Omaha rządziła rada złożona z siedmiu wodzów. Wsie Indian Mandan i Hidatsa dzieliły się na dwie części, z których jedna nazywała się stroną Trzech Klanów, druga - stroną Czterech Klanów.
W micie Indian Lakota Święta Biała Kobieta Bizon przyniosła na ziemię święty kamień, na którym zostało wyrzeźbione siedem okręgów. Symbolizowały one siedem wielkich ceremonii, których Ptesan Win nauczyła naród Lakota. Liczbę siedem u Indian Lakota reprezentowało również siedem strzał symbolizujących siedem kierunków świata: zachód, północ, wschód, południe, niebo, ziemię i Ducha (środek).
W plemieniu Seneca siódemkę reprezentowało siedem kamieni: kamień krwi, kamień żyzności, kamień słońca, kamień rozkwitania, kamień wody, kamień dobroczynności i kamień uzdrowienia.
Szczególnie wiele przykładów symbolicznego wykorzystania liczby siedem znaleźć można u Indian Cherokee. Zgodnie z mitami tego plemienia ludzie są potomkami orłów i przybyli na ziemię z nieba. Dlatego po śmierci muszą przebyć siedem firmamentów niebieskich, tzw. Siedem Wzniesień, aby powrócić do miejsca poczęcia. Dawny czirokeski dom narad składał się z siedmiu boków symbolizujących siedem firmamentów niebieskich. W ciągu roku urządzano siedem głównych ceremonii religijnych, ale siódmą tylko co siedem lat. Najświętszą formułę modlitewną, tzw. modlitwę poczęcia życia, powtarzało siedmiokrotnie siedmiu przedstawicieli siedmiu klanów Indian Cherokee przez siedem kolejnych poranków. Indianie ci dzielili dobę na siedem przedziałów czasowych. Święta fajka palona podczas narad plemiennych przez przedstawicieli siedmiu klanów posiadała siedem otworów. Ognisko w domu narad rozpalano siedmioma gatunkami drewna. Indianie Cherokee rozróżniali siedem podstawowych kolorów, z których każdy miał symboliczne znaczenie: biały oznaczał szczęście i pokój; czerwony - zwycięstwo w walce, czarny - rozpacz, śmierć i brak nadziei; niebieski - zimny wiatr z północy, nieszczęście lub samotność; brązowy - środek Ziemi, moc magiczną i stan równowagi; żółty - nadprzyrodzoną siłę oraz szlak wiodący przez siedem firmamentów; zielony - życie.
Liczba siedem często pojawia się w mitach opowiadających o genezie zjawisk astronomicznych, jak np. w opowieści Indian Micmac pt. "Wielka Niedźwiedzica i siedmiu myśliwych" czy w irokeskim micie o pochodzeniu gwiazdozbioru Plejady. Jednakże takie wykorzystanie liczby siedem nie będzie przedmiotem analizy w tej pracy, gdyż podaje symboliczne uzasadnienie jedynie niewielkiego fragmentu kosmosu, a nie jego całości - jak to miało miejsce w przypadku wcześniej zanalizowanych symboli numerycznych.
siedmiopalecznik błotny - (Comarum palustra).
Siedzący Byk - Tatanka Yotanka, znany Stanozjednocznikom jako Sitting Bull. Urodził się około 1834 roku nad rzeką Grand w Dakocie Południowej. Jego ojciec, Skaczący Byk, zwany także Cztery Rogi, był mniejszym wodzem w grupie Indian Hunkpapa Teton Lakota Sioux.
Siedzący Byk po urodzeniu otrzymał imię Skaczący Borsuk. Jako dziesięcioletni chłopiec wykazał duże zdolności łowieckie podczas swego pierwszego polowania na bizony. Gdy miał lat 14, odbył z ojcem wyprawę przeciwko Indianom Crow i zdobył pierwsze odznaczenie za dotknięcie ciała zabitego wroga. Po powrocie z wyprawy ojciec urządził ucztę na jego cześć, na której nadał mu imię Cztery Rogi i rozdał wiele koni. Imię to nosił aż do 1857 roku, czyli do rozpoczęcia praktyki szamana-jasnowidza i przepowiadacza przyszłości. Odtąd też nosił imię Siedzący Byk.
Dzięki sukcesom w zawieraniu pokoju z innymi plemionami Siedzący Byk szybko zdobył sobie uznanie w grupie rodowej i został wodzem Indian Hunkpapa. Został nawet przywódcą Stowarzyszenia Dzielnego Serca - jednego z popularnych wśród Indian Równin związku wojowników. Był jednym z najbardziej zdolnych, uczciwych indiańskich polityków. Brał czynny udział w wojnach na Wielkich Równinach w latach 60-tych. Pierwszą potyczkę z białymi stoczył w czerwcu 1863 roku podczas powstania Indian Sioux Santee w Minnesocie.
Gdy Siedzący Byk miał około 30 lat, jego grupa przeprawiła się przez Yellowstone i stanęła obozem na jej północnym brzegu. W nocy oberwanie chmury uczyniło rzekę wprost nie do przebycia. Rankiem, następnego dnia, pewna młoda kobieta zaczęła głośno rozpaczać, gdy spostrzegła, że jej ulubiony wierzchowiec pozostał na drugim brzegu, gdzie widać było, jak rżał i grzebał nogą. Kilku młodzieńców zaoferowało swoją pomoc, lecz wszyscy twierdzili, że rwący nurt naraża ich na zbyt wielkie niebezpieczeństwo. Siedzący Byk nie przemówił słowa, lecz poszedł pół mili w górę rzeki i rzucił się w wodę. Na oczach spoglądających z brzegu ludzi popłynął na południową stronę.
Kiedy wyczerpany, lecz cały, wydostał się z rzeki, zbliżył się do spłoszonego konia.
- Wnuczku - powiedział - przyszło mnie, bym cię ocalił. Nie uciekaj ode mnie. Ktoś oczekuje cię na drugim brzegu.
Po przedłużeniu wodzy sznurem znalezionym na miejscu dawnego obozowiska, Siedzący Byk odpoczął, aby nabrać sił przed następną przeprawą.
- Wnuczku - zwrócił się znów do konia - postaraj się, pozwól mi się poprowadzić. Jeśli ja i ty dostaniemy się bezpiecznie na drugą stronę, sprawię, że plemię zatańczy na twoją cześć.
Dosiadł konia i pogrążyli się w rozszalałej rzece. Prąd zniósł ich pół mili w dół, lecz bezpiecznie osiągnęli północny brzeg. Wszyscy wyruszyli naprzeciw z okrzykami i pieśniami, aby uczcić człowieka, który wykazał się nie tylko życzliwością, ale i odwagą. Spełnili też jego obietnicę, co nazwano Tańcem Świętego Konia.
Kiedy inny Indianin Sioux, Jeden Byk, miał sześć lat, Siedzący Byk podarował mu pięknego srokacza. Chłopiec nazwał go Itanchan, czyli Wódz, i zaopiekował się nim z całym oddaniem. Kiedy Wódz osiągnął wiek dwóch lat, Jeden Byk zaczął go szkolić pod wierzch, Nie używał nigdy bata ani ostrych słów, nie robił też niczego, co mogłoby go drażnić, toteż uczynił z niego jednego z najszybszych koni w obozie, przedmiot zazdrości wszystkich oraz wielu odrzuconych propozycji kupna.
Pewnej nocy Wódz zniknął ze stada. Jeden Byk szukał go zrozpaczony przez trzy dni, ale bez powodzenia. Siedzący Byk dowiedział się, co zaszło. Poprzysięgał "odwrócić każdy kamień", żeby znaleźć zaginionego pony. Mówiąc to, miał na myśli święty kamień. Po zbudowaniu szałasu pary zaprosił innych szamanów z wioski, by wzięli udział w obrzędzie inipi. Wewnątrz ciemnego szałasu, pośród duszących oparów śpiewali pieśni świętego kamienia, podczas gdy Siedzący Byk modlił się do swego kamienia, aby mu pomógł znaleźć pony. Kiedy wyszli na zewnątrz, Siedzący Byk oświadczył, że kamień powiedział mu, iż pewien chciwy człowiek zaprowadził Wodza do wąwozu leżącego jakieś pięć mil na zachód od wioski i przewrócił go na bok, na ziemię. Leży tam teraz - żywy, lecz śmiertelni zraniony. Wszyscy pobiegli na miejsce i ujrzeli zwierzę jeszcze oddychające. Kiedy Jeden Byk zapłakał, Wódz zarżał i zdechł.
Nie zrobiono nic, by znaleźć winowajcę, gdyż doprowadziłoby to do odwetu i przyczyniło się do większej niedoli niż śmierć konia. Aby zapobiec dalszym niepokojom, Siedzący Byk obdarzył Jednego Byka innym srokaczem.
Siedzący Byk stał się dobrze znany białym w 1866 roku, kiedy to dowodził napadem na Fort Buford. W latach 1864-76 brał udział w wyprawach przeciwko Indianom Crow i Shoshone oraz białym najeźdźcom.
Latem 1875 roku Siedzący Byk do szałasu Tańca Słońca podjechał na wspaniałym czarnym koniu bojowym, podarowanym mu przez Lód. Zygzakowate pasy białej gliny biegły od zadu zwierzęcia w dół prawego biodra i nogi oraz od czubków uszu do kącików pyska. Grzbiet do nóg jeźdźca roił się od białych plam, przedstawiających grad.
W 1876 roku Siedzący Byk nie zgodził się na osiedlenie w rezerwacie. Podczas zbrojnej kampanii Stanów Zjednoczonych doszło do sławnej bitwy nad Little Big Horn. Trafna przepowiednia Siedzącego byka o mającej nastąpić bitwie zyskała mu uznanie i zaszczyty, ponieważ jego jasnowidzenia miały dla Indian większe znaczenie niż zbrojne uczestnictwo w bitwie.
Wkrótce po wygranej bitwie nad Little Big Horn Siedzący Byk został zaatakowany przez armię generała Miles. Część wojowników poddała się a inni, z Siedzącym Bykiem na czele, zbiegli do Kanady, gdzie przebywali do 1881 roku. Rząd kanadyjski nie zgodził się na utrzymywanie uchodźców i bojąc się wpływu Siedzącego Byka na Indian kanadyjskich, naciskał na niego, by wrócił do Stanów Zjednoczonych. Po przyobiecaniu amnestii, o czterech latach pobytu w Kanadzie, wódz na czele 150 pozostałych Indian wrócił, poddał się w Forcie Bufford, i osiadł w rezerwacie.
Do 1883 roku Siedzący Byk więziony był w Forcie Randall. W 1883 roku wygłosił sławne przemówienie: "Nienawidzę wszystkich białych. Jesteście złodziejami i kłamcami. Zagrabiliście naszą ziemię i uczyniliście nas wygnańcami."
Choć zakopał topór wojenny, dalej nieustępliwie egzekwował prawa Indian, sprawiając ciągłe kłopoty kierującemu rezerwatem. W pewnym momencie sławny "Buffalo Bill" Cody postanowił zaangażować wodza do swej rewii. Władze rezerwatu bez trudu zgodziły się na to, chcąc pozbyć się na trochę kłopotliwego mieszkańca. Siedzący Byk, choć nienawidził białych, dosyć szybko przystosował się do ich świata. Zażądał 50 dolarów tygodniowo i stałej dostawy ostryg, w których bardzo zasmakował. Dodatkowo sprzedawał swoje fotografie po 50 centów sztuka. Pieniądze przeznaczał na potrzeby rodziny i rodaków w rezerwacie, kupując żywność, lekarstwa i koce. Pojawienie się na scenie pogromcy Custera i jednego z najbardziej znienawidzonych Indian wzbudziło sensację. Publiczność zbierała się tłumnie na każdym przedstawieniu i mądry wódz już wkrótce zażądał podwyżki. Siedzący Byk lubił występować i pokazywać się. Zaprzyjaźnił się też z Codym, lecz po jednym sezonie władze nakazały wodzowi powrót do rezerwatu. Na pożegnanie Buffalo Bill dał mu pięknego, tresowanego wierzchowca.
W rezerwacie Siedzący Byk nadal nie mógł pogodzić się z przegraną walką. Pod jego wpływem Indianie Sioux odmówili sprzedania części rezerwatu w 1888 roku i z jego inicjatywy Kopiący Ptak propagował obrzęd Tańca Ducha w Agencji Standing Rock. Biali bali się kolejnego wystąpienia Indian. Widząc w Siedzącym Byku potencjalnego przywódcę rebelii, postanowiono go aresztować. Było to zupełnie bezpodstawne, gdyż nie włączył się on nawet do tego ruchu. 15 grudnia 1890 roku zjawił się w obozie patrol indiańskiej policji, by wodza aresztować i odstawić do więzienia. Otaczający go wojownicy zaczęli protestować. Wybuchła strzelanina. Czerwony Tomahawk i Głowa Byka zastrzelili Siedzącego Byka oraz jego syna Stopę Wrony.
Siedzący Orzeł - Wanbliliyo'take; Sitting Eagle. Znachor Indian Sioux. Jego święte zawiniątko zrobione było z pięciu antylopich skór. Po jego śmierci przeszło ono wraz ze swą zawartością w posiadanie jego siostrzenicy, Ziemskiej Leczniczej Kobiety. Zrobione było one z pięciu antylopich skór. Znajdowało się w nim siedem leczniczych woreczków (o długości jednej stopy) zawierających małe kawałki kości orła i łosia. Na zewnętrznej stronie każdego woreczka umieszczony był mały znak, który określał, co każdy z nich zawiera. Siedzący Orzeł podczas leczenia chorych posługiwał się orlimi szponami, zwłaszcza przy chorobach szyi. W tym celu mieszał on małe ilości kostek zeskrobywanych z orlich szponów wraz z gorącą wodą i sporządzony z tego wywar dawał choremu do wypicia. Kość łosia używana była przypuszczalnie podczas leczenia poważnych uszkodzeń kości ludzkich. Wywar w kości łosia przygotowywał inaczej niż też z orlich szponów, lecz również zażywany był on doustnie.
sieversia - (Sieversia ciliata); nazwa angielska - Prairie-smoke. Indianie Chippewa używali korzenia tej rośliny do leczenia koni. Po wysuszeniu i sproszkowani, dokładano go do karmy. Podawano do jedzenia przed podróżą, aby koń nie stracił oddechu. Wysuszonego i przeżutego korzenia używali też zewnętrznie jako środka wzmacniającego dla ludzi. Korzenie te, żute przed podjęciem się jakiegoś znacznego wysiłku, działają jako silny środek pobudzający.
Sigua - Indianie panamscy.
Sikena Chiquena
sikorka - Gatunek Parus atricapillus w języku angielskim zwany jest chickadee. Charzkteryzuje onsię ciemną koroną głowy. Indianie Cheyenne zauważyli, że sikorka ta zjada powszechnie nasiona rośliny chrysopsis, i stąd też roślinę tą nazywali "rośliną chickadee".
Silam - Indianie nikaraguańscy.
Siletz - Indianie zaliczani do saliszańskiej rodziny językowej, żyjący nad rzeką o tej samej nazwie w północno-zachodnim Oregonie. Później ich nazwą objęto wszystkie plemiona z rezerwatu Siletz należącej do różnych rodzin językowych.
Siliama - Indianie boliwijscy.
Silko, Leslie Mormon - Urodzona w 1948 roku w Albuquerque Indianka z plemienia Laguna Pueblo. Poetka i powieściopisarka. Ukończyła Wydział Prawa na Uniwersytecie Nowego Meksyku, gdzie obecnie pracuje (dane z 1998 roku). Wydała tom wierszy "Laguna Women" i powieść "Ceremony". Wiele jej opowiadań i wierszy zamieszczono w różnych antologiach.
silphium - (Silphium); dość pospolite byliny kwitnące latem. Zimotrwałe. Indianki Chippewa używały wyciągu z korzenia S. perfoliatum w przypadku zatrzymania okresu. Dużego zaś kawałka korzenia Indianie ci używali do leczenia krwotoku z rany. Wysuszony korzeń ścierano wtedy na proszek i robiono z niego mokry kompres.
Simacu Urarina
Simaraca - Indianie wenezuelscy.
silphium - (Silphium); dość pospolite byliny kwitnące latem. Zimotrwałe.
simaruba - (Simaruba officinals); różne gatunki tej rośliny używane były przez Indian Maya do leczenia licznych chorób.
Similaton - Indianie hondurascy.
Simirinch - Indianie peruwiańscy.
Simoo Sumo
Sinabo (1) - Indianie peruwiańscy.
Sinabo (2) - Indianie boliwijscy.
Sinabu - Indianie peruwiańscy.
Sinacantan - Indianie gwatemalscy.
Sinca Xinca
Sinchi Roca - Drugi władca Inków.
Sindagua - Indianie kolumbijscy.
Sinipe Chunupi
sinningia - (Sinningia); bylina ozdobna z bulwiastym kłączem, pochodzenia brazylijskiego. Należy do rodzaju ostrojowatych. Posiada owłosione liście. S. hybrida, zwana gloksynią lub marcinkiem, ma duże, dzwonkowate kwiaty różowej barwy. Uprawiana jest w doniczkach. S. speciosa charakteryzuje się wspaniałymi kwiatami. Pochodzi z dziewiczych lasów dorzecza Amazonki. Znana jest w handlu pod niewłaściwą nazwą gloksynii.
Sinsiga - Indianie kolumbijscy.
Sioni - Indianie z Kolumbii, Ekwadoru i Peru.
Sioux - W czasach, kiedy Indianie owi toczyli boje z Indianami Chippewa, ci drudzy nazywali ich Małymi Wężami, czyli Nadoweisiweg (liczba mnoga), Nadeweisiw (liczba pojedyncza). Pierwsi francuscy osadnicy tez tak chcieli nazywać tych Indian, ale nazwa ta była dla nich za długa i zbyt trudna do wymówienia, więc przekręcili ja n Nadouesioux. Ale i to było nadal zbyt trudne do wymawiania, więc skrótowo Indian tych zaczęto nazywać Sioux (czytaj - sju). I tak to powstała nazwa Sioux, która używano wobec Indian, którzy początkowo w ogóle nie wiedzieli, że tak są nazywani. Ale którzy to byli Indianie - tego już tak na 100% nikt chyba dziś nie ustali.
Jeszcze w 1721 roku francuski podróżnik Charlevoix w swej "Historii nowej Francji" napisał:
"Nazwa Sioux, jaka nadajemy tym Indianom, jest całkowicie i wyłącznie naszym własnym wymysłem. Są to dwie ostatnie sylaby słowa Nadouessioux, którym nazywa ich wiele szczepów.".
Później przyszli etnolodzy i ustalili, że istnieje pewna rodzina językowa, którą nazwali sju. Językami zaliczonymi do tej rodziny mówią Indianie Assiniboin, Biloxi, Catawba, Chiware, Crow, Dakota, Dhegiha, Hidatsa, Iowa, Lakota, Kansa, Mandan, Missouri, Nakota, Omaha, Osage, Ofo, Oto, Ponca, Quapqw, Stoney, Tutelo i Winnebago. Z tego więc punktu widzenie wszystkie te plemiona należałoby nazywać Indianami Sioux.
Z biegiem jednak lat historii pojęcie "Indian Sioux" zawęziło się jedynie do Indian Dakota, Lakota i Nakota i po dziś dzień tak się ich opisuje. I tak też samo poniżej, pod pojęciem tym, opisuję głównie te trzy plemiona.
Często też w źródłach pisanych nazwę Sioux utożsamia się jedynie z nazwą Dakota, co niekiedy stwarzać może duże niezrozumienie szczegółów faktograficznych. W celu uniknięcia tego rodzaju nieporozumień postanowiłem wprowadzić nazewnictwo typu: Santee Dakota Sioux, Yankton Nakota Sioux i Teton Lakota Sioux i tak to będę starał się robić w całej tej pracy, choć nie wykluczam, że sam niekiedy wpadnę w pułapkę tychże samych, niezbyt ścisłych określeń i jakiegoś Indianina Nakota nazwę Indianinem Dakota. Ile się jednak da, tyle "wyprostuję", choć może nie od razu.
Indianie Chippewa nazywali ich Ab-boin-ug (Przypiekacze) z powodu zwyczaju Indian Sioux torturowania jeńców a z tych samych względów Indianie Ute mówili o nich "Ucinacze Rąk", zaś Indianie Crow, Arapaho, Caddo i Comanche nazywali ich "Mordercy" oraz "Podrzynacze Gardeł". W słynnym języku gestów pojęcie "Indianie Sioux" wyrażał ruch dłoni jakby przecinającej gardło.
Sami Indianie Dakota, Lakota i Nakota nazywali siebie "Sprzymierzeńcy".
W czasach odkrycia Ameryki przez Kolumba naród Indian Sioux najprawdopodobniej zamieszkiwał tereny na południowym wschodzie kontynentu Ameryki Północnej, prawdopodobnie gdzieś w okolicach Florydy. Mieszkali w namiotach.
U jednej z grup Indian Sioux, zanim nadano dziecku imię, odbywała się ceremonia przekazania charakteru. Gdy dziecko jest chłopcem, jeden z uprzednio wyszukanych odważnych mężów o dobrym charakterze brał dziecko w ramiona i dmuchał mu w usta, przekazując mu tym samym swoje własne zalety serca i umysłu, a dziecko takie wyrastać wtedy miało na odważnego człowieka o dobrym charakterze.
O Indianach Sioux powiadano, że znana im była miłość romantyczna, gdyż istniała tam obrzędowość dotycząca zalotów oraz znaczna swoboda w wyborze partnera życiowego.
Chociaż wśród Indian Sioux przeważała monogamia, to jednak nie było niczym niezwykłym, jeżeli mężczyzna miał kilka żon. Wielożeństwo było szczególnie często spotykane wśród wodzów. Najlepiej było, jeśli mężczyznę, którego było stać na dwie żony, było również stać na dwa tipi - po jednym dla każdej żony. Dopiero w takich warunkach można było osiągnąć harmonię w małżeństwie.
Mężczyźni byli myśliwymi i wojownikami skupiającymi się w licznych stowarzyszeniach i związkach zarówno militarnych, jak i o podłożu duchowym.
Dawni Indianie Sioux wierzyli, że poprzez samomalowanie, ludzie mogą się zmienić. Ktoś, kto został pomalowany, stawał się nowonarodzonym, w wyniku czego spadały na niego nowe obowiązki i nowe pokrewieństwa. Dlatego też ceremonialne rysunki wykonywano skrycie, z dala od ludzi. Wpierw jednak planujące malować się osoby musiały przejść przez obrzęd szałasu pary, by zostać uwolnionym od wyśmiewisk, kłopotów i by ogólnie stać się oczyszczonym. Niektórzy wojownicy Indian Sioux malowali swe ciała i tarcze niebieskim kolorem Nieba, nakładając na to duże, czerwone kropki.
Używane przez znachorów Indian Sioux grzechotki, obdarzone według nich niezwykłą mocą wakan, nazywane były przez nich wagmu'ha. Indianie Sioux używali też i innych grzechotek podczas leczenia chorych. Zastosowanie danego rodzaju grzechotki zależało od decyzji znachora.
Indianie Sioux bylicę Artemisia frigda Willd. stosowali na ból głowy.
Dławisza Celastrus scandens L. jako truciznę.
Choroby szyi leczone były przez leczniczych ludzi Indian Sioux wywarem sporządzony z małej ilości kostek zeskrobywanych z orlich szponów, podawanym choremu doustnie, a wywar w kości łosia podawany był doustnie przypuszczalnie osobom o poważnych uszkodzeniach kości.
Wizje o niedźwiedziach miały prawdopodobnie szczególne znaczenie w leczeniu. Orla Tarcza, Indianin Sioux, powiedział, że swą wiedzę o leczniczych ziołach otrzymał od niedźwiedzia, który wpierw przekazał mu instrukcje dotyczące sporządzania większości używanych przez niego lekarstw do leczenia chorych, a w późniejszym czasie nauczył go sporządzania lekarstw dla dzieci.
Przenikające do Ameryki Północnej konie Indianie Sioux nazywali go pierwotnie sunka wakan, czyli tajemniczy pies.
Indianie Sioux szczególnie rozbudowali ceremonię Tańca Słońca. W szczegóły obrzędowego torturowania występującego podczas Tańca Słońca u tych Indian wprowadza obszerna i sugestywna relacja George'a Catlina, który z godnym podziwu samozaparciem uczestniczył w tych wstrząsających dla postronnego obserwatora ceremoniach Tańca Słońca. Pozostawiony przez Catlina opis wprowadza czytelnika do wnętrza sakralnej budowli, w której zebrani przygotowują się do kolejnego etapu uroczystości - ofiarnego torturowania młodych mężczyzn.
Przed niewielkim ogniskiem zasiada stary szaman, pełniący funkcję mistrza ceremonii. Na wstępie wyjaśnia zebranym znaczenie aktów, które za chwilę się rozpoczną. Następnie zapala obrzędową fajkę w intencji zwycięstwa młodych wojowników nad bólem i własną słabością. Wzdłuż ścian spoczywają w półleżącej pozycji bohaterowie przyszłych wydarzeń, którzy już wcześniej przygotowywali się do tej uroczystości poprzez kilkudniowe wstrzymywanie się od jadła, napojów i snu. Niektórzy z nich, ogarnięci już mistycznym uniesieniem, sami siebie zaczynają torturować. Wśród grona obserwatorów nadchodzących wydarzeń wyróżnia się grupa ubranych w skóry i wspaniałe ozdoby głowy wodzów i szamanów, którzy bacznie będą obserwowali przebieg operacji i zachowanie się każdego ofiarnika, aby później osądzić, który z nich wyróżnił się szczególną wytrzymałością o bohaterstwem. Odznaczający się największą odpornością obdarzeni zostaną zaszczytem dowodzenia w różnych niebezpiecznych akcjach, zwłaszcza wojennych. Uważa się bowiem, że wytrzymałość tych ludzi na cierpienia jest wynikiem posiadania przez nich dużej ilości nadprzyrodzonej mocy.
Na środek namiotu występuje w pewnej chwili dwóch mężczyzn, jeden z nożem do skalpowania, drugi zaś z pękiem zaostrzonych drewnianych kołeczków. Równocześnie podchodzi do nich młodzieniec pragnący jako pierwszy poddać się próbie tortur. Obrzędowy "oprawca" rozpoczyna operację, chwytając między palce ciało ofiarnika. Naciągając skórę przebija ją obustronnie zaostrzonym nożem, a następnie obraca go kilkakrotnie w ranie, aby zadać więcej bólu, a równocześnie powiększyć otwór, przez który przeprowadzony zostanie kołek. Nacięcie tego typu wykonuje się po obu stronach piersi i pleców, przy czym na tych częściach ciała są one głębsze i przechodzą pod mięśniami. Natomiast na ramionach i przedramionach, udach i łydkach przebija się tylko skórę. Przez wszystkie te rany przewleka się długie drewienka. Do kołków na plecach lub piersiach podwiązuje się zwisające spod dachu namiotu dwa grube rzemienie, które na dany przez szamana znak podciągane są do góry, podrywając gwałtownie storturowanego młodzieńca. Gdy jego ciało zwisa już nieco nad ziemią, podchodzą do niego obserwatorzy tej krwawej uroczystości i do każdej wystającej z ciała szpili przywiązują mocno różne przedmioty - łuk, strzały, tarczę, bizonie czaszki itp. Po tym wzmagającym ból zabiegu tancerz Słońca windowany jest tak wysoko, aby wszystkie dodatkowo napinające poranioną skórę obciążenia uniosły się również nad ziemię.
Do zmaltretowanego, ale ciągle zachowującego przytomność młodzieńca, przystępuje teraz kilkunastu osobników, których zadaniem jest pomnożenie jego cierpień i zbadanie jak długo może nieść zadawany mu ból. Jeden z nich w tym celu przyniósł ze sobą długą żerdź, którą poczyna obracać ciało wiszącego. Obroty te, zrazu wolne i delikatne, stają się coraz szybsze i gwałtowniejsze. Procedura ta nie kończ się nawet wówczas, gdy wspomniany funkcjonariusz zmusi już wiszącego ofiarnika do krzyk, który przemienia się od razu w modlitwę błagającą ducha-Słońce o opiekę w tej strasznej próbie. Odtąd błagania te są coraz częstsze, obroty bowiem i towarzyszące im szarpania przybierają na sile, aż wreszcie głos młodzieńca załamuje się, a on sam traci przytomność. Wówczas rytualni "oprawcy" odstępują i przez pewien czas zwisa na sznurach nieruchome ciało tancerza.
Na dany znów znak torturowany zostaje delikatnie opuszczony na ziemię i tam pozostawiony własnemu losowi. Nie wolno wówczas nikomu przyjść mu z pomocą, jego życie bowiem znajduje się pod opieką sił nadprzyrodzonych, które wyprowadzą go ze stanu omdlenia. Tylko jeden z widzów podchodzi do niego i uwalnia go od rzemieni, wyjmując szpile z ran na piersiach i plecach. Pozostawia jednak wszystkie inne drewienka wraz z przytroczonymi do nich przedmiotami.
Po odzyskaniu przytomności, co zwykle następuje po upływie kilku minut, tancerz Słońca zaczyna pełzać wzdłuż ścian pomieszczenia, wlokąc za sobą rozszarpujące jego ciało ciężary. Celem tej znaczonej krwią wędrówki jest leżąca na ziemi czaszka bizonia, przy której siedzi inny funkcjonariusz kultu, dzierżąc w ręce toporek. Torturowany człowiek pragnie złożyć dodatkową ofiarę siłom nadprzyrodzonym. Stanowi ją mały palec lewej ręki, który po oparciu na czaszce świętego zwierzęcia zostaje amputowany. Niektórzy młodzieńcy, jakby rozkoszując się doznawanymi cierpieniami i ogarnięci szczególnym uniesieniem, nie kończą na tym ofiary, nakazując odrąbać sobie również palec wskazujący, a niekiedy mały palec prawej ręki. Ten ostatni akt według miejscowego systemu wartości wynagradzany był najwyższym uznaniem społecznym i miał wpływ na poważny wzrost prestiżu okaleczonego człowieka.
Przez opisaną wyżej serię prób przechodziło kolejno kilku tancerzy. Po krótkim odpoczynku byli oni wyprowadzani z ceremonialnego namiotu na centralny plac obozu, aby tam, na oczach całej wspólnoty przejść przez ostatni etap swoich nieludzkich cierpień. Polegał on na uwolnieniu ciała od wszystkich powpinanych w nie przedmiotów. W dokonaniu tego pomagało każdemu ofiarnikowi dwóch wypoczętych, atletyczne zbudowanych młodych mężczyzn. Owijali oni nadgarstki ofiarnika szerokimi rzemieniami i mocno je zaciskali, rozpoczynając ceremonie tak zwanego ostatniego wyścigu.
Na daną komendę zaczynali spokojny marsz, wlokąc za sobą storturowanego młodzieńca. Swój krok zaczynali powoli przyspieszać, aż wreszcie przechodzili do ostrego biegu. Baczyli jednak na to, aby ich podopieczny zbyt szybko nie stracił przytomności; powinien bowiem przez cały czas być świadomy doznawanego bólu, jaki powodowały wlokące się za nim przedmioty. Zahaczywszy się mocniej o jakąś przeszkodę terenową, powodowały one rozdarcie się skóry przez tkwiące w niej drewienka, uwalniając jednocześnie od siebie maltretowane ciało. Bieg ten trwał tak długo, dopóki wszystkie szpile nie rozerwały napiętej do ostateczności skóry. W akcji tej niekiedy z pomocą przychodzili widzowie, którzy rzucali się na wleczone po ziemi przedmioty, powodując tym gwałtowne rozerwanie ciała, a dzięki temu - wydatne skrócenie męczarni. Zespół przestrzeganych w tym względzie norm zabraniał innego sposobu uwalniania się od przytroczonych ciężarów. Nie tylko obraziłoby to świat duchów, ale uniemożliwiłoby również zwycięstwo tancerza nad martwymi przedmiotami, które już poprzednio przysporzyły mu tak wiele cierpień. Tego rodzaju zabiegi pozostawały na ciele człowieka blizny z dumą obnoszone przez całe życie.
Napierani przez inne szczepy, z kolei rugowane przez białych osadników, Indianie Sioux powędrowali na północny-zachód w poprzek kontynentu i osiedlili się na zachodnich krańcach Wielkich Jezior, skąd znów musieli ustąpić Indianom Chippewa. Podczas długotrwałych wojen i etapowych migracji na zachód Indianie Sioux utworzyli różne podziały, dzieląc się zasadniczo trzy główne, wyżej już wymienione grupy. Indianie Sioux początkowo prowadzili osiadły tryb życia oparty na rolnictwie, myślistwie i rybołówstwie. Jednak w wyniku ciągłych walk z Indianami Chippewa wyparci zostali na tereny Minnesoty (Santee), a Teton i Yankton nawet dalej, na Wielkie Równiny. Tam z czasem porzucili tradycyjny, rolniczo-osiadły tryb życia, zmieniając się w plemię wędrowne, zależne od polowań, głównie na bizony.
George Catlin, docierając na początku XX wieku do Indian Sioux wraz z majorem Stanfordem i lekarzem Mc Kenzie, tak oto pisał to wydarzenie:
"Wprowadzono nas gościnnie, ale bez uniżoności na plac narad. Usiedliśmy na skórach pod namiotami wodzów, w otoczeniu starszych plemienia, poza placami których zgromadzili się wszyscy wojownicy, wraz z młodzieżą przygotowującą się do życia publicznego. Pośrodku wbito białą chorągiew na długim maszcie, do którego przywiązano fajkę pokoju. Opodal stał szereg kotłów buchających parą i wonią gotowanego mięsa. Przed gośćmi ustawiono drewniane misy i z takiegoż materiału zrobione łyżki.
Major Stanford ze zdziwieniem patrzył na te przygotowania, bo jadąc z Waszyngtonu widział raczej siebie ugotowanego, niż przygotowaną powitalną ucztę.
Bankiet miał się za chwilę rozpocząć. Najwidoczniej jednak moda wygłaszani toastów jest ogólnoświatowa, skoro wódz plemienia w te słowa przemówił do majora:
- Mój ojcze! Bardzo się cieszę, że tutaj jesteś. Moje serce zawsze się na twój widok radować będzie. Wielki ojciec [miał na myśli prezydenta Stanów Zjednoczonych], który przysyła cię tutaj, jest bardzo bogaty, a my biedni. Ten, który obok ciebie siedzi [wskazał na mnie], jest naszym starym dobrym przyjacielem, ten drugi [lekarz] jest czarownikiem, który dużo ludzi wyleczył i choć u nas jeszcze nie był, witamy go mile. Wierzę mój ojcze, że będziesz miał wzgląd na nas, bo jesteśmy biedni. Ofiarowujemy więc wam dzisiaj nie mięso bizonie, bo tego jest dużo, ale nasze najwierniejsze psy.
Po tych słowach zdjął z głowy piękny pióropusz z orlich piór, koszulę, mokasyny, niedźwiedzie pazury nanizane na sznurze i położywszy to wszystko przed Stanfordem z dołączeniem pięknie rzeźbionej fajki udał się do wigwamu, skąd wkrótce wrócił owinięty w bawolą skórę.
Naturalnie, że major nie pozostał dłużny, obdarowując wodza tytoniem, strzelbą i nożem.
Przemawiało jeszcze kilkunastu starszych tak, że przed majorem urosła góra podarunków, a zapasy tytoniu rozdawane Indianom zupełnie się wyczerpały.
Zaczęła się właściwa uczta, poprzedzona aktem wypalenia fajki pokoju, który, jako istota ceremoniału, musi się odbywać wśród najgłębszej ciszy. Nic więc dziwnego, że gdy nasz poczciwy Mc Kenzie zaczął szeptać do majora podczas wypalania fajki przez wodza, ten fajkę odrzucił i kazał sobie podać inną. Pocieszyłem skonfundowanego doktora, że postępek wodza nie był bynajmniej oznak gniewu, lecz troską o bezwzględną czystość obrzędu bratania się dusz.
Niestety, to bratanie wymagało choćby pokosztowania psiej pieczeni. Położenie nasze było wprost fatalne. Nie wypadało odmówić pokosztowania takim sercem ofiarowanej strawy, a tu w gardle ściskało, a w żołądku się wywracało. Na szczęście wystarczyło umoczenie ust w sosie, bo skoro dano znać, że w okolicy pokazały się bizony, wódz zaprosił nas na polowanie.
Zaproszenie nie stało na równi z wypaleniem fajki i ofiarowaniem najwierniejszych psów, gdyż trzebienie bizonich stad przez Białych było kością niezgody i powodem ustawicznych sporów. Cała wioska się zakotłowała. Wszyscy wojownicy rzucili się do koni i nie minęło kilka minut jak długi szereg jeźdźców oczekujących rozkazów wodza rozwinął się przed naszymi oczyma. Komendę objął drugi wódz, gdyż pierwszy spełniał obowiązki gospodarza.
Gdy bizony pokazały się na prerii, podziwiać można było sprawność czerwonoskórych łowców. Szereg rozdzielił się momentalnie na dwie połowy. Jedna ruszyła z kopyta i w największym galopie zaczęła zajeżdżać od tyłu. Jak tylko bizony znalazły się naprzeciwko, ruszył i nasz oddział.
Grad strzał padł na pierwsze szeregi bizonów, a po nim nastąpił atak z dzidami. Rozpoczęła się wspaniała walka zręczności z siłą, rogów z dzidami, rozwścieczonego bizona z Indianinem.
Bizony z krwią nabiegłymi oczyma rzucały się na jeźdźców, wyrzucając ich potężnymi uderzeniami swych rogów w powietrze. Lecz znakomici jeźdźcy ledwie dotknęli ziemi, odskakiwali w bo, puszczali mimo siebie rozjuszone zwierzę i przebijali włócznia.
Gorzej było tam, gdzie bizony otoczyły jeźdźców i nabrawszy rozpędu rzucały się z całą siłą na nich. Zdawało mi się, że nikt żywy nie wyjdzie z tego bizoniego uścisku. Tymczasem był to najwspanialszy moment całego polowania i najlepszy dowód niezwykłej sprawności Indian. Kiedy bowiem zobaczyli przed sobą rogi powyskakiwali z siodeł, dostali się na karki bizonie i rozpoczęli w tej pozycji atak nożami, kończący się z reguły zwycięstwem człowieka.
Zdarzył się jednak wypadek, gdzie i zręczność nie pomogła, bo w chwili gdy ścigany przez bizona jeździec rzucił mu w ślepia opaskę, co, jak mi potem mówiono, dezorientuje zwierzę, bizon rozpruł koniowi brzuch, a drugi zdążający mu z pomocą stratował na śmierć Indianina.
(...) Całe stado wyginęło dzięki dziwnej naturze bizonów, które przestraszone uciekają, lecz wkrótce widząc walkę swoich towarzyszy wracają na plac boju i padają ofiar niezrównanych łuczników indiańskich.
Podział łupów nie nastręczał żadnej trudności i nie wywoływał tak zwykłych u myśliwych Białych nieporozumień. Każdy Indianin rozpoznał swój łup po zaznaczonych strzałach i nożach tkwiących w ciele zwierzęcia. Spornym okazał się w kilku wypadkach łup z dzid, wobec czego upolowane sztuki przeznaczono do ogólnego użytku, skóry zaś oddano wodzowi."
W innym miejscu swoich pamiętników, George Catlin opisał grę, w jaka zabawiali się Indianie Sioux:
"(..) Przede mną stanął wspaniale zbudowany Indianin, strojny w pióra i kunsztownie przyozdobiony biały pas, a nade wszystko w pierzasty ogon. W rękach trzymał dwie małe łopatki o długich trzonkach, czy też rakiety piłkowe. Zjawił się w otoczeniu licznej grupy młodzieńców, patrzących na niego z niemym zachwytem i czcią. Był to mistrz w grę w piłkę i kapitan drużyny Indian Sioux, mającej się nazajutrz spotkać z drużyną pokrewnych Im Indian Choctaw. Informacja ta ciekawiła mnie i w jednej chwili stanęły mi przed oczyma nasza gra w piłkę nożną i palanta, i krew zaczęła żywiej krążyć, jakbym piłkę w bramce przeciwnika umieścił. Zaprosiłem więc mojego mistrza; tak bowiem będę go nazywał będąc wśród Indian, u których może być tylko jeden mistrz, w przeciwieństwie do nas, gdzie: wszędy i po każdej stronie po jednym championie. Po krótkim namyśle zgodził się i z całym majestatem wszedł do namiotu.
Pierwszym naturalnie pytaniem moim było: na czym polega ta gra? Czy się w niej kopie piłkę, czy też podbija?
Otóż gra ta polega na wrzuceniu piłki do własnej bramki z pomocą rakiet, z których jedną się odbija, a drugą uderza. Zwycięzcą jest ta strona, która uzyska sto dobrych piłek. Do gry stają dwie strony, po 300 graczy każda. Graczy wybierają mistrzowi obu stron przez trzy miesiące przed rozgrywką, a pasowanie na tę godność odbywa się przez dotknięcie rakietą w prawe ramię.
Wyobraźcie sobie: sześciuset ludzi na jednym boisku, zaledwie sześć razy większym niż normalne boisko do piłki nożnej!
(.) Rozgrywka była rewią temperamentu, a zarazem próbą prawdziwie sportowego charakteru Indian Sioux i Choctaw.
Publiczności było kilka tysięcy osób. Na dzień ten tylko psy zostały w wioskach, gdyż od najstarszego do niemowlęcia oba plemiona wyruszyły na to istotnie uroczyście obchodzone święto sportowe. Nie brakowało także widzów sąsiednich zaprzyjaźnionych plemion.
Tłumy te siedziały dookoła boiska, niczym nie ogrodzonego, a mimo to przez cały mecz nikt nie poważył się przekroczyć linii zastrzeżonej wyłącznie dla grających. Nadmieniam, że linii tej nie malowano na ziemi. Tkwiła ona w sportowym poczuciu publiczności i w szacunku dla graczy, którzy mieli wykazać, które plemię w tym roku okaże się zręczniejszym i lepiej wytrenowanym.
Zbiórka graczy i publiczności nastąpiła na dwie godziny przed zachodem Słońca, w wigilię spotkania.
Obie drużyny wraz ze swymi mistrzami wyznaczyły pod kierownictwem sędziów boisko a następnie ustawiły swoje bramki po obu końcach boiska, w odległości około 700 metrów od siebie. Bramki zbudowano z cienkich konarów. Szerokość ich wynosiła przeszło dwa metry, wysokość zaś przeszło siedem.
Oznaczenie środka boiska przez wbicie pali należało do sędziów. Dokonywali oni tej czynności z największą ścisłością i bezstronnością, gdyż w miejscu tym rozpoczyna się gra przez wyrzucenie piłki pionowo w górę. Dla dokładności dodaję, że piłka ma około 10 centymetrów średnicy i jest zrobiona w niewiadomy mi bliżej sposób z wyprawionej skóry bizoniej i elastycznych części tego zwierzęcia. Rakiety zaś to elipsowate łopatki o pionowej średnicy około 20 centymetrów, bardzo lekko wgłębione i kończące się rączką długości jednego metra. Są one zrobione z jednego kawałka twardego drewna i ozdobione wedle upodobań danego plemienia. Ornamentyka rączek u Indian Sioux była bardzo skromna, składająca się z grubszych i cieńszych wyżłobień, biegnących wzdłuż całej rakiety i przedzielonych poprzecznymi nacięciami tworzącymi rombowy deseń.
Z chwilą wbicia pala startowego rozpoczął się ruch na całym boisku i wśród publiczności. Gracze przy świetle olbrzymich ogniska zgromadzili się dookoła swych bramek i na dany przez mistrza znak rozpoczęli taniec sportowy. Mistrz tańczył pod poprzeczką sam. Każdy trzymał w obu rękach rakiety, wyczyniając nimi przeróżne ruchy odpowiednio do śpiewanego przez całą publiczność taktu. Obie drużyny tańczyły jednakowo, z czego widać, że taniec ten był tradycyjnym i rytuałem sportowym objętym ceremoniałem. Po tańcu, który trwał kwadrans, rozpoczął się totalizator. Boisko przemieniło się w wystawę wyrobów obu plemion. Zakładano się z całą namiętnością, stawiając na swoich ulubieńców noże, koce, konie, a nade wszystko bardzo gustowne i zdradzające talent zdobniczy tkaniny i wyroby drzewne. Zakładali się zarówno mężczyźni jak i kobiety, a jakość przedmiotów była tak doborowa, że szczęśliwy zwycięzca wchodził w posiadanie pełnego rynsztunku myśliwskiego, względnie, o ile chodzi o Indianki, do bardzo przyzwoitej wyprawki.
Wszystkie przedmioty zakładów układano przed starszymi Indianami z obu plemion, którzy z przedziwną sumiennością i bezstronnością spełniali swoje obowiązki.
Na tym skończyła się około północy wigilia zawodów. Udano się na spoczynek, aby nazajutrz o godzinie dziewiątej rozpocząć zawody.
(.) Wraz z uderzeniem gongu, który zastępowały nieodzowne bębny, obie drużyny zgromadziły się w dwóch półkolach dookoła wewnętrznego pala. Padł strzał i piłka wyleciał wysoko ponad głowami sędziów.
Rozpoczęła się gra. Oczy nasze nie mogły uchwycić pojedynczego ruchu, a już wykluczone było móc zobaczyć piłkę. Wszystko odbywało się z zawrotną szybkością. Indianie Sioux i Choctaw tak się zmieszali ze sobą, że tylko wprawne oko mogło odróżnić graczy po specjalnych znakach, wymalowanych na piersiach i plecach. Każda drużyna podzieliła się na kilka części bądź broniąc bramki przeciwnika, aby do niej piłka nie wpadła, bądź starając się dostać piłkę na swoje łopatki i podać swemu partnerowi.
Podziwialiśmy publiczność, która zdawała sobie sprawę z każdego momentu gry, objawiając zadowolenie okrzykami i błyskami płonących namiętnych, dzikich oczu. Obie strony dopingowały swoich ulubieńców okrzykami i zaklęciami, przy czym jednak nie zauważyliśmy ani jednego okrzyku, któryby obniżał wartość przeciwnika. Wytłumaczono nam ten objaw po meczu, że im przeciwnicy lepiej grają, tym zwycięstwo nad nimi jest wspanialsze.
W pewnej chwili dane nam było przyjrzeć się bliżej grze, gdyż piłka znalazła się o parę metrów przed nami. Jakiś Indianin potężnym skokiem wzbił się w górę na półtora metra, chwycił piłkę obu rakietami, momentalnie lewą ręką podbił ją, a prawą wymierzył tak potężne uderzenie, że piłka przeleciawszy dobrych dwieście metrów w powietrzu wpadła do jego bramki. Naturalnie, że przeciwnicy starali się mu przeszkodzić, bądź rzucaniem się pod nogi, bądź uderzeniami w drzewce rakiety. Mimo wszystko okazał się on szybszym i pierwszą piłkę zdobył dla swego plemienia. Natychmiast imię jego stało się hasłem, dopingującym swoich, a ostrzegającym drugich. Było to imię Indianina Choctaw. Indianie Sioux przyjęli jednak tego gola w spokoju, wiedząc, że kto się śmieje ostatni, ten się śmieje najlepiej. Rozpoczęła się namiętniejsza walka. Raz po raz piłka padała na ziemię wytrącona z rakiety przeciwnika. Wtedy dziesiątki graczy rzucało się na boisko całą długością swojego ciała, trzymając wyciągnięte rakiety, gdyż tylko nimi wolno podnieść piłkę z ziemi.
Gra nie była nudna. Raz po raz padał gol to na jedną, to na drugą stronę, przy czym ani jeden gracz nie omdlał, chociaż niejeden oberwał po głowie rakietą lub padł przykryty ciałami kilku przeciwników.
Po ośmiu blisko godzinach wpadła wreszcie setna piłka do bramki Indian Sioux, którzy to mało nie poszaleli z radości. W ciągu kilku minut wszyscy gracze znaleźli się na barkach publiczności. Obnoszono ich po całym boisku przy śpiewie na cześć Wielkiego Ducha, który pozwolił im zwyciężyć. Tych trzysta wież z ludzkiego ciała sterczało wśród kilkutysięcznego tłumu publiczności, jako dowód dumy Indian Sioux, ale nie jako przechwałka pod adresem przeciwników i chęć poniżenia ich, czego dowodem jest to, że mojego mistrza niosło na barkach dwóch Indian Choctaw. Było to dla nas, Białych, najbardziej niespodziewane widowisko z całej tej Olimpiady.
Nazajutrz odbył się mecz kobiet. Różnicę stanowiły piłki podwójnie złączone rzemykiem. Chcąc wyrzucić daleko, trzeba dobrze trafić w odpowiednie miejsce rzemyk. Gra kobiet trwała znacznie krócej, bo złe uderzenie liczono na korzyść przeciwniczek."
George Catlin, w jeszcze innym fragmencie swych pamiętników, opisał zaobserwowany u Indian Sioux Taniec I-ku-ku:
"W tańcu I-ku-ku tancerze tworzą koło, z którego raz po raz występują rozmaici wojownicy opiewający swoje bohaterskie czyny i wykonujący ruchy używane podczas walk. Reszta dzieli się na dwa obozy; jeden napadający, a drugi broniący się. Jest to prolog do tańca, kończący się stale okrzykiem zwycięstwa: Hough! Następnie zmiana sceny, bodaj aż najoryginalniejsza ze wszystkich widowisk tanecznych, bo oto do koła wkracza wysoka kobieta wywołując ogólne zdziwienie wśród Indian. Zdziwienie dlatego, że kobiety nigdy nie biorą udziału w tańcach męskich. Kobieta zaczyna wychwalać swoje bohaterskie czyny mówiąc o niezliczonej ilości ukradzionych koni, zdartych skalpach i takich wojennych sukcesach, wobec których poprzednio wygłaszane są czczym chwaleniem się. Tancerze słysząc takie obelgi wykonują gesty obrzydzenia, bądź wyśmiewają samochwalczynię.
W kolejnej scenie tańca okazuje się, że kobietą jest przebrany wojownik. Akcja odwraca się. Tancerze śpieszą z darami, ofiarowując kołyski, paciorki, wstążeczki lub inne wyłącznie kobiece przedmioty. Zdemaskowany wojownik przybiera skromną minkę i stoi skonfundowany pośród śmiejących się do rozpuku współtancerzy, lecz nagle opanowuje się i wpada w dziki taniec wojownika wyrywając najbliższemu sąsiadowi tomahawk lub dzidę z ręki. Całe grono wpada w zachwyt i tym razem obdarowuje rzekomą kobietę tytoniem, maczugami lub inną bronią.
Pierwszy akt tańca kończy się wkroczeniem wodza, który obdarowuje tancerza opaską z orlich piór prosząc równocześnie majora [osoba towarzysząc autorowi opisu] o zaofiarowanie dwóch starych psów.
Przyznam się, że ta część pantomimy, aczkolwiek wykonana pierwszorzędnie, wzbudzić może u cywilizowanych widzów obrzydzenie. W obecności bowiem wszystkich zabito psy, poćwiartowano, a serca i wątroby ułożono na skrzyżowanych włóczniach, na wysokości ust tancerzy. Na ten widok tancerze wpadli w szał, zaczęli wykonywać skoki jakich pozazdrościł by im chart, krzyczeć i poszczekiwać. Raz po raz podbiegało dwóch z nich do wnętrzności i plując odgryzało kawałek mięsa. Wszystko to się odbywało w takt dzikiej muzyki.
Taniec I-ku-ku kończy się dość tragikomicznie, bo ostatnie kawałki psich wnętrzności tancerz zanieśli w zębach muzykantom i zmusili ich do połknięcia.
Jak mnie poinformowano, taniec ten jest jednym z najważniejszych u Indian Sioux i udział w nim mogą brać tylko wojownicy posiadający skalpy wrogów."
W rezultacie pierwszego Traktatu z Fort Laramie w 1851 roku Indianie Sioux Santee oddali część ziem w Minnesocie i osiedli w rezerwatach. Zimą 1862 roku warunki życia Grupy Santee stały się nie do zniesienia. Rządowe dostawy żywności i odzieży znikły po drodze, a wszelkie interwencje indiańskiej starszyzny pozostawały bez echa. Skazani na śmierć z głodu i zimna Indianie opuścili rezerwaty i pod wodzą Małej Wrony poderwali się do walki zabijając 450 osadników. Po interwencji wojska zmuszeni zostali do przeniesienia się do rezerwatów w Dakocie i Nebrasce. Po odkryciu złota w Kalifornii w 1848 roku, biali zaczęli coraz częściej pojawiać się na terenach grup Teton i Yankton. Armia próbowała zbudować łańcuch fortów wzdłuż Szlaku Bozemana. Wódz Indian Oglala, Czerwona Chmura, poprowadził swych wojowników do walki o po serii starć doprowadził do wycofania się wojska i spalenia fortów.
Wojownicy Indian Sioux wzburzeni karnymi ekspedycjami generała Alfreda Sully'ego w 1863 i 1864 roku, przybywali gromadnie z północy, by napadać na karawany wozów, stacje dyliżansów i osadników, wzdłuż szlaku Platte River. Dużą część winy za te napady przypisywano Indianom Cheyenne Południowym i Indianom Arapaho, na nich też zwróciło uwagę wojsko, stacjonujące w Colorado.
W styczniu 1865 roku sprzymierzone siły Indian Cheyenne, Arapaho i Sioux zorganizowały serię napadów wzdłuż rzeki South Platte. Atakowali karawany wozów, stacje dyliżansów i małe posterunki wojskowe. Spalili miasto Julesburg i oskalpowali broniących je Białych - w odwecie za skalpowanie Indian nad Sand Creek. Zrywali całe mile drutów telegraficznych. Najeżdżali i grabili transporty wzdłuż rzeki Platte, wstrzymując komunikację i zaopatrzenie. Z tego powodu w Denver wybuchła nawet panika spowodowana ciągle zmniejszającymi się dostawami żywności.
Wiosną 1865 roku Indianie Cheyenne przeprowadzili swe konie nad rzekę Tongue, gdzie były lepsze pastwiska, i rozbili obóz w pobliżu Indian Oglala Teton Lakota Sioux prowadzonych przez Czerwoną Chmurę.
Indianie Cheyenne z południa nigdy przedtem nie wdzieli tak wielkiego obozu Indian liczącego ponad 8 tysięcy osób, gdzie dnie i noc wypełnione był polowaniami, ceremoniami, ucztami i tańcami. George Bent opowiadał później o ceremonii wprowadzenia Indianina Sioux o imieniu Młody Człowiek Bojący Się Swych Koni do stowarzyszenia Indian Cheyenne o nazwie Wygięte Włócznie. Świadczy to o tym, jak bliscy sobie byli wówczas Indianie Sioux i Cheyenne.
Chociaż każde plemię miało swoje prawa i obyczaje, to jednak Indianie w owym czasie myśleli o sobie jako o narodzie, pewni byli swej siły i tego, że mają prawo żyć swym własnym życiem.
- Wielki Duch stworzył zarówno Białego, jak i Indianina - powiedział Czerwona Chmura. - Myślę, że Indianina stworzył najpierw. Stworzył mnie na tej ziemi i należy ona do mnie. Biały narodził się za wielkimi wodami i tam też znajduje się jego ziemia. Ponieważ Biali przebyli morze, zrobiłem im tu miejsc. Teraz zewsząd mnie otaczają. Pozostał mi zaledwie mały skrawek ziemi. Wielki Duch powiedział mi, abym zatrzymał go dla siebie.
Przez całą wiosnę Indianie wysyłali grupy zwiadowców, aby obserwowali żołnierzy, którzy pilnowali dróg i linii telegraficznych wzdłuż rzeki Platte. Zwiadowcy meldowali o większej niż zwykle liczbie żołnierzy, których grupy zapuszczały się na północ wzdłuż Szlaku Bozemana. Czerwona Chmura i inni wodzowie zdecydowali, że nadszedł czas, by dać wojsk nauczkę; postanowili uderzyć w miejscu, gdzie posiłki wojskowe był najbardziej wysunięte na północ, a które zostało nazwane przez Białych Stanicą Platte Bridge.
Ponieważ wojownicy Indian Cheyenne Południowych chcieli wziąć odwet za swych krewnych zmasakrowanych w Sand Creek, wielu z nich zostało zaproszonych do działu w tej wyprawie. Dowództwo objął Rzymski Nos z Wygiętymi Włóczniami, a u jego boku znalazł się Czerwona Chmura, Tępy Nóż i Stary Człowiek Bojący Się Swych Koni. Prawie 3 tysiące wojowników liczyła ta wyprawa. Wśród jej uczestników znaleźli się też bracia Bent umalowani i ubrani w stroje wojenne.
24 lipca wojownicy dotarli do wzgórz z których widać było most na rzece North Platte.
W lipcu 1865 roku Connor oświadczył, że Indianie znajdujący się na północ od rzeki Platte "muszą być tępieni jak wilki". Począł też organizować trzy specjalne oddziały wojska, które na początku sierpnia wyruszyły w drogę.
14 lub 15 sierpnia Indianie Sioux i Cheyenne obozujący wzdłuż rzeki Powder po raz pierwszy usłyszeli o zbliżaniu się jednego oddziału wojskowego.
- Nasi myśliwi przyjechali do obóz bardzo podnieceni - wspominał później George Bent - i mówili, że w górze rzeki znajduje się wojsko. Nasz obwoływacz, Byk Niedźwiedź, dosiadł konia i objechał obóz, krzycząc, że nadchodzi wojsko. Czerwona Chmura przygnał we konie do obozu, a następnie objechał obóz powtarzając tę samą wiadomość. Wszyscy rzucili się do koni. W takich chwilach wojownik dosiadał konia, którego sobie wybrał. Jeśli koń został zabity w czasie walki, jeździec nie musiał płacić za niego właścicielowi, ale oddawał mu wszystko, co zdobył w bitwie. Gdy wszyscy byli na koniach, pojechaliśmy około 15 mil w górę rzeki Powder, gdzie natknęliśmy się na grupę Sawyersa, wielką karawanę emigrantów posuwających się w otoczeniu wojska i budującą drogę.
Wśród łupów wziętych przez Indian w bitwie o Platte Bridge znajdowały się mundury i trąbki wojskowe. Opuszczając obóz George Bent szybko ubrał się w bluzę oficerską, a jego brat Charlie zabrał ze sobą trąbkę. Sądzili, że zmyli to i zaniepokoi żołnierzy. Około 500 Indian Sioux i Cheyenne (wód nich był Czerwona Chmura i Tępy Nóż) wzięło udział w tej wyprawie wojennej. Wodzowie byli oburzeni, że wojsko weszło o ich raju nie pytając o pozwolenie.
Gdy po raz pierwszy ujrzeli karawanę wozów, posuwała się ona pomiędzy dwoma wzgórzami, a stado liczące około 300 sztuk bydła postępowało ich śladem. Indianie podzielili się, zajęli pozycje n przeciwległych wzgórzach i na dany znak zaczęli strzelać do eskorty woskowej. W ciągu kilku minut wozy ustawiono w koło, a bydło zagnano do środka.
Przez dwie lub trzy godzin wojownicy zabawiali się schodząc w dół wąwozami i niespodziewanie strzelając do żołnierzy. Kilku odważniejszych podjeżdżało blisko wozów, okrążało je i szybko wracało na wzgórze. Gdy żołnierze zaczęli strzelać z haubic, wojownicy ukryli się za małymi pagórkami, wydając okrzyki wojenne i naigrywając się z żołnierzy. Charlie Bent zadął kilkakrotnie w róg i wykrzykiwał wszystkie znane mu angielskie przekleństwa, których nauczył się w magazynie ojca.
- Naigrywali się z nas w najbardziej dotkliwy sposób - opowiadał później jeden z poszukiwaczy złota. - Niektórzy z nich znali angielski wystarczająco dobrze, by obrzucać nas najohydniejszymi wyzwiskami, jakie można było sobie wyobrazić.
Karawana wozów nie mogła posuwać się dalej, ale Indianie nie mogli się do niej dobrać. Około południa, - aby zmienić tę sytuację, która nie dawała przewagi żadnej ze stron - wodzowie zdecydowali się na podjęcie rozmów. Kilka minut później zza wozów wyjechał konno mężczyzna w skórzanym ubraniu. Ponieważ bracia Bent mówili po angielsku, zostali wybrani na spotkanie z emisariuszem. Był nim wesoły Meksykanin, Juan Suse, którego zdziwiła zarówno znajomość języka angielskiego braci Bent, jak i niebieska kurtka mundurowa, którą miał na obie George. Suse, który mówił po angielsku bardzo słabo, musiał rozmawiać na migi. Zdołał jednak przekazać wiadomość, że dowódca karawany chce rozmawiać z wodzami Indian.
Szybko zorganizowano spotkanie, na którym Bentowie wystąpili w roli tłumaczy Czerwonej Chmury i Tępego Noża. Pułkownik Sawyers i kapitan George Williford przybyli na rozmowy w otoczeniu małej eskorty. Chociaż tytuł pułkownika Sawyersa był tylko honorowy, uważał się on za dowódcę karawany. Willifor był rzeczywiście kapitanem i dowódcą dwóch kompanii wojska, które składały się z dawnych konfederatów wziętych do niewoli. Williford był wyczerpany nerwowo. Nie był pewien swych żołnierzy ani też swego autorytetu w tej wyprawie. Patrzył spode łba na niebieską kurtkę mundurową, którą miał na sobie półkrwi tłumacz Indian Cheyenne, George Bent.
Gdy Czerwona Chmura zażądał wyjaśnieni obecności wojska na ziemi Indian, kapitan Williford odpowiedział pytaniem, dlaczego Indianie zaatakowali pokojowo nastawionych Białych. Charlie Bent, którego wspomnienia z Sand Creek były jeszcze świeże, odpowiedział Willifordowi, że Indianie Cheyenne będą walczyć z Białymi dotąd, aż pułkownik Chivington zostanie powieszony. Sawyers zapewnił, że nie przybył tu, aby walczyć z Indianami; szuka jedynie krótszej drogi do złotodajnych pól w Montanie i chciał tylko przejść przez krainę Indian.
- Byłem tłumaczem wodzów - opowiadał później George Bent. - Czerwona Chmura powiedział, że jeśli Biali opuszczą jego kraj, nie budując w nim drogi, nie będzie im przeszkadzał. Tępy Nóż obiecał to samo w imieniu Indian Cheyenne, po czym obaj wodzowie poradzili oficerowi (Willifordowi), żeby poprowadził karawanę na zachód od tego miejsca, a następnie skręcił na północ i gdy miną góry Big Horn, znajd się już poza terenem ich krainy.
Sawyers zaprotestował. Obranie takiej drogi będzie zbyt dużym zboczeniem ze szlaku, który sobie wytyczył; zamierzał iść na północ wzdłuż doliny rzeki Powder, aby znaleźć fort, który budował tam generał Connor. Była to pierwsza wiadomość o zbliżaniu się Connora, jaką usłyszał Tępy Nóż i Czerwona Chmura. Wyrazili oni zdziwienie i gniew, że żołnierze odważyli się na budowę fortu w samym sercu ich terenów łowieckich. Widząc wrogie nastawienie wodzów, Sawyers szybko ofiarował i wóz pełen towarów - mąki, cukru, kawy i tytoniu. Czerwona Chmura chciał, aby do prezentów tych dodali jeszcze proch, naboje i spłonki, lecz kapitan Williford silnie się temu sprzeciwił.
W końcu wodzowie przyjęli ładunek maki, cukru, kawy i tytoniu w zamian za udzielenie pozwolenia na przejście karawany wzdłuż rzeki Powder.
- Oficer powiedział mi - relacjonował później George Bent - żeby trzymać Indian z dala od karawany, podczas gdy on będzie wyładowywał towary. Chciał udać się nad rzekę i tam rozbić obóz. To było w południe. Gdy dotarł do rzeki i rozstawił tam swe wozy, z wioski przybyła grupa Indian Sioux. Towary były już podzielony między Indian, którzy brali udział w ataku, więc nowo przybyli domagali się towarów dla siebie, a gdy oficer odmówił, ostrzelali jego obóz.
Ta grupa Indian Sioux nękała Sawyersa i Williforda przez kilka dni, lecz Czerwona Chmura i Tępy Nóż wraz ze swymi wojownikami nie brali w tym udziału. Udali się w górę dolin, by sprawdzić wiadomość o żołnierzach budujących fort nad rzeką Powder.
22 sierpnia generał Connor zdecydował, że umocnienie nad rzeka Powder jest wystarczająco solidne, aby mogła go bronić jedna kompania kawalerii. Zostawiając większość zapasów wyruszył z pozostałą częścią swego oddział forsownym marszem w poszukiwaniu większych osad indiańskich, jakie jego zwiadowcy mogli wypatrzyć. Gdyby poszedł dalej na północ, wzdłuż rzeki Powder, znalazłby tam tysiące Indian gotowych do walki - wojowników Czerwonej Chmury i Tępego Noża, - którzy starali się wpaść na trop jego wojska.
1 września 1865 roku, licząca prawie 400 wojowników grupa Indian Hunkpapa i Minneconjou natknęła się nad rzeką Powder na obóz żołnierzy. Wśród Indian był Siedzący Bizon, który poprzysiągł, że będzie bronił krainy bizonów przed żądnymi ziemi Białymi, jeśli zaistnieje taka konieczność.
Gdy członkowie wyprawy wojennej zobaczyli żołnierzy, niektórzy spośród młodych wojowników postanowili jechać do nich z białą flagą emisariuszy i sprawdzić, czy uda się namówić Niebieski Kurtki na podarowanie m tytoniu i cukru jako darów pokojowych. Siedzący Bizon nie dowierzał Białym i był przeciwny takiemu zbieractwu, lecz nie forsował swojej opinii i pozwolił na wysłanie misji pokojowej.
Żołnierze odczekali, aż wysłannicy wejdą w zasięg ognia ich karabinów, i zaczęli do nich strzelać zabijając i raniąc kilku, zanim mieli możliwość odwrotu. Ci, którym udało się ujść z życiem z misji pokojowe, wracając do głównej grupy wojowników zdołali porwać kilka koni z wojskowego stada.
Sposób, w jaki żołnierze potraktowali pokojowo nastawionych indiańskich gości, nie zdziwił Siedzącego Bizona. Po obejrzeniu wycieńczonych koni z wojskowego stada doszli do wniosku, że 400 Indian Sioux na swych rączych mustangach będzie stanowiło siłę równą dwu tysiącom żołnierzy na ich na wpół zagłodzonych wierzchowcach. Czarny Księżyc, Szybki Niedźwiedź, Czerwony Liść, Stoi Patrząc Wstecz i większość indiańskich wojowników zgodziła się z nim. Stoi Patrząc Wstecz miał szablę zdobytą na jednym z ludzi generał Sully'ego w Dakocie i chciał wypróbować ją przeciw żołnierzom.
Na rysunkach, które Siedzący Bizon wykonał później do swej autobiografii, przedstawił siebie tego dnia ubranego w ozdobione paciorkami ochraniacze na nogi i futrzaną czapkę z nausznikami i uzbrojonego w muszkiet, łuk i kołczan oraz tarczę z wizerunkiem ptaka sprowadzającego pioruny.
Jadąc do obozu pojedyncza grupa Indian Sioux okrążyła żołnierzy pilnujących stad koni i zaczęła zabijać jednego po drugim, aż do czasu, gdy kawalerzyści zaatakowali ich od stron rzeki Powder. Indianie Sioux wycofali się na swych szybkich koniach, utrzymując stale dystans przekraczający zasięg strzału do czasu, gdy wychudzone konie wojska zaczęły się potykać. Następnie zawrócili i Stoi Patrząc Wstecz poprowadził atak. Jechał on prosto na grupę żołnierzy wywijając szablą do chwili, gdy udało mu się zrzucić jednego z nich z konia. Następnie zawrócił swego wierzchowca i szybko odjechał w bezpieczne miejsce okrzykując swój triumf.
Za chwile żołnierze ponownie uformowali szyk bojowy i przy dźwięku trąbki natarli na Indian Sioux. Raz jeszcze szybkie koni indiańskie pozwoliły im umknąć poza zasięg karabinów i rozproszyć się po dolinie, co zmusiło zawiedzionych nieudaną pogonią żołnierzy do zatrzymania się. Tym razem Indianie Sioux zaatakowali ze wszystkich stron, wjeżdżając w szeregi wojska i zrzucając żołnierzy z koni. Siedzący Bizon zdobył czarnego ogiera. Wydarzenie to zostało przedstawione na następnym rysunku zamieszczonym w autobiografii wodza.
Cole i Walker, zaalarmowani przez tak Indian, uformowali oddziały do forsownego marszu na południe wzdłuż rzeki Powder. Przez kilka dni Indianie Sioux szli śladem wojska i wzniecali panikę w szeregach pojawiając się niespodziewanie na wierzchołkach okolicznych wzgórz lub urządzając małe napady na tylną straż. Siedzący Bizon i inni wodzowie śmiali się z tej atmosfery strachu, jaka panowała wśród żołnierzy, którzy jechali ciasno zbitą grupą rozglądając się na boki i pędząc przed siebie, aby tylko ciec jak najdalej od Indian.
Gdy nadeszła potężna zamieć deszczu ze śniegiem, Indianie schronili się na dwa dni. Pewnego ranka usłyszeli pojedyncze strzały z kierunku, w którym udało się wojsko. Przybywając tam następnego ranka, zobaczyli opuszczone obozowiska zasłane padłymi końmi. Konie pokryte były zamarzającym deszczem i żołnierz nie mogąc ich zmusić do dalszej jazdy musieli je dobić.
Ponieważ wielu wystraszonych żołnierzy w niebieskich kurtkach udało się w dalszą drogę na piechotę, Indianie Sioux zdecydowali się pójść ich śladem i tak ich nastraszyć, by nigdy już nie odważyli się wejść do krainy Black Hills. Po drodze Indianie Hunkapa i Minneconjou zatykali się na małe grupki zwiadowców Indian Cheyenne i Sioux szukających oddziału generała Connora. Spotkania te wywołał duże podniecenie i gdy wodzowie poszczególnych grup indiańskich spotkali się na naradzi, zaczęli planować przygotowanie wielkiej zasadzki na wojsko.
Późnym latem i jesienią 1865 roku, gdy Indianie z krainy rzeki Powder demonstrowali swa militarną potęgę, Komisja Pokojowa Rządu Stanów Zjednoczonych jechała wzdłuż górnej części rzeki Missouri. Przedstawiciele rządu USA zatrzymywali się w każdej wiosce Indian Sioux rozbitej w pobliżu rzeki, by prowadzić rozmowy z napotkanymi wodzami. Newton Edmunds, niedawno mianowany gubernator Terytorium Dakoty, był głównym przedstawicielem komisji. Znalazł się w niej również Henry Sibley, który przed trzema laty wyparł Indian Santee Sioux ze stanu Minnesota. Edmunds i Sibley rozdawali Indianom, których napotkali koce, melasę, suchary i inne prezenty. Nie natrafiali na trudności w nakłanianiu ich do podpisania nowych układów. Wyprawili również posłańców do Black Hills i krainy rzeki Powder, by zachęcali wodzów wojennych do przybycia nad rzekę Missouri w celu podpisani traktatów, lecz Indianie byli zbyt zajęci odpieraniem najazdu generała Connora i żaden nie odpowiedział na zaproszenie. Ale do końca jesieni komisja doprowadziła do podpisania dziewięciu układów z różnymi grupami Indian Sioux. Wśród ich sygnatariuszy znaleźli się przedstawiciel Indian Brule, Hunkpapa, Oglala i Minniconjou, mimo że większość wodzów wojennych tych grup była wówczas nieobecna. Rząd w Waszyngtonie uznał te układy za koniec konfliktu z Indianami. Mówiono, że nareszcie Indianie z Równin zostali ułagodzeni, nigdy już nie zaistnieje potrzeba organizowania tak kosztownych kampanii, jak wyprawa Connora do krainy rzeki Powder, której celem było zabijanie Indian "za cenę ponad miliona dolarów od głowy, nie liczą setek naszych żołnierzy, którzy stracili życie, licznych osadników pomordowanych na zachodnich granicach i zniszczonych dóbr."
Gubernator Edmunds i inni członkowie komisji wiedzieli dobrze, że układy te nie mają znaczenia, ponieważ nie podpisał ich ani jeden wódz. Mimo to komisarze przesłali je do Waszyngtonu, gdzie miały być ratyfikowane przez Kongres. Nie zaprzestali też wysiłków zmierzających do nakłaniania Czerwonej Chmury i innych wodzów znad rzeki Powder do spotkania w jakimkolwiek dogodnym miejscu i podpisania dalszych porozumień. Szlak Bozemana był najważniejszą drogą łączącą Fort Laramie z Montaną, więc przedstawicielom wojsk stacjonujących w tym forcie bardzo zależało na zjednaniu sobie pochlebstwami Czerwonej Chmury i innych wodzów wojennych, aby zaniechali blokady drogi i przybyli jak najszybciej do Laramie.
Pułkownik Henry Maynader, który został mianowany w Forcie Laramie dowódcą jednego z pułków Konfederatów z Południa, obecnie w służbie Unii, próbował zatrudnić w charakterze pośredników w rozmowach z Czerwoną Chmurą godnych zaufania zachodnich osadników takich jak Derka Jim Bridger lub Amulet Cielę Beckwourth. Jednak żaden z nich nie chciał iść do krainy rzeki Powder, gdzie tak niedawno Connor wywołał swym najazdem gniew plemion indiańskich. W końcu Maynadier postanowił użyć jako posłańców pięciu Indian Sioux, którzy spędzili dużą część życia w pobliżu fortu. Byli to Duże Usta, Duże Żebra, Orla Stopa, Trąba Powietrzna i Mała Wrona. Nazywani pogardliwie "Próżniakami Z Laramie", ci indiańscy handlarze byli w istocie energicznymi przedsiębiorcami. Jeśli Biały chciał kupić tanio ubranie ze skóry bizonów pierwszej jakości lub jeśli jakikolwiek Indianin znad rzeki Tongue potrzebował towarów z fortowego składu żywności, Próżniacy Z Laramie pośredniczyli w wymianie. Odegrali oni ważną rolę jako dostawcy amunicji dla Indian podczas wojny Czerwonej Chmury.
Duże Usta ze swymi ludźmi jeździł przez dwa miesiąc głosząc wieść o tym, że w Fort Laramie czekają prezenty na tych wodzów wojennych, którzy przybędą tam i podpiszą nowe układy.
16 stycznia 1866 roku posłańcy powrócili wraz z dwiema grupami wynędzniałych Indian Brule Sioux pod wodzą Stojącego Łosia i Szybkiego Niedźwiedzia. Stojący Łoś powiedział, że jego ludzie stracili wiele koni w zamieci śnieżnej i że nie mogli upolować zwierzyny nad rzeką Republican. Najważniejszy wojownik spośród Indian Brule Sioux, Cętkowany Ogon, miał przybyć, gdy tylko jego chora córka, nękana kaszlem, będzie zdolna do odbycia podróży.
"Co się dzieje z Czerwona Chmurą, Człowiekiem Bojącym Się Swych Koni i Tępym Nożem, wodzami, którzy walczyli przeciwko żołnierzom Connora?" - Chciał wiedzieć pułkownik Maynadier. Duże Usta i inni Próżniacy Z Laramie zapewnili go, że wodzowie ci wkrótce przyjadą, a trudno jest im zrobić to natychmiast tylko z powodu zimy.
Upływały tygodnie. Na początku marca przybył posłaniec od Cętkowanego Ogona, informując pułkownika Maynadiera, że wódz Indian Brule Sioux jest w drodze do fortu, gdzie chce przedyskutować warunki układu. Rącza Stopa, córka Cętkowanego Ogona, była bardzo chora i ociec miał nadzieję, że lekarz wojskowy udzieli jej pomocy. Kilka dni później, gdy Maynadier dowiedział się, że Rącza Stopa umarła w drodze, wyjechał z wojskiem i ambulansem na spotkanie żałobnej procesji. Był zimny dzień, padał deszcz ze śniegiem i krajobraz Wyoming wyglądał ponuro. Strumienie skute były lodem, a brązowe wzgórza pokryte płatami śnieg. Zmarłą dziewczynę zawinięto w jelenie skóry, związano ciasno rzemieniem i zmumifikowano w dymie. Ta przygotowane do dalszej drogi zwłoki zostały zawieszone pomiędzy jej ulubioną parą białych mustangów.
Później ciało Rączej Stopy zostało przeniesione do ambulansu, jej białe konie przywiązano z tyłu i procesja ruszyła dalej w kierunku Fort Laramie. Mynadier rozkazał, by cały garnizon przyjął z honorami pogrążonych w żałobie Indian.
Pułkownik zarosił Cętkowanego Ogona do swojej kwatery i wyraził współczucie z powodu śmierci Rączej Stopy. Wódz powiedział, że w czasach pokoju z Białymi wiele razy przywoził córkę do fort Laramie. Podobało jej się tu i Cętkowany Ogon chciał, by jej grób znalazł się na cmentarzu Białych, na co pułkownik Maynadier natychmiast zezwolił. Był zdziwiony, gdy ujrzał łzy w oczach Cętkowanego Ogona, nie wiedział, że Indianin może płakać.
Pułkownik dość niezręcznie zmienił temat rozmowy. Wielki Ojciec w Waszyngtonie miał wysłać na wiosnę nową komisję do spraw pokoju i pułkownik żywił nadzieję, że Cętkowany Ogon zostanie w pobliżu fortu do czasu jej przybycia, gdyż zapewnienie bezpieczeństwa poruszającym się po Szlaku Bozemana podróżnych Białych było sprawą niezwykle pilną. Powiedział też:
- Zostałem poinformowany, że wiosną wielu ludzi będzie się udawało do kopalń w Idaho i w Montanie.
- Myślę, że uczyniono nam wiele zła - powiedział Cętkowany Ogon - i że mam prawo do rekompensaty za szkody i bied spowodowane budową tak wielu dróg na naszych terenach oraz za to, że wygnano stąd lub wystrzelano bizony i inną zwierzyn łowna. Moje serce jest bardzo smutna i nie mogę rozmawiać o interesach. Zaczekam i zobacz się z prawnikami, których przyśle Wielki Ojciec.
Następnego dnia Maynadier wyprawił Rączej Stopie pogrzeb wojskowy. Tak więc na krótko przed zachodem Słońca wymaszerowała na cmentarz procesja, na czele której znajdowała si umieszczona na artyleryjskim jaszczu okryta czerwonym kocem trumna. Zgodnie ze zwyczajem Indian Brule, kobiety podniosły trumnę i postawiły ją na specjalnym rusztowaniu, następnie okryły ją świeżą skórą bizona, którą przymocowały rzemieniami. Niebo zasnute było ciężkimi chmurami i zanosiło się na burzę, a o zmierzchu zaczął padać śnieg z deszczem. Na komendę żołnierz oddali trzy salwy, po czym wszyscy wrócili do fortu. Oddział artylerzystów pozostał przy grobie przez całą noc; rozniecili wielkie ognisko z drewna sosnowego i co pół godziny, aż do świtu, oddawali salwy z haubicy.
Na początku marca w Fort Laramie zjawił się Czerwona Chmura.
Cztery dni później zjawił się nagle pod fortem Czerwona Chmura wraz z dużą grupą Indian Oglala Teton Lakota Sioux. Zatrzymali się najpierw w obozie Cętkowanego Ogona i podczas gdy dwóch wodzów Indian Teton radowało się ze spotkani, nadszedł Maynadier z eskort, by przeprowadzić ich z pompą, przy dźwiękach bębnów i rogów, do swej kwatery.
Gdy Maynadier powiedział Czerwonej Chmurze, że komisja pokojowa przybędzie do Fort Laramie dopiero za kilka tygodni, wódz popadł w gniew. Duże Usta i inni posłańcy mówili mu, że jeśli przybędzie do fortu i podpisze układ, otrzyma prezenty. Potrzebna mu była teraz broń, proch i żywność. Maynadier odpowiedział mu, że może wydać żywność z magazynów wojskowych Indianom Oglala, którzy przybyli z wizytą, lecz nie ma prawa zaopatrzyć ich ani w broń, ani też i w proch. Wówczas Czerwona Chmura zapytał, co układ zagwarantuje jego ludziom, bo podpisywali już układy, ale zawsze to Indianie dawali coś Białym. Tym razem biali muszą dać coś Indianom.
Wiedząc, że przewodniczący nowej komisji, E. B. Talor, jest teraz w Omaha, Maynadier zaproponował, by Czerwona Chmura wysłał mu telegraficznie wiadomość. Czerwona Chmura był podejrzliwy i choć nie ufał w pełni magii mówiących drutów, to jednak po krótkiej zwłoce zgodził się pójść z pułkownikiem do telegrafu i za pośrednictwem tłumacza podyktował słowa zapewniając o pokoju i przyjaźni.
Z trzaskiem nadeszła odpowiedź komisarza Taylora:
"Wielki Ojciec w Waszyngtonie (.) chce, abyście wszyscy byli jego przyjaciółmi i przyjaciółmi Białych. Jeśli podpiszecie układ o pokoju na znak swojej przyjaźni, obdarzy ciebie i twoich ludzi prezentami. Ponieważ karawana wozów załadowanych towarami i prezentami nie będzie mogła dotrzeć do Fort Laramie od rzeki Missouri wcześniej niż 1 czerwca, Wielki Ojciec pragnie, abyście właśnie ten dzień uczynili terminem spotkani z komisją w celu podpisania układu."
Wywarło to wielkie wrażenie ma Czerwonej Chmurze. Podobał mu się też bezpośredni sposób bycia pułkownika Maynadiera. Postanowił zatem poczekać z podpisaniem traktatu do czerwca. Miał też czas na to, aby udać się z powrotem nad rzekę Powder i rozesłać posłańców do rozproszonych grup Indian Sioux, Cheyenne i Arapaho. Pozwalało to także Indianom na zebranie większej liczby skór bizonów i bobrów, które będzie można sprzedać w Fort Laramie.
W geście wielkoduszności Maynadier wydał odjeżdżającym Indianom Oglala niewielką ilość proch i ołowiu. Indianie opuścili więc fort w dobrych humorach. Maynadier nic nie powiedział na temat otwarcia Szlaku Bozemana, a Czerwona Chmura nie wspomniał o Forcie Reno, który był w dalszym ciągu oblegany.
Czerwona Chmura nie czekał, aż zielona trawa wyrośnie wysoko. Powrócił do Fort Laramie w maju i przywiózł ze sobą swego głównego zastępcę, Człowieka Bojącego Się Swych Koni wraz z ponad tysiącem Indian Oglala. Tępy Nóż sprowadził pewną liczbę Indian Cheyenne, a Czerwony Liść przybył ze swą grupą Indian Brule. Razem z ludźmi Cętkowanego Ogona i innymi Indianami Brule rozbili oni wielki obóz nad rzeką Platte.
W faktoriach i sklepach panował wielki ruch. Nigdy przedtem Duże Usta i Próżniacy Z Laramie nie byli tak zajęci transakcjami handlowymi.
Kilka dni później przybyła komisja do spraw pokoju i 5 czerwca zaczęły się formalne spotkani z przyjętymi w takich okolicznościach długimi przemówieniami wygłaszanymi przez członków komisji i przywódców Indian. Wtedy niespodziewanie Czerwona Chmura poprosił o kilkudniową zwłokę, aby zaczekać na przybycie innych Indian Teton, którzy chcieli wziąć udział dyskusjach. Komisarz Taylor wyraził zgodę na przesuniecie terminu obraz na 13 czerwca.
Przypadek zrządził, że 13 czerwca 1866 roku był dniem, w którym pułkownik Henry Carrington i 700 żołnierzy i oficerów 18 pułku piechoty dotarło w pobliże Fort Laramie. Pułk ten przybył z Fort Kearny w Nebrasce i miał za zadanie założenie łańcuch fortów wzdłuż Szlaku Bozemana, co było przygotowaniem do spodziewanej w lecie wędrówki do Montany. Choć ta wojskowa wyprawa zaplanowana była wiele tygodni wcześniej, żaden z Indian zaproszonych do fortu w celu podpisania układu nie był poinformowany o tej zamierzonej okupacji krainy rzeki Powder.
Aby uniknąć starcia z dwoma tysiącami Indian obozujących wokół Fort Laramie, Carrington zatrzymał swój pułk 4 mile na wschód od placówki. Stojący Łoś, jeden z wodzów Indian Brule, który zimą odwiedził fort, ujrzał pewnego razu ze swego odległego tipi, jak żołnierze szykują wozy do odjazdu. Dosiadł wtedy konia i pogalopował do obozu, gdzie zatrzymali go strażnicy wojskowi i zaprowadzili do pułkownika. Carrington wezwał jednego ze zwiadowców w charakterze tłumacza i gdy dopełniono ceremonii palenia fajki, Stojący Łoś zapytał wprost:
- Dokąd idziecie?
Carrington odparł otwarcie, że prowadzi swe wojsko do krainy rzeki Powder, by strzegło tam drogi do Montany.
- W Laramie Biali zawierają teraz układ z Indianami Sioux, zamieszkującymi krainę, do której się udajecie - powiedział Stojący Łoś. - Będziecie musieli walczyć z wojownikami Indian Sioux, jeśli tam pójdziecie.
Carrington odrzekł, że nie zamierz prowadzić wojny z Indianami Sioux, lecz jedynie strzec drogi.
- Oni nie sprzedadzą Białym swych terenów łownych na budowę drogi - twierdził Stojący Łoś. - Nie dadzą wam drogi, chyba że ich pokonacie.
I dodał szybko, że sam jest Indianinem Brule i że zarówno on, jak i Cętkowany Ogon są przyjaciółmi Białych, lecz Indianie Oglala pod wodzą Czerwonej Chmury, a także Indianie Minniconjou będą walczyć z każdym Białym, który znajdzie się na północ od rzeki Platte.
Następnego dnia, zanim rozpoczęły się rozmowy w sprawie układu, obecność i cel przybycia pułku żołnierzy w niebieskich kurtkach był wiadome wszystkim Indianom w Fort Laramie. Gdy Carrington przybył do fortu następnego ranka, komisarz Taylor postanowił przedstawi go wodzom i spokojnie poinformował ich o tym, co już wiedzieli - że rząd Stanów Zjednoczonych zamierza przeprowadzić drogę przez krainę rzeki Powder bez względu na postanowieni zawarte układzie.
Pierwsze uwagi Carringtona zaginęły w wyrażającej dezaprobat wrzawie, która powstała wśród Indian. Gdy podjął swe przemówienie, Indianie nie przerwali szeptów i zaczęli niespokojnie kręcić się na sosnowych ławkach ustawionych na dziedzińcu.
Tłumacz Carringtona zasugerował szeptem, że może powinno się najpierw pozwolić mówić wodzom.
Głos zabrał Człowiek Bojący Się Swych Koni. W potoku słów wyjaśnił, że skoro żołnierze weszli do krainy Indian Sioux, jego ludzie będą z nimi walczyć.
- Za dwa miesiące z wojska nie zostanie ani jeden człowiek - oświadczył.
Teraz przyszła kolej na Czerwoną Chmurę. Jego zgrabna postać odziana w jasny koc i mokasyny, ukazała się na podwyższeniu. Proste, czarne włosy z przedziałkiem pośrodku spadał na ramiona i sięgały aż do pasa, a jego szerokie usta i orli nos wyrażał zdecydowanie. Jego oczy pałały, gdy potępiał komisarzy za to, że traktują Indian jak dzieci. Oskarżył ich o to, że udają prowadzenie negocjacji w sprawie kraju, który i tak zamierzają wziąć siłą.
- Biali wypierali Indian rok po roku - powiedział - aż doszło do tego, że musimy żyć na małym skrawku ziemi na północ od rzeki Platte, a teraz nasze ostatnie tereny łowieckie, dom naszego narodu, mają być nam zabrane. Nasze kobiety i dzieci będą głodować, lecz jeśli chodzi o mnie, wolę umrze w walce niż z głodu (.) Wielki Ojciec przysyła nam prezenty i chce nowej drogi, lecz Biały Wódz idzie z żołnierzami ukraść drogę, zanim Indianie powiedzą tak lub nie.
Gdy tłumacz próbował przełożyć słowa Indian Sioux na język angielski, wśród słuchających Indian zapanował taki zamęt, że komisarz Taylor szybko zakończył naradę. Czerwona Chmura przeszedł obok Caringtona ignorując go zupełnie i ruszył dalej przez dziedziniec do obozu Indian Oglala. Jeszcze przed świtem Indianie Oglala opuścili Fort Laramie.
Podczas następnych kilku tygodni, gdy karawana wozów Carringtona posuwała się na północ wzdłuż Szlaku Bozemana, Indianie mieli okazję podziwiać rozmiary i siłę ekspedycji. 200 wozów załadowanych było po brzegi wszelkiego rodzaju dobrami i narzędziami.
Na początku grudnia 1866 roku wodzowie i wojownicy skupieni przy Czerwone Chmurze rozmawiali w swych obozach o tym, jak nierozsądnie zachowują się żołnierze niebieskich kurtkach. Czerwona Chmura był przekonany, że jeśli tylko Indianom uda się stopniowo wywabić żołnierzy z fortu, to tysiąc wojowników uzbrojonych jedynie w łuki i strzał zdoła wybić ich wszystkich. W ciągu tego tygodnia wodzowie postanowili, że gdy znów nadejdzie pełnia Księżyca, przygotują wielką zasadzkę na Carringtona i jego żołnierzy.
W trzecim tygodniu grudnia wszystko było już gotowe i około dwóch tysięcy wojowników opuściło swe dom nad rzeką Tongue i ruszyło na południe. Było bardzo zimno i Indianie mieli na sobie skóry bizonów z włosem wywróconym do wewnątrz, na czołach ochraniacze z ciemnego sukna i mokasyny z długimi cholewami zrobione również z futra bizonów. Do siodeł mieli przywiązane czerwone koce firmy Hudson's Bay. Większość z nich jechała na jucznych koniach, prowadząc swe szybkie wojenne wierzchowce na lassach. Niektórzy mieli karabiny, lecz większość uzbrojona była w łuki i strzał, noże i dzidy. Mieli ze sobą też wysuszone na słońcu mięso, które mogło im wystarczyć na kilka dni, a da uzupełnienia zapasów małe grupy zbaczały ze szlaku, by upolować jelenia, i zabierały ze sobą tyle mięsa, ile tylko można było przywiązać do siodła.
W odległości 10 mil od Fort Phil Kearny Indianie rozbili obóz podzielony na trzy części zajmowane osobno przez Indian Sioux, Cheyenne i Arapaho. Między obozem a fortem znajdowało się miejsce przeznaczone na pułapkę - mała dolina strumienia Peno.
O świcie 21 grudnia wodzowie i szamani zdecydowali, że dzień ten będzie dniem zwycięstwa. Gdy tylko Słońce zaczęło się ukazywać, grupa wojowników wyruszyła łukiem w kierunku drogi, którą ciągnęły wozy z drewnem, tam gdzie zamierzano dokona manewru pozorującego atak na wozy. Do wykonania tego niebezpiecznego zadania zwabienia żołnierzy w pułapkę wyznaczono po dwóch wojowników Indian Cheyenne i Arapaho oraz po dwóch przedstawicieli Indian Oglala, Minniconjou i Brule. Razem było więc dziesięciu młodych wojowników. Dowództwo przejął Szalony Koń, Garb i Mały Wilk. Podczas gdy wojownicy, mając za zadanie zwabienie żołnierzy, dosiedli koni i ruszyli w kierunku pasma Lodge Trail, główne siły wojowników udały się pobliże Szlaku Bozemana. Zbocza gór pokryte były miejscami śniegiem i lodem, lecz dzień był jasny, a powietrze zimne i suche. W odległości około 3 mil od fortu, gdzie droga przebiegała wzdłuż wąskiego grzbietu i schodziła do strumienia Peno, Indianie zaczęli szykować wielką zasadzę. Indianie Cheyenne i Arapaho obsadzili stronę zachodnią. Kilku Indian Sioux ukryło się na porośniętej trawą płaszczyźnie po stronie przeciwnej, inni pozostali na koniach chowając się za dwie skały. Późnym rankiem prawie dwa tysiące wojowników czekało, by żołnierze w niebieskich kurtkach znaleźli się w pułapce.
Gdy część wojowników dokonywało zwodniczego ataku na wozy wiozące drewno, Szalony Koń i pozostali wojownicy zsiedli z koni i czekali w ukryciu na wzgórzu znajdującym się naprzeciwko fortu. Na odgłos pierwszego wystrzału kompania wojska w pośpiechu opuściła fort i pogalopowała na odsiecz drwalom. Gdy tylko żołnierze znikli z pola widzenia, Indianie ukazali się na zboczu i podeszli bliżej fortu. Szalony Koń machał swoim czerwonym kocem i co chwila wynurzał się z krzaków, które rosły nad zamarzniętym strumieniem Peno. Kilka minut później Carrington wystrzelił w forcie z armaty. Indianie rozproszyli się wzdłuż wzgórza, poruszając się zygzakiem i krzyczą, by wojsko nabrało przekonania, że są wystraszeni. Przez cały czas wojownicy cofali się w stronę grzbietu Lodge Trail. Żołnierze ruszyli za nimi w pościg; jedni konno, drudzy pieszo. Dowodził nimi kapitan, który miał wyraźny rozkaz, by nie ścigać Indian poza grzbiet Lodge Trail.
Szalony Koń i inni wojownicy wskoczyli na konie i jeździli tam i z powrotem wzdłuż zbocza Lodge Trail, szydzą z żołnierzy, którzy w gniewie zaczęli bezładnie strzelać. Kule odbijały się od skał, a Indianie powoli się cofali. Gdy żołnierze zwalniali, lub zatrzymywali się, Szalony Koń zsiadał z konia i udawał, że poprawia uprząż lub ogląda końskie kopyta. Kule świszczały wokół niego, a żołnierze w końcu wjechali na szczyt grzbietu, by stamtąd ścigać przeciwnika w kierunku sumienia Peno. Widząc jedynie dziesięciu Indian, żołnierze ruszyli za nimi w pogoń.
Gdy Indianie przeszli strumień Peno, cała grupa 81 żołnierzy kawalerii i piechoty znalazła się w pułapce. Teraz Indianie podzielili się na dwie grupy, które przecięły nawzajem swe szlaki, co było sygnałem do ataku.
Mały Koń, Indianin Cheyenne, który rok wcześniej ostrzegł Indian Arapaho o nadejściu generała Connora, miał zaszczyt dać sygnał swym ludziom, ukrytym w wąwozach po stronie zachodniej. Podniósł dzidę i wtedy wszyscy Indianie Cheyenne i Arapaho z tętentem kopyt końskich ruszyli do ataku.
Z przeciwnej strony nadeszli Indianie Sioux i na kilka minut Indianie i piechota zwarli się w pełnej zamieszania walce wręcz. Wszyscy żołnierze piechoty wkrótce zginęli, a kawalerzyści wycofali się na skaliste wzniesienie przy końcu grzbietu górskiego. Rozpuścili swe konie, próbując szukać schronienia wśród wielkich głazów pokrytych lodem.
Pod koniec bitwy Indianie Cheyenne i Arapaho z jednej strony, a Indianie Sioux z drugiej strony znaleźli się tak blisko siebie, że istniała obawa, że nawzajem będą razić się strzałami. Wkrótce jednak wszystko się skończyło. Ani jeden żołnierz nie został przy życiu. Wśród zabitych pojawił się jakiś pies i jeden z wojowników Indian Sioux ruszył w jego kierunku, by go złapać i zabrać ze sobą, lecz Wielki Hultaj, Indianin Cheyenne, powiedział:
- Nie pozwól nawet temu psu ujść z życiem! - W tym momencie ktoś inny zabił zwierzę z łuku. Była to bitwa, którą Biali nazwali Masakrą Fettermana a Indianie Bitwą Stu Zabitych.
Sami Indianie ponieśli też wielkie straty - mieli prawie 200 zabitych i rannych. Ze względu na chłody zdecydowano zabrać rannych do tymczasowego obozu. Następnego dnia silna zawieja śnieżna zaskoczyła wojowników w ich prowizorycznych schronieniach, a gdy minęła, powrócili do swych wiosek nad rzeką Tongue.
Masakra Fettermana wywarła ogromne wrażenie na pułkowniku Carringtonie. Był przerażony popełnionymi prze Indian czynami: okaleczaniem, wypruwaniem wnętrzności i pozbawianiem zwłok części intymnych. Rozmyślał nad przyczynami tej brutalności i nawet napisał esej na ten temat, dochodząc w swych filozoficznych rozważaniach do wniosku, że to pogańskie wierzenia skłaniały Indian do tych okropnych czynów, które na zawsze pozostały w jego pamięci. Ale sami Biali nie postępowali lepiej, czego przykładem była niedawna masakra Indian nad Sand Creek. Indianie być może brali tylko przykład ze swych wrogów, lub w ten sposób wyrazili swą zemstę.
Nadeszła ostra zima i na pewien czas przerwano walki.
Masakra Fettermana wywarła również ogromne wrażenie na rządzie Stanów Zjednoczonych. Była to największa porażka, jakiej armia doznała w historii wojen z Indianami, a w historii USA była to druga przegrana bitwa, z której żaden żołnierz nie uszedł z życiem. Caringtona pozbawiono dowództwa, wysłano posiłki do fortów w krainie rzeki Powder, a do Fort Laramie posłano z Waszyngtonu kolejną komisję pokojową.
W 1868 roku, gdy przedstawiciele rządu przeprowadzali negocjacje z Indianami Sioux, na skutek biurokratycznego bałaganu powstałego w Waszyngtonie, ziemie Indian Ponca zostały włączone do terytorium przyznanego Indianom Sioux na mocy traktatu. Choć Indianie Ponca wielokrotnie wysyłali do Waszyngtonu protesty w tej sprawie, nie podęto żadnych działań. Tymczasem Indianie Sioux najeżdżali ziemie Indian Ponca, żądając od nich haraczu w postaci koni. Grozili również, że zmuszą Ich do opuszczenia terenu, który teraz uważali za swój. W końcu Kongres uznał zobowiązania USA zawarte w traktacie i dotyczące "ochrony" Indian Ponca, lecz zamiast przywrócić im ziemię, przyznał im małą sumę pieniędzy, "by dać temu plemieniu odszkodowanie za kradzieże i morderstwa popełnione przez Indian Sioux.
Latem 1868 roku ponad tysiąc konnych żołnierzy wymaszerowało z Fort Lincoln do Black Hills przez Równiny. Należeli oni do 7 pułku kawalerii i na ich czele jechał generał George Armstrong Custer. Indianie Sioux nazywali go Długie Włosy, a ponieważ nie otrzymali żadnego ostrzeżenia o jego nadejściu, mogli jedynie obserwować z daleka, jak długie kolumny kawalerii w niebieskich mundurach i załadowane wozy, kryte płótnem, wjeżdżają do ich świętej krainy.
Gdy Czerwona Chmura usłyszał o ekspedycji Długich Włosów, zaprotestował;
- Nie podoba mi się, że generał Custer i jego żołnierze udają się do Black Hills, ponieważ jest to kraj Indian Sioux Oglala.
Był to kraj również innych grup Indian Sioux oraz Indian Cheyenne i Arapaho. Gniew Indian do tego stopnia przybrał na sile, że prezydent Ulysses Grant rozkazał "przerwać najazd na kraj, który mocą prawa i układu należy do Indian".
Gdy jednak Custer doniósł, że wzgórza pełne są złota, znajdującego się pod korzeniami trawy, grupy Białych ogarniętych szałem kopania i płukania złotonośnego pisaku zaczęły mnożyć się jak szarańcza. Szlak, którym wozy Custera wjechały do serca Paha Sapa, stał się wkrótce Drogą Nadziei.
W tym okresie 1868 roku Czerwona Chmura miał zatargi z agentem rezerwatu, J. J. Savillem, z powodu złej jakości produktów żywnościowych i innych towarów wydawanych Indianom Oglala. Zajęty tym, nie zdołał w pełni ocenić znaczenia najazdu Custera dla życia Indian Sioux, szczególnie tych, którzy co wiosnę opuszczali rezerwat udając się na polowania i obozując w pobliżu Black Hills. Jak wielu innych starzejących się wodzów, Czerwona Chmura zbyt wielką uwagę przywiązywał do drobnych spraw, tracąc jednocześnie kontakt z młodszymi członkami plemienia.
Jesienią 1868 roku, tuż po wyprawie Custera, ci Indianie Sioux, którzy polowali na północy, zaczęli powracać do Agencji Czerwonej Chmury. Byli źli jak szerszenie z powodu inwazji na Paha Sapa, a niektórzy z nich mówili o stworzeniu grupy bojowej, która ścigałaby poszukiwaczy złota przybywających na te tereny. Czerwona Chmura słuchał tych rozmów, lecz doradzał młodym cierpliwość i był pewien, że Wielki Ociec dotrzyma obietnicy i wyśle żołnierzy, by przepędzili poszukiwaczy.
Jeszcze w ostatnich miesiącach 1868 roku do obozów Indian Sioux i Cheyenne Północnych dotarły wieści, że Wielki Ojciec z Waszyngtonu chce, aby przenieśli się dalej na wschód od rzeki Missouri, gdzie zwierzyna była bardzo nieliczna. Zaprzyjaźnieni handlarze Białych powiedzieli im, że w traktacie z 1868 roku napisane było, że agencję dla Indian Teton Sioux miano założyć nad rzeką Missouri. Czerwona Chmura wyszydzał te wiadomości. Gdy udał się do Laramie, aby podpisać traktat, powiedział oficerom w niebieskich kurtkach, którzy byli świadkami tego, jak dotykał pióra, że chce, aby Fort Laramie był faktorią dla Indian Teton Sioux; w przeciwnym wypadku nie podpisze dokumentu. Oficerowie przyjęli ten warunek.
Wydarzyło się jednak cos, co uświadomiło Czerwonej Chmurz, jak bardzo źli na Custera są jego młodzi wojownicy. 22 listopad 1868 roku agent Saville wysłał kilku robotników, by ścieli wysoką sosnę i przywieźli ją do fortu. Gdy Indianie ujrzeli pień leżący na ziemi, spytali Savillea do czego ma on służyć. Agent odpowiedział, że chce zrobić z niego maszt o flagi, ponieważ pragnie by powiewała ona nad fortem. Indianie zaprotestowali. To Długie Włosy wywieszał flagi w swych obozach w Black Hills a Indianie nie chcieli ani flagi, ani niczego innego, co przypominałoby im żołnierzy Białych.
Saville zlekceważył protesty Indian i następnego ranka polecił swym ludziom wykopać dół pod maszt. W ciągu kilku minut przybyła grupa młodych wojowników z siekierami i zaczęła rąbać masz. Saville rozkazał im zaprzestać tego, lecz oni nie zwracali na niego uwagi. Agent udał się do siedziby Czerwonej Chmury i błagał go, by powstrzymał wojowników. Ten odmówił; wiedział, że wojownicy daj w ten sposób wyraz swego gniewu wywołanego najazdem Długich Włosów na Black Hills.
Saville, rozwścieczony odmową, polecił jednemu ze swych robotników udać się do Fort Robinson i sprowadzić na pomoc kompanię kawalerii. Gdy wojownicy zobaczyli człowieka jadącego do fortu, odgadli cel jego misji. Natychmiast podążyli do swych obozów, uzbroili się, pomalowali twarze barwami wojennymi i wyjechali naprzeciw kawalerii. Indianie otoczyli 26 żołnierzy prowadzonych przez porucznika Emmeta Crawforda, oddali strzały w powietrze i wydali kilka okrzyków wojennych. Porucznik nie zdradzał najmniejszego strachu i powoli prowadził swych ludzi w kierunku agencji, posuwając się w tumanie kurzu wznieconego przez kotłujących się wojowników. Niektórzy młodzi Indianie, pragnąc przyspieszyć walkę, podjeżdżali blisko, tak, że konie ich zderzały się z końmi kawalerzystów.
Na odsiecz porucznikowi Crawfordowi przybyła jednak z Agencji grupa Indian Sioux prowadzona przez Młodego Człowieka Bojącego Się Swych Koni. Indianie z Agencji przedarli się przez pierścień wojowników, tworzyli mur chroniący Niebieskie Kurtki i eskortowali ich w kierunku umocnień Agencji. Bojowo nastawieni wojownicy byli tak rozgniewani, że próbowali spalić Agencję, i jedynie sugestywne słowa Czerwonego Psa i Starego Człowieka Bojącego Się Swych Koni zapobiegły dalszym ekscesom.
Czerwona Chmura ponowne odmówił interwencji. Nie był jednak zdziwiony, gdy wielu protestujących zwinęło tipi i ruszyło z powrotem na północ, by spędzić zimę z dala od rezerwatu. Udowodnili mu, że istnieją jeszcze wojownicy Indian Sioux, którzy nigdy nie pogodzą się z faktem najazdu na Paha Sapa. Nie zdawał sobie jednak sprawy z tego, że tracił tych młodych ludzi na zawsze. Odrzucili oni jego dowództwo, przechodząc na stronę Siedzącego Bizona i Szalonego Konia, wodzów, którzy nigdy nie żyli w rezerwacie ani nie przyjmowali darów z rąk Białych.
Na wiosnę 1869 roku Czerwona Chmura zabrał tysiąc Indian Oglala do Laramie, aby wymienić towary i odebrać żywność zagwarantowaną traktatem. Komendant fortu oznajmił im, że ich faktoria znajduje się w Fort Randall nad rzeką Missouri i że muszą się tam udać, jeżeli chcą wymienić towary i odebrać żywność. Ponieważ Fort Randall znajdował się 300 mil dalej, Czerwona Chmura roześmiał się ze słów komendanta i mając poparcie tysiąca uzbrojonych wojowników zagrażających otwartej placówce zażądał zgody na handel w Laramie. Komendant musiał ustąpić, lecz poradził Czerwonej Chmurze, aby przed następnym sezonem handlowym przeprowadził się ze swymi ludźmi bliżej Fort Randall.
Wkrótce stało się jasne, że władze wojskowe w Fort Laramie nie żartowały. Cętkowanemu Ogonowi i jego pokojowo nastawionym Indianom Brule nie pozwolono nawet obozować w pobliżu Laramie. Gdy powiedziano Cętkowanemu Ogonowi, że jeżeli chce otrzymać żywność, musi udać się do Fort Randall, przeprowadził swych ludzi przez równiny i osiedlił się z nimi w pobliżu fortu. Również zakończyło się przyjemne życie Próżniaków Z Laramie; zostali oni wysłani do Fort Randall, gdzie w nie znanym środowisku musieli założyć nowe przedsiębiorstwa handlowe.
Czerwona Chmura pozostał jednak nieugięty. Po ciężkich zmaganiach wygrał wojnę o krainę rzeki Powder. Fort Laramie był najbliższą faktorią i nie miał zamiaru przenosić się nad rzekę Missouri, ani też jeździć tam po żywność.
Przed nadejściem wiosny 1870 roku spokój komisarza Biura do Spraw Indian, Ely Parkera, mąciły meldunki o buntach nadchodzących z agencji indiańskich na Równinach. Pierwszym sygnałem wskazującym na przyczyny niepokoju było wstrząsające sprawozdanie porucznika Pease'a dotyczące masakry Indian Piegan. Parker wiedział, że jeżeli nie uczyni czegoś, co upewni Indian o dobrych zamiarach rządu, latem dojdzie do wybuchu wojny powszechnej.
Komisarz zdawał sobie sprawę z niezadowolenia Czerwonej Chmury, z jego determinacji w sprawie utrzymania kraju przyznanego mu traktatem i żądaniami, aby w pobliżu znajdowała się faktoria. Chociaż Cętkowany Ogon udał się do Fort Randall nad rzeką Missouri, nie zmieniało to faktu, że Indianie Brule należeli do najbardziej zbuntowanych wśród plemion znajdujących się w rezerwatach. Ze względu na ogromną liczbę zwolenników wśród Indian z równin Czerwona Chmura i Cętkowany Ogon wydawali się komisarzowi postaciami najważniejszymi w sprawie zachowania pokoju. Ale czy wódz Indian Iroquois może zyskać zaufanie wodza Indian Sioux? Donehogawa nie był pewien, lecz zdecydował się spróbować.
Komisarz wysłał uprzejme zaproszenie do Cętkowanego Ogona, lecz był zbyt sprytnym Indianinem, aby w bezpośredni sposób zwrócić się do Czerwonej Chmury. Wiedział, że takie zaproszenie zostałoby potraktowane przez Czerwoną Chmurę jako rozkaz i z dumą odrzucone. Dlatego Czerwona Chmura został poinformowany przez posłańca, że byłby mile widzianym gościem w domu Wielkiego Ojca w Waszyngtonie, gdyby zechciał tam przybyć.
Perspektywa takiej podróży zaintrygowała Czerwoną Chmurę, gdyż dawałaby mu okazję do odbycia rozmowy z wielkim Ojcem i powiedzenia mu, że Indianie Sioux nie chcą rezerwatu nad rzeką Missouri. Mógłby również na własne oczy przekonać się, czy Mały Ojciec, Indianin, komisarz imieniem Parker, jest prawdziwym Indianinem i czy umie on pisać tak dobrze jak Biali.
Gdy tylko Parker dowiedział się, że Czerwona Chmura zgadza się przybyć do Waszyngtonu, wysłał pułkownika Johna E. Smitha do Fort Laramie, aby zapewnić wodzowi eskortę. Czerwona Chmura wybrał sobie piętnastu Indian Oglala, którzy mieli mu towarzyszyć. 26 maja 1870 roku cała grupa wsiadła do specjalnego wagonu kolejowego linii Pacific Union i rozpoczęła swą długą podróż na wschód.
Wykorzystanie starego wroga, żelaznego konia, jako środka transportu było dla Indian wielkim przeżyciem. Miasto Omaha robiło wrażenie roju Białych, a Chicago przerażało hałasem i zamieszaniem oraz budynkami, które wydawały się sięgać nieba. Biali przypominali koniki polne, poruszające się w pośpiechu, choć nie wyglądało, żeby docierali do miejsc przeznaczenia.
Po pięciu dniach łomotu i jazdy żelazny koń przywiózł ich do Waszyngtonu. Z wyjątkiem Czerwonej Chmury wszyscy członkowie delegacji czuli się oszołomieni i niepewni. Komisarz Parker, który rzeczywiście okazał się Indianinem, powitał ich gorąco.
- Cieszę się bardzo, że widzą as tutaj. Wiem, że przybyliście z daleka, aby zobaczyć się z Wielkim Ojcem, prezydentem Stanów Zjednoczonych. Cieszę się, że podróż wasz odbyła się bez zakłóceń i że dotarliście tu bezpiecznie. Chcę usłyszeć, co Czerwona Chmura ma do powiedzenia w imieniu własnym i całego plemienia.
- Mam tylko kilka słów do powiedzenia - odparł Czerwona Chmura. - Gdy dowiedziałem się, że mój Wielki Ojciec pozwala mi przybyć na spotkanie, ucieszyłem się i przybyłem natychmiast. Wyślij telegram do moich ludzi zawiadom ich, że jestem bezpieczny. To wszystko, co mam dziś do powiedzenia.
Gdy Czerwona Chmura i pozostali Indianie Oglala przybyli do Washington House przy Pennsylvania Avenue, gdzie był dla nich zarezerwowany apartament, ze zdziwieniem zastali tam Cętkowanego Ogona i delegację Indian Brule, która już na nich czekała. Cętkowany Ogon okazał się posłuszny rządowi i przeprowadził swych ludzi do agencji nad rzekę Missouri. Komisarz Parker obawiał się kłopotów, jakie mogły wyniknąć ze spotkania dwóch rywalizujących z sobą wodzów Indian Teton. Wodzowie jednak uścisnęli sobie ręce i gdy tylko Cętkowany Ogon powiedział Czerwonej Chmurze, że zarówno on sam, jak i jego Indianie Brule nienawidzą rezerwatu w Dakocie i chcą wrócić na swoje stare tereny łowieckie w Nebrasce, na wschód od Fort Laramie, Indianie Oglala potraktowali Indian Brule jako odzyskanych sojuszników.
Następnego dnia Donehogawa zaproponował swym gościom zwiedzenie stolicy. Obejrzeli oni Senat w czasie obrad, bazę marynarki i Arsenał. Na tę wycieczkę Indianie Sioux ubrali się w stroje Białych i widać było, że źle się czują w ciasnych czarnych garniturach i pantoflach zapinanych guzikami. Gdy Donehogawa powiedział im, że Mattew Brady zaprasza ich do swojego studio, by zrobić im zdjęcia, Czerwona Chmura odrzucił propozycję.
- Nie jestem Białym, tylko Indianinem Sioux - wyjaśnił. - Nie jestem odpowiednio ubrany na taką okazję.
Donehogawa pojął to natychmiast i dał gościom do zrozumienia, że jeśli chcą, mogą przybyć do Białego Domu na kolację z prezydentem Grantem ubrani w skórzane nogawice, koc i mokasyny.
Podczas przyjęcia w Białym Domu większe wrażenie na Indianach Sioux zrobiły setki płonących świec w błyszczących żyrandolach niż spotkanie z Wielkim ojcem, jego gabinetem, dyplomatami i członkami Kongresu, którzy przybyli, by gapić się na dzikich ludzi w samym sercu Waszyngtonu. Cętkowanemu Ogonowi, który lubił dobre jedzenie, szczególnie przypadły do gustu truskawki z lodami.
- Wyraźnie widać, że Biali mają więcej dobrych rzeczy do jedzenia, niż przysyłają Indianom - zauważył.
W ciągu następnych kilku dni Donehogawa prowadził rozmowy z Czerwoną Chmurą i Cętkowanym Ogonem. Aby zapewnić stały pokój, musiał dokładnie zapoznać się z ich żądaniami, które miały mu posłużyć jako argumenty wobec polityków naciskających na zajęcie ziem indiańskich. Sytuacja komisarza-Indianina współczującego swym braciom była nie do pozazdroszczenia. Zorganizował on spotkanie w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, na które zaprosił przedstawicieli wszystkich resortów, aby mogli porozmawiać z indiańskimi gośćmi.
Minister spraw wewnętrznych, Jacob Cox, wygłosił przemówienie inaugurujące spotkanie. Było to takie samo przemówienie, jakie Indianie słyszeli już wiele razy.
- Rząd chciałby dać Indianom broń i amunicję, by mogli polować - oświadczył, - lecz nie może tego uczynić, dopóki się nie przekona, że Indianie pozostają w tanie pokoju. Utrzymujcie pokój - zakończył - a my zrobimy to, co będzie dla was korzystne.
W całym swym przemówieniu Cox ani słowem nie wspomniał o rezerwacie Indian Sioux nad rzeką Missouri.
Czerwona Chmura zareagował na to wymieniając uścisk dłoni z ministrem Coxem i innymi urzędnikami.
- Spójrzcie na mnie - powiedział. - Wychowałem się na ziemi, gdzie wschodzi Słońce. Teraz przybyłem stamtąd, gdzie ono zachodzi. Czyj głos rozbrzmiewał na tej ziemi? Głos czerwonoskórych, którzy mieli łuki i strzał. Wielki Ojciec mówi, że jest dla nas dobry. Ja tak nie sądzę. To ja jestem dobry dla Białych. Wystarczyło jedno jego słowo, abym przebył całą drogę do jego domu. Moja twarz jest czerwona. Wasze są białe. Wielki Duch stworzył was tak, że możecie czyta i pisać, mnie stworzył inaczej. Ja się nie uczyłem. Przybyłem tu, by powiedzieć memu wielkiemu Ojcu, co mi się nie podoba w mym raju. Jesteście blisko Wielkiego Ojca i jesteście wielkimi wodzami. Ci ludzie, których do nas Wielki Ojciec przysyła, nie mają rozumu i nie mają serca.
Komisarz Donehogawa odpowiedział:
- Powtórzę prezydentowi, co Czerwona Chmura nam dziś powiedział. Prezydent kazał mi powtórzyć, że wkrótce będzie rozmawiał z Czerwoną Chmurą.
Czerwona Chmura spojrzał na Parkera, który nauczył się pisać i czytać i który teraz był Małym Ojcem Indian.
- Możecie przyznać mym ludziom prawa, o które prosimy - powiedział. - Jest nas niewielu, a wy jesteście wielkim i potężnym narodem. Wy wyrabiacie całą amunicję, a j proszę tylko o tyle, by moi ludzie mogli polować. Wielki Duch stworzył wszystko w mym kraju dzikie. Muszę więc polować. To nie tak, jak wy, którzy idziecie i znajdujecie wszystko, na co macie ochotę. Mam oczy. Widzę, co wy, Biali, robicie - hodując bydło i tak dalej. Wiem, że za kilka lat sam będę tak musiał robić, bo to jest dobre. Nie mam już nic więcej do powiedzenia.
Indianie Oglala i Brule zebrali się wokół komisarza i wszyscy chcieli mówić z czerwonoskórym, który został ich Małym Ojcem.
Spotkanie z prezydentem Grantem odbyło się 9 czerwca 1870 roku w jednym z biur Białego domu. Czerwona Chmura powtórzył wiele z tego, co powiedział już poprzednio w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, podkreślając, że jego ludzi nie chcą mieszkać na rzeką Missouri.
- Traktat z 1868 rok - dodał - przyznaje nam praw do handlu w Fort Laramie i posiadania agencji na rzeką Platte.
Grant unikał zabierania głosu w tej sprawi, obiecał jedynie, że dopilnuje, aby w stosunku do Indian Sioux postąpiono sprawiedliwie. Wiedział, że w traktacie ratyfikowanym przez Kongres ani Fort Laramie, ani agencja nad rzeką Platte nie były wymienione, natomiast podkreślono, że agencja dla Indian Sioux ma być "gdzieś nad rzeką Missouri". Prywatnie sugerował ministrowi Coxowi i komisarzowi Parkerowi, aby następnego dnia spotkali się z delegacjami Indian w celu wyjaśnienia im warunków traktatu.
Donehogawa spędził bezsenną noc, wiedział, że Indianie Sioux zostali oszukani. Spodziewał się, że gdy ostanie im odczytana drukowana wersja traktatu, nie będą nią zachwyceni. Następnego ranka w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych minister Cox omówił z nimi traktat punkt po punkcie. Czerwona Chmura cierpliwie wysłuchiwał powolnego tłumaczenia angielskich słów. Gdy przedstawiono całość, oświadczył w sposób zdecydowany:
- Pierwszy raz słyszę o takim traktacie. Nigdy o nim nie słyszałem i nie mam zamiaru mu się podporządkować.
Minister Cox odpowiedział, że nic nie wie o tym, aby którykolwiek z komisarzy pokojowych w Laramie okłamał ich w tej sprawie.
- Nie twierdzę, że komisarze kłamali - odparł Czerwona Chmura, - ale widocznie tłumacze się mylili. Gdy żołnierze opuścili forty, podpisałem traktat pokojowy, lecz nie był to ten traktat. Chcemy tę sprawę wyjaśnić.
Wstał i zamierzał opuścić pokój. Cox wręczył mu kpię traktatu, aby jego własny tłumacz wyjaśnił mu wszystkie wątpliwości i by można było kontynuować dyskusję na następnym spotkaniu.
- Nie wezmę tego papieru - odpowiedział Czerwona Chmur - to same kłamstwa.
Tej nocy Indianie Sioux rozważali udanie się następnego dnia w podróż powrotną. Niektórzy mówili, że będzie im wstyd opowiedzieć swym ludziom, jak zostali okłamani i podstępem nakłonieni do podpisania traktatu w 1868 roku. Już lepie umrzeć tu w Waszyngtonie. Jedynie wstawiennictwo Donehogawa, Małego Ojca, przekonało ich, aby przybyli na jeszcze jedno spotkanie. Obiecał im swą pomoc przy korzystniejszej interpretacji warunków traktatu. Widział się z prezydentem Grantem i przekonał go, że możliwe jest rozwiązanie tego problemu.
Następnego ranka, 10 czerwca 1870 roku, w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych Donehogawa powitał Indian Sioux mówiąc, że minister Cox przedstawi im nową interpretację traktatu. Cox mówił krótko. Przykro mu, że Czerwona Chmura i jego ludzie źle go zrozumieli. Chociaż kraina nad rzeką Powder znajduje się poza stałym rezerwatem, to jednak wchodzi ona w skład obszaru, który został zagwarantowany jako teren łowieckie. Jeżeli s wśród Indian Sioux tacy, co wolą żyć na swych terenach łowieckich zamiast w rezerwacie, mogą to czynić. Nie będą musieli także udawać się do rezerwatu, aby sprzedawać towary i odbierać żywność.
I tak po raz drugi w ciągu dwóch lat Czerwona Chmura odniósł zwycięstwo nad rządem Stanów Zjednoczonych - tym razem z pomocą członka innego plemienia. Zaznaczył ten fakt pochodząc i ściskając rękę komisarzowi.
- Wczoraj, gdy zobaczyłem traktat i zawarte w nim kłamstw - powiedział - byłem wciekły i podejrzewałem, że ty podzielałeś moje uczucia (.) Teraz się cieszę (.) Mamy trzydzieści dwa narody i wspólną radę, tak jak wy. Odbyliśmy naradę przed przybyciem tutaj i żądania, jakie ci przedstawiłem, pochodzą od wodzów, którzy pozostali ze swymi ludźmi. Wszyscy jesteśmy podobni.
Spotkanie zakończyło się w duchu przyjaźni, a Czerwona Chmura porosił Donehogawa, aby powiedział Wielkiemu Ojcowi, że wszystkie sprawy zostały załatwione. Był gotów wsiadać na żelaznego konia i udać się w podróż powrotną.
Minister Cox z uśmiechem na twarzy poinformował Czerwoną Chmurę, że rząd zaplanował dla Indian Sioux wycieczkę do nowego Jorku w drodze powrotnej.
- Nie chcę jechać tą trasą - odpowiedział Czerwona Chmura. - Chcę jechać prosto do domu. Mam już dość oglądania miast (.) Nie mam żadnej sprawy w Nowym Jorku. Chcę odjechać z powrotem tą samą drogą, jaką tu przybyłem. Biali są wszędzie tacy sami. Widzę ich codziennie.
Później, gdy powiedziano mu, że został poproszony o wygłoszenie mowy do mieszkańców Nowego Jorku, Czerwona Chmura zmienił zdanie. Udał się do nowego Jorku i był zdumiony burzliwą owacją, jaką przygotowała mu publiczność w Instytucie Coopera. Po raz pierwszy miał okazję rozmawiać ze zwykłymi ludźmi, a nie z urzędnikami rządowymi.
- Chcemy utrzymać pokój - powiedział. - Czy nam pomożecie? W 1868 roku przybyli do nas ludzie i przynieśli nam papiery. Nie mogliśmy ich przeczytać, a oni nie powiedzieli nam, co one naprawdę zawierały. Myśleliśmy, że traktat mówił o likwidacji fortów oraz o tym, że będziemy mogli zaprzestać walki. Lecz oni chcieli przysłać nam handlarzy nad rzekę Missouri. A my nie chcemy podróżować nad Missouri, my chcemy mieć handlarzy na tych terenach, gdzie mieszkam. Gdy przybyłem do Waszyngtonu, Wielki Ojciec wyjaśnił mi to, o czym mówi traktat, i pokazał, że tłumacze mnie oszukali. A ja chcę tylko prawości i sprawiedliwości. Tę prawość i sprawiedliwość próbowałem uzyskać od Wielkiego Ojca, lecz nie całkiem mi się to udało.
Czerwonej Chmurze niezupełnie powiodło się w otrzymaniu tego, co uważał za słuszne i sprawiedliwe. Chociaż powrócił do Fort Laramie z uczuciem, że zyskał wielu przyjaciół wśród Białych ze Wschodu, przekonał się, że również wrogów wśród Białych czekało na niego na Zachodzie. Żądni ziemi farmerzy, przewoźnicy towarów, osadnicy i inni ludzie przeciwni utworzeniu agencji dla Indian Sioux w pobliżu doliny rzeki Platte starali się wywrzeć wpływ na politykę Waszyngtonu.
Przez lato i jesień 1870 roku Czerwona Chmura ze swym pomocnikiem, Człowiekiem Bojącym Się Swych Koni, pracował ciężko dla sprawy pokoju. Na prośbę komisarza Donehogawy zebrali wielu potężnych wodzów i przyprowadzili ich o Fort Laramie na naradę, która miała zadecydować o lokalizacji agencji dla Indian Sioux. Przekonali Tępego Noża i Małego Wilka, przywódców Indian Cheyenne Północnych, Obfitego Niedźwiedzia prowadzącego Indian Arapaho Północnych, Wodza Trawę a także Dużą Stopę stojącego na czele Indian Minniconjou, którzy zawsze traktowali Białych podejrzliwie, aby wzięli udział w naradzie. Siedzący Bizon prowadzący Indian Hunkpapa nie chciał mieć nic wspólnego z jakimkolwiek traktatem czy rezerwatem.
- Biali wywarli zły, tajemniczy wpływ na oczy Czerwonej Chmury - powiedział - sprawiając, że widzi wszystko, cokolwiek zechcą.
Siedzący Bizon nie doceniał przebiegłej nieustępliwości Czerwonej Chmury. Gdy wódz Indian Oglala Teton Lakota Sioux przekonał się na naradzie, że urzędnicy rządowi chcą przesunąć agencję dla Indian Sioux 40 mil na północ od rzeki Platte, do Raw Hide Butts, nie chciał o tym słyszeć.
- Gdy udacie się z powrotem do Wielkiego Ojca - powiedział urzędnikom - powiedzcie mu, że Czerwona Chmura nie chce iść do Raw Hide Buttes.
Następnie udał się z powrotem do krainy nad rzekę Power, gdzie zamierzał spędzić zimę, pewien, że Donehogawa załatwi tę sprawę w Waszyngtonie.
Jednakże komisarz Ely Parker stracił na znaczeniu. W Waszyngtonie otaczali go zewsząd sami wrogowie.
Chociaż nieustępliwość i determinacja Czerwonej Chmury doprowadziły w końcu do utworzenia tymczasowej agencji dla Indian Sioux zlokalizowanej nad rzeką Platte, 32 mile na wschód o Fort Laramie, mogli z niej korzystać tylko przez okres krótszy niż dwa lata. W tym czasie Donehogawa odszedł z Waszyngtonu.
W 1873 roku agencje Indian Sioux zostały usunięte z drogi napływającej fali emigrantów Białych i skupione u ujścia rzeki White w północno-zachodniej Nebrasce. Cętkowany Ogon i jego Indianie Brule otrzymali pozwolenie na przeniesienie się na te tereny z Dakoty. W ciągu roku w okolicy tej zbudowano Camp Robinson, a w następnym roku wojsko zdominowało agencje Czerwonej Chmury i Cętkowanego Ogona, co stanowiło początek tarapatów, jakie miały dopiero nadejść.
Wiosną 1875 roku wskutek opowieści o złocie Black Hills ciągnęły Drogą Złodziei w górę rzeki Missouri setki poszukiwaczy tego kruszcu. Wojsko wysłało żołnierzy, by powstrzymali ten napływ ludzi. Cześć z nich musiała opuścić Black Hills, lecz nie podjęto przeciwko nim żadnych kroków prawnych, w związku z czym wkrótce powrócili, by prowadzić dalej swą działalność. Generał Crook [Indianie z prerii nazywali go Trzy Gwiazdy] zorganizował rekonesans na teren Black Hills i znalazł tam ponad tysiąc poszukiwaczy złota. Trzy Gwiazdy uprzejmie poinformował ich o tym, że gwałcą prawo, i rozkazał im opuścić ten obszar. Nie uczynił jednak żadnych kroków, by wyegzekwować wykonanie tego rozkazu.
Zaalarmowani szaleństwem poszukiwaczy złota i nieudolnością wojska mającego za zadanie chronić tereny Indian, Czerwona Chmura i Cętkowany Ogon wystosowali ostry protest do przedstawicieli Waszyngtonu.
W odpowiedzi na to Wielki Ojciec postanowił wysłać komisję "która będzie negocjować z Indianami Sioux w sprawie zrzeczenia się przez nich Black Hills". Innymi słowy, nadszedł czas, by odebrać Indianom jeszcze jeden obszar, który został im przyznany na zawsze. Jak zwykle, komisja składała się z polityków, misjonarzy, handlarzy i oficerów. Senator Wiliam B. Alison ze stanu Iowa był jej przewodniczącym, pastor Samuel D. Hinman, który przez długi czas usiłował zastąpić religię i kulturę Indian Santee chrześcijaństwem, był głównym misjonarze, generał Alfred Terry przedstawicielem wojska, a John Colins, kupiec z faktorii Fort Laramie, reprezentował interesy handlowe.
Aby w spotkaniu z komisją zapewnić udział zarówno Indian z agencji, jak i tych, którzy znajdowali się poza rezerwatem, wyprawiono posłańców, by zaprosili na naradę Siedzącego Bizona, Szalonego Konia i innych "dzikich" widzów. Metys Luis Richard zawiózł do Siedzącego Bizona list od rządu.
- Pragnę, byś poszedł do Wielkiego Wodza i powiedział mu - odparł Siedzący Bizon, - że nie chcę sprzedawać rządowi żadnej ziemi. - Tu wziął w palce szczyptę kurzu i dodał: - Nawet tyle.
Szalony Koń również sprzeciwił się sprzedaży ziemi Indian Sioux, a już zwłaszcza gór Black Hills. Odmówił uczestnictwa w jakiejkolwiek naradzie. Jedynie Mały Wielki Człowiek pojechał jako obserwator ze strony wolnych Indian Oglala.
Jeśli komisarze spodziewali się spokojnego spotkania z kilkoma uległymi wodzami, z którymi łatwo można by załatwić korzystny interes, czekało ich wielkie rozczarowanie. Gdy przybyli na miejsce spotkania wyznaczone nad rzeką White między agencjami Czerwonej Chmury i Cętkowanego Ogona, ujrzeli w promieniu wielu mil równiny pokryte namiotami Indian Sioux i wielkimi stadami pasącego się bydła. Zgromadziły się tam wszystkie plemiona Indian Sioux oraz zaprzyjaźnionych z nimi Indian Cheyenne i Arapaho. W sumie zebrało się tam ponad dwadzieścia tysięcy Indian.
Niewielu z nich widziało tekst traktatu z 1868 roku, lecz pokaźna liczba znała znaczenie paragrafów tego świętego dokumentu.:
"Żaden układ dotyczący przekazania jakiejkolwiek części opisanego tu rezerwatu - nie będzie posiadał mocy - o ile nie będzie poparty wolą i podpisami przynajmniej trzech czwartych dorosłych Indian płci męskiej, zamieszkujących ten teren lub nim zainteresowanych."
Nawet jeśli komisarze potrafiliby zastraszyć lub przekupić każdego z obecnych tam wodzów, nie mogliby uzyskać więcej niż kilkadziesiąt podpisów od tych tysięcy rozgniewanych i dobrze uzbrojonych Indian, którzy mieli silne postanowienie utrzymania każdego skrawka ziemi i źdźbła trawy w obrębie swego terytorium.
20 września 1875 roku komisja zebrała się pod płóciennym dachem, który został rozpięty przy samotnie rosnącej topoli na pofalowanej równinie. Komisarze usadowili się na krzesłach, twarzą do kilkutysięcznego tłumu niespokojnie kręcących się Indian. Odział stu dwudziestu kawalerzystów na białych koniach przybyłych z Fort Robinson ustawił się w szyku za płóciennym namiotem. Cętkowany Ogon przyjechał ze swej agencji, a Czerwona Chmura zapowiedział, że będzie na obradach nieobecny. Przybyło jeszcze kilku innych wodzów, po czym nagle zza odległego wzgórza wyłonił się tuman kurzu - to grupa Indian pędziła w stronę płóciennego namiotu komisarzy. Wojownicy byli ubrani w stroje wojenne. Gdy się zbliżyli, wystrzelili w górę z karabinów, wydali kilka okrzyków i stanęli w szyku tuż za linią kawalerii. W tym czasie nadjechała następna grupa Indian - w ten sposób przybywali wojownicy różnych odłamów Indian Sioux, demonstrując swą siłę, aż w końcu utworzyli wokół namiotu kordon składający się z kilku tysięcy Indian. Wtedy z szeregów wojowników wystąpili wodzowie, zadowoleni z wrażenia, jakie to zrobiło na komisarzach. Usiedli półkolem twarzą do zdenerwowanych Białych i czekali ze zniecierpliwieniem na to, by usłyszeć, co mają oni do powiedzenia na temat Black Hills.
Podczas kilkudniowego pobytu w Fort Robinson komisarze obserwując nastrój Indian nabrali przekonania o bezcelowości prób zmierzających do kupienia Black Hills. Dlatego też postanowili uzyskać od Indian prawo do eksploatacji znajdujących się tam bogactw naturalnych.
- Musimy was teraz zapytać, czy chcecie dać naszym ludziom prawo do wydobywania za odpowiednią, sprawiedliwą zapłatą, zasobów mineralnych na terenie Black Hills - zaczął senator Allison - na okres, w którym będzie się tam znajdowało złoto i inne cenne minerały. Jeśli chcecie, dobijemy z wami targu. Gdy złoto i inne cenne minerały zostaną wyczerpane, terenem tym znów będziecie mogli dowolnie dysponować.
Cętkowany Ogon uznał tę propozycję za żart. Czyżby komisarz prosił Indian o wypożyczenie Białym Black Hills na pewien czas? Zapytał więc, czy senator Allison nie wypożyczyłby mu zaprzęgu mułów na tych samych warunkach.
- Trudno będzie naszym wodzom powstrzymać Białych przybywających na ten teren - ciągnął dalej Allison. - Próby zmierzając w tym kierunku przysporzą wam i naszemu rządowi wiele kłopotów, ponieważ Białych, którzy zamierzają się tam udać, jest bardzo wielu. Jest jeszcze inna kraina rozciągająca się daleko ku zachodowi Słońca aż po góry Big Horn. Terytorium to należy jeszcze do was. Nie wydaje się, by przedstawiało dla was dużą wartość, a nasi ludzie chcieliby posiadać część tego terenu.
Podczas gdy tłumaczono niewiarygodne żądania senatora Allisona, pojawił się Czerwony Pies i oznajmił, że ma wiadomość od Czerwonej Chmury. Nieobecny wódz Indian Oglala, przewidując prawdopodobnie zachłanność komisarzy, prosił o tydzień zwłoki, by Indianie mogli się naradzić. Komisarze zgodzili się dać Indianom trzy dni na zorganizowanie narad plemiennych. Spodziewali się otrzymać od wodzów ostateczną odpowiedź 23 września.
Propozycja oddania Białym ostatnich, największych terenów łowieckich była tak niedorzeczna, że żaden z wodzów nawet nie poruszał tego tematu podczas obrad. Dyskutowano natomiast problem Black Hills. Niektórzy z wodzów uważali, że jeśli rząd Stanów Zjednoczonych nie zamierz żyć siły do powstrzymania napływu poszukiwaczy złota Białych, to przynajmniej Indianie powinni zażądać sowitej zapłaty za żółty metal wydobywany z ich ziemi. Inni znów postanowili nie sprzedawać tego terenu za żadną cenę. Twierdzili, że Black Hills należ do nich. Jeśli więc Niebieskie Kurtki nie wyrzucą Białych z tych wzgórz to Indianie będą zmuszeni uczynić to sami.
23 września 1875 roku komisarze ponownie przybyli do namiotu, w którym miała się odbyć narada. Przyjechali wozami z Fort Robinson eskortowani już przez większy oddział kawalerii. Czerwona Chmura przybył tam jako jeden z pierwszych a teraz zaczął protestować przeciwko tak dużej liczbie żołnierz. W momencie, gdy przygotowywał się do wygłoszenia wstępnego przemówienia skierowanego do komisarzy, wśród wojowników siedzących daleko z tyłu powstało nagle poruszenie. Około trzystu Indian Oglala przybyłych z krainy Red Powder zaczęło zjeżdżać konno ze wzgórza oddając od czasu do czasu strzały. Niektórzy z nich śpiewali:
Black Hills to moja ziemia i kocham ją
I ktokolwiek zakłóci jej spokój,
Usłyszy głos tego karabinu.
Jakiś Indianin na siwym koniu przedarł się przez szereg wojowników zabranych wokół płóciennego namiotu. Był to Mały Wielki Człowiek, wysłannik Szalonego Konia. Umalowany w barwy wojenne, z dwoma rewolwerami u pasa krzyczał:
- Zabiję pierwszego wodza, który opowie się za sprzedaniem Black Hills!
Koń jego, tańcząc, wbiegł na przestrzeń dzielącą zgromadzonych razem komisarzy i wodzów.
Młody Człowiek Bojący Się Swych Koni i grupa nieoficjalnej policji Indian Sioux natychmiast Małego Wielkiego Człowieka i usunęli na bok. Wodzowie i komisarze m usieli jednak zrozumieć, że wyrażał on uczucia większości zebranych wojowników. Generał Terry zaproponował komisarzom, by wsiedli do wojskowych wozów i wrócili do bezpiecznego schronienia, jakim był Fort Robinson.
Pozostawiwszy Indianom kilka dni na ochłonięcie, komisja zorganizowała po cichu spotkanie z dwudziestoma wodzami w głównym budynku agencji Czerwonej Chmury. Podczas trzydniowych obrad wodzowie dali jasno do zrozumienia przedstawicielom Wielkiego Ojca, że Black Hills nie mogą być sprzedane tanio, a może nawet za żadną cenę. W końcu zniecierpliwiony Cętkowany Ogon porosił komisarzy, by przedstawili mu na piśmie konkretne propozycje.
Zaoferowano Indianom czterysta tysięcy dolarów rocznie za prawo do eksploatacji zasobów mineralnych. Gdyby jednak Indianie Sioux chcieli sprzedać Black Hills, otrzymaliby wówczas sumę sześciu milionów dolarów wypłacaną w piętnastu rocznych ratach. Była to cena bardzo niska, biorąc pod uwagę fakt, że jedna kopalnia w Black Hills dostarczała ponad pięćset milionów dolarów w złocie.
Czerwona Chmura nie pojawił się nawet na końcowym spotkaniu, oddając głos Cętkowanemu Ogonowi, by mówił w imieniu wszystkich Indian Sioux. Cętkowany Ogon odrzucił obie propozycje Białych twierdząc, że tereny Black Hills nie są ani na sprzedaż, ani też do wydzierżawienia.
Komisarze spakowali się, wrócili do Waszyngtonu i opowiedzieli o porażce, jaką odnieśli próbując nakłonić Indian Sioux do wyrzeczenia się Black Hills. Zaproponowali, by Kongres zignorował życzenia Indian i ustalili sumę, która byłaby właściwym ekwiwalentem wartości tego obszaru. Orzekli, że to wymuszone kupno "powinno być przedstawione Indianom jako ostateczna decyzja".
W ten sposób zapadło postanowienie zapoczątkowujące łańcuch wydarzeń, które przyniosły armii USA największą porażkę w historii wojen z Indianami, lecz w końcu doprowadziły do całkowitego zniewolenia północnych plemion z Równin.
9 listopada 1875 roku E. Watkins, specjalny inspektor z Biura do Spraw Indian, donosił komisarzowi z tegoż biura, że Indianie z Równin mieszkający poza rezerwatem są dobrze odżywieni i uzbrojeni, wyniośli i niezależni w swych poglądach i dlatego też stanowią zagrożenie dla systemu rezerwatów. Inspektor Watkins zalecał, by wysłać oddziały wojska przeciwko tym niecywilizowanym Indianom "jeszcze w zimie, im wcześniej, tym lepiej, i bezwzględnie zmusić ich do poddania".
22 listopada 1875 roku minister wojny, W. W. Belknap, ostrzegał o możliwości powstania poważnych problemów w związku ze sprawą Black Hills, "chyba, że podejmie się kroki zmierzające do objęcia w posiadanie tego terenu przez poszukiwaczy złota Białych, których przyciągają relacje o bogatych złożach tego cennego kruszcu".
3 grudnia 1875 roku komisarz do spraw Indian, Edward P. Smith, rozkazał agentom Indian Sioux i Cheyenne, by powiadomili wszystkich Indian znajdujących się poza rezerwatami, że mają się stawić w swych agencjach do 31 stycznia 1876 roku, w przeciwnym zaś razie "zostaną wysłane siły zbrojne, by ich do tego zmusić".
Gdy już została wprawiona w ruch machina rządowa, stała się nieubłaganą siłą, bezmyślną i trudną do opanowania. Kiedy posłańcy opuścili agencje pod koniec grudnia, by zawieść wodzom wiadomość, że mają się stawić w rezerwatach, gruba warstwa śniegu pokrywała północną część Równin. Zamiecie i ostre mrozy uniemożliwiły szybki powrót kurierów tak, że przybyli oni do agencji wiele tygodni po dniu 31 stycznia, wyznaczonym jako ostateczny termin. O tej porze roku niemożliwe było przewiezienie kobiet i dzieci na koniach i włókach. Gdyby nawet kilka tysięcy "wrogich" przybyło jakoś do agencji, pomarliby tam z głodu. Późną zimą dostawy żywności do rezerwatów były tak skąpe, że setki Indian opuściło je w marcu, by udać się na północ w poszukiwaniu zwierzyny i w ten sposób uzupełnić głodowe racje otrzymywane od rządu.
W styczniu jeden z kurierów odnalazł Siedzącego Bizona obozującego niedaleko ujścia rzeki Powder. Wódz Indian Hunkpapa odesłał posłańca do agencji, informując go, że rozważy sprawę przybycia do rezerwatu, ale i tak będzie mógł się tam udać dopiero na wiosnę.
Indianie Oglala pod wodzą Szalonego konia obozowali w zimie niedaleko miejscowości Bear Butte, w miejscu, gdzie Droga Złodziei zahaczała o teren Black Hills od strony północnej. Wiosną byłby to doskonały punkt do organizowania napadów na poszukiwaczy złota, którzy zakłócali spokój w Paha Sapa.
Gdy kurierzy z agencji dotarli przez śnieg do Szalonego konia, odparł im uprzejmie, że nie będzie mógł wyruszyć, zanim nie miną chłody.
- Było bardzo zimno - wspominał później jeden z Indian Oglala - wielu naszych ludzi i wiele koni zginęło w śniegu. Byliśmy w swym własnym kraju i nie robiliśmy nic złego.
Ultimatum wyznaczone na 31 stycznia było prawie równoznaczne z wypowiedzeniem wojny niezależnym Indianom i tak też zostało przez wielu z nich przyjęte.
1 lutego 1876 roku minister spraw wewnętrznych zawiadomili ministra wojny, że termin wyznaczony "wrogim Indianom" na to, by przybyli do swych rezerwatów, upłynął, i że wobec tego władzę nad nimi powierza armii, która postąpi zgodnie z tym, co uzna za stosowne w danych okolicznościach.
7 lutego 1876 rok Ministerstwo wojny upoważniło generała Sheridana, dowodzącego wojskami stanu Missouri, do wszczęcia działań przeciwko "wrogim Indianom Sioux, łącznie z bandami Siedzącego Bizona i Szalonego Konia".
8 lutego 1876 roku generał Sheridan rozkazał generałom Crookowi i Terry'emu rozpocząć przygotowania do operacji wojennych w okolicach źródeł rzek Powder, Tongue, Rosebud i Big Horn, "gdzie często przebywa Szalony Koń wraz ze swymi sprzymierzeńcami".
Mniej więcej w tym samym czasie mieszana grupa Indian Cheyenne Północnych i Indian Sioux Oglala opuściła Agencję Red Cloud i udała się nad rzekę Powder w nadziei upolowania kilku bizonów i antylop. W połowie marca połączyli się oni z pewną liczbą Indian nie należących do Agencji, obozujących kilka mil od miejsca, gdzie rzeka Little Powder wpada do rzeki Powder. Dwa Księżyce, Mały Wilk, Stary Niedźwiedź, Klonowe Drzewo i Biały Byk byli wodzami Indian Cheyenne. Niski Pies był wodzem Indian Oglala, a kilku jego wojowników pochodziło z leżącej dalej na północ wioski Szalonego Konia.
Gdy Biali na wschodzie usłyszeli o klęsce Custera, nazwali ja masakrą i zapałali wielkim gniewem. Postanowili ukarać wszystkich Indian na zachodzie. Ponieważ nie mogli ukarać Siedzącego Bizona i innych wodzów wojennych, Kongres zdecydował, aby ukarać tych Indian, których można było dosięgnąć, a więc tych, którzy pozostali w rezerwatach i nie brali udziału w walce.
17 marca 1876 roku o świcie wysunięty do przodu oddział wojsk Crooka pod dowództwem pułkownika Josepha J. Reynoldsa zaatakował bez ostrzeżenia spokojny obóz Indian. Nie obawiając się niczego we własnym kraju, Indianie pogrążeni byli we śnie, gdy dowodzona przez Jamesa Egana kawaleria na białych koniach uformowała szyk bojowy i wtargnęła do wioski, strzelając z pistoletów i karabinów. W tym samym czasie drugi oddział kawalerii napadł na lewe skrzydło obozu, a trzeci zabrał stado koni należące do Indian.
Pierwszą reakcją Indian było ukrycie jak największej liczby kobiet i dzieci przed żołnierzami, którzy bezładnie strzelali we wszystkich kierunkach.
- Starzy ludzie chwiejnym rokiem, potykając się, szli w poszukiwaniu schronienia przed kulami świszczącymi między namiotami - opowiadał potem Drewniana Noga. - Odważni wojownicy chwytali za broń, która im wpadła w ręce, i odpierali atak.
Gdy tylko ci, którzy nie brali działu w walce, ruszyli skalnym zboczem pod górę, wojownicy zajęli pozycje na występach skalnych lub za wielkimi głazami. W ten sposób utrzymywali żołnierzy w miejscu aż do czasu, gdy kobiety i dzieci przeprawiły się przez rzekę Powder.
- Z dala obserwowaliśmy niszczenie naszej wioski - opowiadał Drewniana Noga - nasze tipi palono wraz ze wszystkim, co się w nich znajdowało. Nic mi nie pozostało, prócz ubrania, które miałem na sobie.
Niebieski Kurtki zniszczyły całe zapasy suszonego w promieniach Słońca mięsa oraz siodła, a także uprowadzili prawie wszystkie koni, będąc w posiadaniu Indian, a szacowano ich liczb na 1200 lub może nawet 1500 sztuk. Gdy tylko zapadła ciemność, wojownicy powrócili na miejsca, gdzie obozowało wojsko, zdecydowani odzyskać skradzione koni. Dwa Księżyce opisał zwięźle to, co się wydarzyło:
- Tamtej noc żołnierze spali, pozostawiwszy konie po jednej stronie obozu. Doczołgaliśmy się tam, zabraliśmy konie i odeszliśmy.
Generał Crook był tak zły na pułkownika Reynoldsa za to, że pozwolił Indianom uciec z wioski i odebrać konie, że postawił go przed sądem wojskowym. W armii określono ten napad jako "atak na wioskę Szalonego konia", choć sam Szalony Koń znajdował się wówczas wiele mil na północny wschód. Tam też Dwa Księżyce i inni wodzowie poprowadzili swych bezdomnych ludzi w nadziei, że dostaną jedzenie i schronienie. Marsz trwał ponad trzy dni. Nocami temperatura utrzymywała się poniżej zera, a Indianie mieli bardzo mało jedzenia i zaledwie kilku z nich miało ubrania ze skór bizonich.
Szalony Koń gościnnie przyjął uchodźców. Odział ich i nakarmił, a także dał im miejsce w tipi należących do Indian Oglala.
- Cieszy mnie, że tu jesteście - powiedział do Dwóch Księżyców po wysłuchaniu relacji o tym, jak t niebieskie Kurtki plądrowały jego wioskę. - Zamierzamy nadal walczyć z Białymi.
- To dobrze - odparł Dwa Księżyce. - Też jestem gotów walczyć. Już walczyłem. Moi ludzie ginęli, konie moje zostały skradzione. Cieszę się, że będę walczył.
W marcu, gdy trawa była wysoka, a konie sile, Szalony Koń zwinął obóz i poprowadził Indian Oglala i Cheyenne na północ do ujścia rzeki Tongue, gdzie Siedzący Bizon i Indianie Hunkpapa przebywali w czasie zimy. Niedługo potem przybył Lame Deer z grupą Indian Minniconjou i poprosił o pozwolenie rozbicia w pobliżu obozu. Słyszeli już o marszu Niebieskich Kurtek przez tereny łowieckie Indian Sioux i chcieli być blisko potężnej grupy Indian Hunkpapa prowadzonych przez Siedzącego Bizona gdyby zaistniało jakieś niebezpieczeństwo.
Gdy się ociepliło, plemiona indiańskie rozpoczęły wędrówkę na północ w poszukiwaniu dzikiej zwierzyny i świeżej trawy. Po drodze dołączyły do nich grupy Indian Brule i Sans Arc i reszta Indian Cheyenne.
Na początku maja 1876 roku Indianie Hunkpapa odprawili swój coroczny Taniec Słońca. Siedzący Bizon tańczył przez trzy dni, zadawał sobie rany i wpatrywał się w Słońce, aż popadł w trans. W swej wizji usłyszał głos:
"Daję ci ich, gdyż nie mają oni uszu."
A gdy spojrzał w niebo, ujrzał żołnierzy spadających niczym koniki polne. Lecieli głowami w dół i gubili czapki. Spadali prosto na obóz Indian. Ponieważ Indianie wierzyli, że Biali nie mają uszu i nie potrafią słuchać, uważali, że Wakantanka daje tych żołnierzy Indianom, by ich zabili.
Kilka dni później grupa polujących Indian Cheyenne ujrzała kolumnę Niebieskich Kurtek obozujących nocą w dolinie rzeki Rosebud. Myśliwi przybyli do obozu, wydając głosy przypominające wycie wilków, co miało sygnalizować niebezpieczeństwo. To nadchodził Trzy Gwiazdy, który na swych przewodników wynajął Indian Crow i Shoshone.
Wodzowie indiańscy wprawili posłańców do swych wiosek i odbyli w pośpiechu naradę. Zdecydowano pozostawić mniej więcej połowę wojowników, by bronili wioski, podczas gdy reszta miała wyruszać na noc w drogę i rankiem zaatakować żołnierzy. Około tysiąc Indian Sioux i Cheyenne stanęło gotowych do boju. Wyruszyło z nimi kilka kobiet, które miały pomagać w trzymaniu zapasowych koni. Dowództwo objął Siedzący Bizon, Szalony Koń i Dwa Księżyce. Tuż przed brzaskiem rozsiodłali konie i odpoczywali przez chwilę, potem oddalili się od rzeki i przejechali przez wzgórza.
Wysługujący się białym zwiadowcy Indian Crow powiedzieli generałowi o wiosce Indian Sioux rozbitej nad rzeką Rosebud i dlatego też wczesnym rankiem dowódca Niebieskich Kurtek wyprawił ich w tamtym kierunku na zwiady. Gdy wyjechali zza wzgórza, wpadli między wojowników Indian Sioux i Cheyenne, którzy puścili się za nimi w pościg, lecz wkrótce nadeszli żołnierze i Indianie zaprzestali pogoni.
Szalony Koń długo czekał na moment, w którym mógłby zmierzyć swe siły z wojskiem. Przez wszystkie lata od czasu Masakry Fettermana pod Fort Phil Kearny studiował taktykę wojenną. Ilekroć udawał się do krainy Black Hills, by oczekiwać tam wizji, prosił Wakantankę, by natchnął go tajemniczą siłą, która pozwoliłaby mu poprowadzić wojowników Indian Oglala do zwycięstwa, gdyby Biali znowu przybyli i rozpoczęli wojnę przeciwko jego ludziom.
Tego dnia, 17 czerwca 1876 roku, Szalony Koń śnił o prawdziwym świecie i pokazał wojownikom Indian Sioux, jak należy robić wiele rzeczy, których nigdy przedtem nie robili idąc do walki z żołnierzami. Gdy Crook wysłał do ataku konnicę, zamiast wyjść naprzeciw kulom, Indianie Sioux uderzyli na skrzydła wojska, atakując słabe punkty. Szalony Koń polecił wojownikom, by pozostali na koniach i byli w ciągłym ruchu. Gdy Słońce znajdowało się w najwyższym punkcie, żołnierze byli już zaangażowani w trzy oddzielne potyczki. Niebieskie Kurtki przyzwyczajone były do uderzenia silnym frontem, dlatego też Szalony koń uniemożliwił im prowadzenie tego typu walki, w wyniku czego w szeregach ich zapanowała dezorientacja. Częste wypady Indian Sioux na szybkich koniach sprawiły, że żołnierz nie mogli pozostawać razem w zwartych szeregach i musieli ciągle przybierać pozycje obronną. Gdy ogień karabinów Niebieskich Kurtek stawał się zbyt gorący, Indianie Sioux wycofywali się, skłaniając grupy żołnierzy do pościgu, a następnie gwałtownie je atakując.
Indianie Cheyenne również wyróżnili się tego dnia w walce, zwłaszcza w prowadzeniu niebezpiecznych wypadów. Najdzielniejszym z nich okazał się Wódz Ukazuje Się. Niestety, gdy po jednym z wypadów podjechał w stronę skrzydła wojska, koń jego został zastrzelony tuż przed linią żołnierzy Białych. Natychmiast jednak jakiś inny koń z jeźdźcem przygalopował z szeregów Indian Cheyenne i podjechał tak, by ochronić współplemieńca przed ogniem karabinów. Chwilę później Wódz Ukazuje Się znalazł się na koniu tuż za jeźdźcem. A była to siostra wodza o imieniu Kobieta Ścieżka Młodych Bizonów, która przybyła, aby pomagać przy koniach. Dlatego też Indianie Cheyenne na zawsze zapamiętali tę bitwę jako Bitwę W Której Dziewczyna Uratowała Swego Brata. Bili natomiast nazwali ten bój Bitwą Nad Rosebud.
Gdy Słonce zniżało się ku zachodowi, walka dobiegała końca. Indianie wiedzieli, że dali dobą nauczkę żołnierzom, lecz dopiero następnego ranka dowiedzieli się, że naprawdę zwyciężyli. O brzasku, gdy zwiadowcy Indian Sioux i Cheyenne jechali wzdłuż grzbietu górskiego, ujrzeli kolumnę Niebieskich Kurtek wycofujących się daleko na południe. Generał Crook wracał do swej bazy nad Goose Creek, aby tam czekać na posiłki lub wiadomości od Gibbona, Terry'ego lub Custera. Indianie nad Rosebud okazali się zbyt wielką siłą jak na jedną kolumnę wojska.
Po Bitwie Nad Rosebud wodzowie indiańscy postanowili przenieść się na zachód w dolinę rzeki Little Big Horn. Zwiadowcy przywieźli z zachodu wieści o wielkich stadach antylop. Powiedzieli też, że jest tam mnóstwo trawy dla koni. Wkrótce na przestrzeni trzech mil wzdłuż rzeki Little Big Horn wyrosły obozy w kształcie kręgów. Nikt nie mógł dokładnie określić, ile wynosiła liczba znajdujących się tam Indian, lecz nie mogło ich być mnie niż 10000, w tym trzy lub cztery tysiące wojowników.
- Była to wielka wioska i z trudnością można było policzyć tipi - wspominał później Czarny Wapiti.
Dalej na południe znajdował się obóz Indian Hunkpapa. Za nimi znajdowali się Indianie Sans Arc, Minniconjou, Oglala i Brule. Na północy usytuowali się Indianie Cheyenne.
Był już początek czerwca 1876 roku i dni były wystarczająco ciepłe, by młodzi chłopcy mogli pływać w rzece, do której spływała woda z topniejącego śniegu. Myśliwi wyjeżdżali na polowanie w kierunku gór Big Horn, gdzie można było czasem spotkać stada bizonów i antylop. Kobiety wykopywały brasję. Co noc jeden, lub kilka kręgów plemiennych, odprawiało tańce, a wodzowie spotykali się na naradach.
- Wśród wodzów poszczególnych grup panowała równość - powiedział Drewniana Noga. - Tylko jeden z nich został wyniesiony ponad innych. Był nim Siedzący Bizon. Uważano go za naczelnego wodza wszystkich obozów.
Siedzący Bizon nie uważał, aby zwycięstwo nad rzeką Rosebud było wypełnieniem się jego przepowiedni o żołnierzach spadających na obóz Indian. Mimo to jednak od czasu wycofania się wojsk Trzech Gwiazd myśliwi nie zauważyli żadnych Niebieskich kurtek na terenie pomiędzy rzeką Powder i Big Horn.
Aż do 24 czerwca 1876 roku Indianie nie wiedzieli, że Custer posuwa się wzdłuż rzeki Rosebud. Następnego jednak już ranka zwiadowcy donieśli, że żołnierze przekroczyli ostatnie wzniesienie między Rosebud a obozem Indian i maszerują w stronę rzeki Little Big Horn.
Wiadomość o zbliżaniu się Custera dotarła do Indian różnymi drogami.
- Wraz z kilkoma kobietami wykopywaliśmy korzenie brasji niedaleko domu - opowiadał Czarny Koń, jeden z wodzów Indian Sioux. - Nagle jedna z nich zwróciła moją uwagę na tuman kurzu unoszący się w pobliżu obozu. Wkrótce zauważyłem, że żołnierze szarżują na obóz. Pobiegłem tam z kobietami. Gdy się już tam znalazłem, ktoś mi powiedział, bym pospieszył do namiotu, w którym odbywały się narady. Żołnierze atakowali tak szybko, że nie mieliśmy czasu na podjęcie decyzji. Wyszliśmy z namiotu i wydawaliśmy rozkazy. Wojownicy mieli dosiąść koni, wziąć broń i stanąć do walki z wojskiem. Kobiety i dzieci miały na koniach uchodzić przed niebezpieczeństwem.
Pte-San-Waste-Win, kuzynka Siedzącego Bizona, była jedną z kobiet, które tamtego ranka kopały korzenie brasji. Powiedziała, że gdy po raz pierwszy ujrzała żołnierzy, znajdowali się w odległości sześciu lub ośmiu mil;
- Widzieliśmy błyski szabli, widzieliśmy też, że było ich bardzo wielu.
Byli to żołnierze z batalionu Custera. Indianie zdali sobie sprawę z niespodziewanego ataku majora Reno na południową część obozu dopiero wówczas, gdy usłyszeli strzały od strony namiotów Indian Sioux Blackfoot.
Czarny Wapiti, trzynastoletni chłopiec Indian Oglala, pływał ze swymi towarzyszami w rzece Little Big Horn. Słońce było już wysoko na niebie i robiło się bardzo gorąco, gdy usłyszał krzyki w wiosce Indian Hunkpapa:
- Zbliżają się! Atakują!
Ostrzeżenie to powtarzane było przez obwoływacza Indian Oglala i Czarny Wapiti słyszał ten okrzyk rozlegający się od strony, w której znajdowali się Indianie Cheyenne.
Niski Pies, wódz Indian Oglala, usłyszał to samo ostrzeżenie;
- Nie wierzyłem. Sądziłem, że to jest fałszywy alarm. Nie myślałem, że to możliwe, by jakikolwiek biały nas zaatakował. Byliśmy tak silni.. Choć nie wierzyłem, by to był alarm prawdziwy, nie tracąc ani chwili przygotowałem się do walki. Gdy wziąłem broń i wyszedłem z namiotu, rozpoczął się już atak w tym końcu obozu, gdzie był Siedzący Bizon i Indianie Hunkpapa.
Żelazny Piorun znajdował się w obozie Indian Minniconjou;
- Nic nie wiedziałem o szarży wojska kapitana Reno aż do moment, gdy żołnierze byli tak blisko, że w obozie świstały kule i zapanowało wielkie zamieszanie. Konie były tak wystraszone, że nie mogliśmy ich złapać.
Wroni Król, który był w obozie Indian Hunkpapa, powiedział, że żołnierze Reno zaczęli strzelać z odległości mniej więcej czterystu jardów. Indianie Hunkpapa i Sioux Blackfoot wycofywali się powoli pieszo, by dać kobietom i dzieciom czas na udanie się do bezpiecznej kryjówki;
- Inni Indianie wzięli nasze konie. Mieliśmy dać wojowników, by uderzyć na Białych.
Blisko obozu Indian Cheyenne, 3 mile na północ, Dwa Księżyce poił akurat swoje konie;
- Wymyłem je zimną wodą, a potem sam wszedłem do wody. Przybyłem pieszo do obozu. Gdy znalazłem się blisko namiotu, spojrzałem w górę rzeki Little Big Horn, w stronę obozu Siedzącego Bizona. Ujrzałem wielki tuman kurzu. Wyglądało to jak trąba powietrzna. Wkrótce przygalopował Indianin Sioux krzycząc; Nadeszli żołnierze! Pełno żołnierzy Białych!
Dwa Księżyce kazał wojownikom Indian Cheyenne, by dosiedli swych koni, a kobietom polecił znalezienie schronienia poza wioską;
- Pojechałem szybko w stronę obozu Siedzącego Bizona. Wówczas zauważyłem żołnierzy Białych walczących w szyku; Indianie pokrywali całą równinę. Zaczęli wprowadzać zamieszanie wśród wojska. Wszyscy strzelali bezładnie. Powietrze pełne było dymu i pyłu. Ujrzałem żołnierzy wpadających do rzeki niczym uciekające bizony.
Wodzem, który przybył Indianom na pomoc i odparł natarcie Reno, był muskularny Indianin Hunkpapa o szerokiej piersi, noszący imię Żółć.
Pierwsze natarcie Reno zaskoczyło kilka kobiet i dzieci na otwartej przestrzeni, a świszczące ku kawalerii zmiotły rodzinę Żółć.
- To napełniło złem me serc - powiedział Żółć kilka lat później pewnemu dziennikarzowi. - Po tym wydarzeniu zabiłem wszystkich moich wrogów siekierą.
Opis taktyki, ją Żółć zastosował w walce z żołnierzami Reno, opisał w sposób niezwykle zwięzły:
- Siedzący Bizona i ja znajdowaliśmy się w punkcie, w którym Reno zaatakował. Siedzący Bizon posiadał wielką siłę magiczną. Kobiety i dzieci zostały w pośpiechu przewiezione w dół strumienia. łapały konie dla młodych wojowników, by mogli na nich ruszyć do ataku, odeprzeć natarcie Reno i zapędzić go do lasu.
Żółć odparł atak skrzydła wojska Reno i wypędził żołnierzy do lasu, a następnie zmusił ich do ucieczki w popłochu. W efekcie umożliwiło mu to zorganizowanie ataku frontalnego na kolumnę Custera przy udziale setek wojowników, podczas gdy Szalony Koń i Dwa Księżyce atakowali skrzydła i tyły wojska.
Tymczasem Pt-San-Waste-Win i inne kobiety w napięciu obserwowały oddział Custera przeprawiający się przez rzekę;
- Słyszałam głos trąbki wojskowej i widziałam, jak kolumna żołnierzy zawróciła w lewo, by pomaszerować w dół rzeki, gdzie miał nastąpić atak. Wkrótce ujrzałam wielu Indian Cheyenne wjeżdżających konno do rzeki, a następnie ludzi z naszej grupy, aż w końcu w rzece znalazły się setki wojowników podążających w stronę parowu. Gdy już kilkuset wojowników przeszło przez rzekę i udało się do parowu, inni, którzy pozostali, a których było jeszcze bardzo wielu, cofnęli się do rzeki i oczekiwali ataku. Wiedziałam, że całe setki wojowników Indian Sioux są ukryte w parowie za wzgórzem, którym maszerował Długie Włosy, i że zostanie on zaatakowany z dwóch stron.
Zabić Orła, wódz Indian Sioux Blackfoot, opowiadał później, że natarcie Indian na kolumny Custera było "jak huragan.. Przypominali pszczoły wyrojone z ula".
Garb, Indianin Minniconjou, powiedział, że pierwszy masowy atak Indian spowodował zamieszanie w szeregach wojsk długowłosego wodza;
- W czasie pierwszego uderzenia Indian koń mój został zastrzelony, a ja sam zraniony w udo kulą, która wyszła w okolicach biodra. Upadłem i leżałem.
Wroni król powiedział:
- Pierwsza grupa naszych wojowników zbliżała się do ich frontu i pognaliśmy na nich nasze konie. Jednocześnie wojownicy podjechali do szeregów wojska z boków tak, że żołnierze zostali okrążeni.
- Dym wystrzałów i kurz wzbijany przez konie zasnuł wzgórze - opowiadała Pte-San-Waste-Win. - Żołnierze oddawali masę strzałów, ale Indianie Sioux strzelali celnie i Biali padli martwi. Kobiety przeszły przez rzekę za mężczyznami z naszej wioski i gdy doszliśmy do wzgórza, nie żył już ani jeden żołnierz, a wśród zabitych znajdował się również Długie Włosy. Krew naszych ludzi była gorąca, a serca pełne gniewu, dlatego też nie brali oni jeńców.
Wroni Król powiedział, że wszyscy żołnierze zsiedli z koni, gdy tylko zostali otoczeni przez Indian;
- Próbowali utrzymać swe konie, lecz gdy podeszliśmy bliżej, wypuścili je. Zagnaliśmy Białych w kierunku naszego obozu i pozabijaliśmy wszystkich. Trzymali się w szyku i walczyli jak dzieleni wojownicy, dopóki wszyscy nie zginęli.
Według słów Czerwonego Konia w ostatniej fazie walki z Custerem żołnierze zaczęli zachowywać się jak szaleńczy. Wielu z nich rzucało broń i wznosząc ręce do góry mówiło;
- Indianie Sioux, miejcie nad nami litość, weźcie nas do niewoli!
Wojownicy nie wzięli do niewoli ani jednego jeńca. Zabili wszystkich. Żaden z nich nie żył dłużej niż kilka minut.
Długo po tej bitwie Biały Byk z plemienia Indian Minniconjou narysował cztery obrazki, na których przedstawił siebie walczącego wręcz i zabijającego żołnierza, którym okazał się Custer. Wielu Indian, którzy opowiadali o tej bitwie, twierdziło, że nigdy nie widzieli Custera, i utrzymywali, że nie wiedzą, kto go zabił.
- Nie wiedzieliśmy do czasu zakończenia bitwy, że to on był dowódcą Białych - oświadczył Niski Pies.
Podczas wywiadu, którego udzielił w Kanadzie rok po bitwie, Siedzący Bizon powiedział, że nigdy nie widział Custera, lecz że inni Indianie widzieli go i rozpoznali tuż przed śmiercią.
- Nie miał wówczas swych długich włosów, które nosi przedtem - twierdził Siedzący Bizon. - Jego włosy były krótkie. Miały kolor trawy pokrytej szronem. Gdy nadeszła już ostatnia chwila, Długie Włosy stał jak kukurydza, z której opadły wszystkie kolby.
Lecz Siedzący Bizon nie powiedział, kto zabił Custera.
Jeden z wojowników Indian Arapaho, który jechał z grupą Indian Cheyenne, twierdził, że Custer poniósł śmierć z rąk kilku Indian;
- Był ubrany w skórę kozła, płaszcz i spodnie, i stał na czworakach. Miał przestrzelony bok i z ust jego płynęła krew. Wydawało się, że obserwuje Indian. Wokół niego siedziało czterech żołnierzy, lecz wszyscy byli ciężko ranni. Pozostali żołnierze leżeli na ziemi. Następnie Indianie otoczyli go ciasnym kręgiem i nic już więcej nie widziałem.
Bez względu na to, kto go zabił, Długie Włosy, który przeprowadził Drogę Złodziei przez Black Hills, już nie żył wraz ze swymi ludźmi. Jednak żołnierze Reno, wspierani przez siły majora Fredericka Benteena, okopali się na jednym ze wzgórz nieco dalej w dół rzeki. Indianie okrążyli wzgórze i obserwowali żołnierzy przez całą noc, a następnego ranka ponownie na nich natarli. W dzień zwiadowcy wysłani przez wodzów wrócili z ostrzeżeniem: w kierunku Little Big Horn maszeruje coraz więcej wojska.
Po naradzie postanowiono zwinąć obóz. Wojownicy zużyli większość amunicji i wiedzieli, że byłoby nierozsądne próbować walczyć z taką siłą żołnierzy przy pomocy łuków i strzał. Kobietom polecono spakować dobytek i przed zachodem Słońca Indianie wyruszyli w górę doliny, w kierunku gór Big Horn. Po drodze poszczególne plemiona odłączały się od całej grupy i ruszały każde w swoją stronę.
22 lipca 1876 roku powierzono generałowi Shermanowi najwyższą władzę wojskową nad wszystkimi rezerwatami w krainie Indian Sioux i polecono mu traktować znajdujących się tam Indian jako jeńców wojennych.
15 sierpnia 1876 roku Kongres USA podjął nową uchwałę; żądano od Indian zrzeczenia się wszelkich praw do Krainy Red Powder i Black Hills. Uczyniono to lekceważąc układ z 1868 roku i twierdząc, że Indianie go pogwałcili wdając się w wojnę ze Stanami Zjednoczonymi. Indianom trudno było to zrozumieć, ponieważ nie zaatakowali oni pierwsi wojska, nie zrobili tego również ci, którzy podążali za Siedzącym Bizonem - dopóki Reno na rozkaz Custera nie zaatakował wiosek Indian Sioux.
Aby utrzymać żyjących w rezerwatach Indian w spokoju, prezydent USA wysłał we wrześniu 1876 roku nową komisję, by obietnicami i pogróżkami uspokoiła wodzów i wymogła na nich podpisy na dokumentach, na mocy których bezcenne bogactw Black Hills miał zostać oddane na własność Białym. Kilku członków komisji miało już duże doświadczenie w grabieży indiańskiej ziemi, zwłaszcza Newton Edmunds, biskup Henry Whipple i pastor Samuel D. Hinman. W Agencji Red Cloud biskup Whipple otworzył zebranie modlitwą, a następnie przewodniczący George Manypenny przeczytał warunki postawione przez Kongres. Ponieważ były one sformułowane zawiłym prawniczym językiem, biskup Whipple próbował wyjaśnić je językiem bardziej zrozumiałym, by tłumacze mogli to przełożyć na indiański;
- Przez wiele lat miałem w swym sercu ciepłe uczucie w stosunku do czerwonoskórych. Przybyliśmy tu z wiadomością od Wielkiego Ojca. Są pewne sprawy, o których powiemy wam cytując dokładnie jego słowa. Nie możemy ich zmienić. Gdy Wielka Rada ustanowiła kredyty przeznaczone na zaopatrywanie was w różne towary, ustaliła też warunki. Trzy warunki. I jeśli się na nie nie zgodzicie, nie otrzymacie już kredytów od Kongresu. Warunki te ą następujące; po pierwsze; zrzeknijcie się krainy Black Hills i krainy położonej dalej na północ. Po drugie; będziecie otrzymywać swój racje nad rzeką Missouri. Po trzecie; Wielki Ojciec otrzyma od was pozwolenie na wybudowanie trzech dróg od rzeki Missouri przez rezerwat Black Hills -. Wielki Ojciec powiedział, że serc jego pełne jest czułości w stosunku do jego czerwonych dzieci, i powołał komisję złożoną z przyjaciół Indian tak, aby mogła ona opracować, na jego polecenie, plan, który pozwoli na uchronienie narodu indiańskiego przed zagład. Zamiast wymierać powoli aż do momentu, w którym ostatni Indianin ujrzy swój własny grób, mogą oni, tak jak Biali, stać się wielkim i potężnym narodem.
Słuchaczom biskupa Whipple'a dziwna wydała się ta forma ochrony narodu indiańskiego, czyli poprzez odebranie mu Black Hills, wraz z terenami łowieckimi, i wygnanie go daleko, nad rzekę Missouri. Większość wodzów wiedziała, że jest już za późno, by ratować Black Hills, lecz silnie protestowali przeciwko przeniesieniu rezerwatów nad rzekę Missouri.
- Myślę, że jeśli moi ludzie się tam przeniosą - powiedział Czerwona Chmura - zginą wszyscy. Jest tam wielu złych ludzi i zła whisky i dlatego nie chcę tam iść.
Bez Serca powiedział, że Biali zniszczyli już krainę rzeki Missouri i że wobec tego Indianie nie mogą tam zamieszkać.
- Można jechać w dół i w górę Missouri i nie ujrzeć ani jednego drzewa - stwierdził. - Widzieliście zapewne, jakie mnóstwo ich tam było, ale wszystko zniszczyli ludzie Wielkiego Ojca.
- Zaledwie sześć lat minęło od czasu, gdy przybyliśmy tu, by zamieszkać nad strumieniem - powiedział Czerwony Pies - i nie uczyniono niczego, co nam obiecano.
Inny wódz wspomniał, że od czasu, gdy Wilki Ojciec zapewnił ich, że nigdy nie zostaną przewiezieni na inne tereny, zmienili miejsce pobytu aż pięć razy.
- Myślę, że może lepiej przyczepić Indianom koła - powiedział ironicznie - a wówczas będziecie mogli z łatwością przewozić ich tam, gdzie sobie życzycie.
Cętkowany Ogon oskarżył rząd i komisarzy o zdradę Indian, o łamanie obietnic i fałszywe słowa;
- Ta wojna nie zrodziła się tu, w naszym kraju, została do nas przywieziona przez dzieci Wielkiego Ojca, które przyszły tu, by odebrać nam nasza bezcenną ziemię i by czynić tu wiele zła - Ta wojna została spowodowana rabunkiem - rabunkiem naszej ziemi.
Cętkowany Ogon był zdecydowanie przeciwny przeniesieniu rezerwatu nad rzekę Missouri i powiedział komisarzom, że nie podpisze się pod dokumentem stwierdzającym zrzeczenie się Black Hills przez Indian aż do momentu, gdy będzie mógł udać się do Waszyngtonu i porozmawiać z Wielkim Ojcem.
Komisarze dali Indianom tydzień czasu na przedyskutowanie tych warunków, lecz wkrótce stało się jasne, że Indianie nie zamierzają niczego podpisać. Wodzowie podkreślili, że wszelkie zmiany w traktacie z 1868 roku wymagają podpisu trzech czwartych wszystkich dorosłych mężczyzn Indian Sioux, gdy tymczasem ponad połowa wojowników znajdowała się na północy z Siedzącym Bizonem i Szalonym Koniem. W odpowiedzi na to komisarze wyjaśnili, że Indianie znajdujący się poza rezerwatami są wrogami Białych, a traktat uwzględnia jedynie Indian nastawionych przyjaźnie. Większość wodzów nie zaakceptowała takiego tłumaczenia. Aby przełamać opozycję, komisarze niedwuznacznie napomknęli o tym, że jeśli Indianie nie podpisz nowych warunków, Wielka Rada w swym gniewie wstrzyma natychmiast wszelkie racje, przeniesie Indian na Terytorium Indiańskie na południe, a wojsko ich rozbroi i pozbawi koni.
Nie było wyjścia. Black Hills zostały Indianom skradzione. Nie mieli już też bogatej w zwierzyn krainy Red Powder. Bez racji żywnościowych otrzymywanych od rządu i bez zwierzyny łownej będą skazani na głód. Myśl o przeniesieniu się daleko na południe do nie znanego kraju wydawała się nieznośna, a jeśli jeszcze wojsko odbierze im broń i konie, przestaną być mężczyznami.
Czerwona Chmura i podlegli mu wodzowie złożyli podpisy pierwsi, a następnie uczynił to Cętkowany Ogon wraz ze swymi ludźmi. Potem komisarze udali się po kolei do Agencji Standing Rock, Cheyenne River, Crow Creek, Lower Brule i Santee i nieustępliwie nakłaniali inne plemiona Indian Sioux do składania podpisów. W ten sposób Paha Sapa wraz ze swymi duchami i tajemnicami, wielkimi lasami sosnowymi i krociem dolarów w złocie przeszła na zawsze z rąk Indian pod panowanie Stanów Zjednoczonych.
W cztery tygodnie po tym, jak Czerwona Chmura i Cętkowany Ogon dotknęli piórem papieru, osiem kompanii kawalerii, pod dowództwem Mackenziego, wymaszerowało z Fort Robinson, by udać się do rezerwatu. Na rozkaz Ministerstwa Wojny przybył tam Mackenzie, by Indianom zamieszkującym rezerwaty odebrać konie i broń. Wszystkich mężczyzn aresztowano, przeszukano i zwinięto namioty, zabrano broń i spędzono wszystkie konie. Mackenzie dał kobietom pozwolenie na użycie koni do transportu całego dobytku do Fort Robinson. Mężczyznom, w tym również Czerwonej Chmurze (i innym wodzom) kazano iść pieszo. Od tego momentu plemię to miało żyć w Fort Robinson pod straż wojska i karabinów.
Następnego ranka, by poniżyć jeszcze bardziej i tak już pokonanych jeńców, Mackenzie obdarował kompanię zwiadowców z plemienia Indian Pawnee końmi zdobytymi na Indianach Sioux.
Późnym latem 1876 roku wzmocniona kolumna generała Crooka zaczęła cierpieć na brak żywności w krainie rzeki Heart w Dakocie. Z tego też powodu została zmuszona do marszu na południe w celu zdobycia żywności w obozach poszukiwaczy złota w Black Hills. 9 września 1876 roku, w pobliżu Slim Buttes, przedni oddział pod dowództwem kapitana Ansona Millsa natknął się na wioskę Amerykańskiego Konia zamieszkiwaną przez Indian Oglala i Minniconjou. Indianie ci opuścili obóz Szalonego Konia nad Grand River kilka dni wcześniej i byli w drodze na południe do swego rezerwatu, by spędzić tam zimę. Kapitan Mills ich zaatakował, lecz Indianie Sioux odparli natarcie, a gdy Mills oczekiwał na przybycie Crooka, uciekli wszyscy Indianie, z wyjątkiem Amerykańskiego Konia, czterech wojowników i piętnastu kobiet i dzieci, którzy zostali uwięzieni w grocie przy końcu małego kanionu.
Gdy przybył Crook z główną kolumną, ustawił żołnierzy na pozycjach, z których mogli oddawać salwy prosto w wylot groty. Amerykański Koń i pięciu jego wojowników odpowiedziało ogniem z karabinów. W ciągu kilkugodzinnej utarczki dwóch żołnierzy zostało zabitych a dziewięciu rannych. Wtedy Crook wysłał zwiadowcę, Franka Grouarda, by nakłonił Indian do poddania się. Grouard, który uprzednio mieszkał wśród Indian Sioux, przemówił do nich w ich rodzimym języku. Indianie powiedzieli, że wyjdą stamtąd, o ile będzie im obiecane, że nikt ich nie zabije. Gdy taka obietnicę dostali, to wyszli z ukrycia.
Amerykański Koń, dwóch wojowników, pięć kobiet i kilkoro dzieci wyczołgało się z groty - pozostali nie żyli lub byli ciężko ranni, by móc się poruszać.
- Trzymał swe wnętrzności w rękach, gdy wychodził - powiedział Grouard. - Wyciągnął jedną z zakrwawionych rak i wymieniliśmy uścisk dłoni.
Kapitan Mills znalazł małą dziewczynkę w wieku trzech lub czterech lat, która ukrywała się w wiosce.
- Skoczyła i uciekła jak kuropatwa - mówił. - Żołnierze złapali ją i przyprowadzili do mnie.
Mills uspokoił dziewczynkę i dał jej coś do jedzenia, a następnie poprosił swego ordynansa, by zaprowadził ją do groty, z której wychodzili Indianie. Wśród tych, którzy zginęli, znajdowały się dwie kobiety. Czoła ich były zakrwawione i pokryte wieloma ranami.
- Dziewczynka zaczęła krzyczeć i wyrywać się, wówczas ordynans posadził ją na ziemi. Wtedy podbiegła i objęła jedną ze zmarłych, która okazała się ej matką. Powiedziałem adiutantowi Lemly'emu, że skoro zamordowałem jej matkę, chciałbym ją zaadoptować.
Przybył lekarz wojskowy, by zbadać ranę amerykańskiego Konia i stwierdził, że jest śmiertelna. Wódz usiadł przed ogniskiem, okrywając swój rozerwany brzuch kocem, aż wreszcie stracił przytomność i umarł.
Crook rozkazał kapitanowi Millsowi przygotować ludzi do dalszego marszu w kierunku Black Hills.
- Zanim wyruszyliśmy - powiedział Mills - adiutant Lemly spytał mnie, czy rzeczywiście zamierzam wziąć ze sobą tę dziewczynkę. Powiedziałem, że tak, na co zauważył: No dobrze, a czy pan sądzi, że to się spodoba pani Mills? Wówczas po raz pierwszy rozważyłem tę sprawę z tego punktu widzenia i postanowiłem dziecko pozostawić tam, gdzie je znalazłem.
Gdy generał Crook zniszczył wioskę Amerykańskiego Konia, ci Indianie Sioux, którzy zdołali uciec, ruszyli w drogę do obozu Siedzącego Bizona i opowiedzieli mu o napaści. Siedzący Bizon i Żółć, wraz z sześciuset wojownikami, natychmiast pospieszyli na odsiecz Amerykańskiemu koniowi. Przybyli jednak za późno. Siedzący Bizon zorganizował wprawdzie atak na żołnierzy Crooka, ale jego wojownicy mieli tak mało amunicji, że niebieskie Kurtki odparły natarcie jedynie przy pomocy żołnierzy znajdujących się na tyłach kolumny, podczas gdy główne siły maszerowały nieprzerwanie w stronę Black Hills.
Gdy wojsko się oddaliło, Siedzący Bizon i jego wojownicy pojechali do zdewastowanej wioski Amerykańskiego Konia, udzieli pomocy tym, którzy przetrwali, i pochwali zamordowanych.
- Cóż takiego robimy, co nie podoba się Białym? - Pytał Siedzący Bizon. - Przenosimy się ciągle z miejsca na miejsce, ale oni wszędzie nas ścigają.
Próbując możliwie najbardziej oddalić się od żołnierzy, Siedzący Bizon poprowadził swych ludzi na północ, wzdłuż rzeki Yellowstone, gdzie znajdowały się bizony.
W listopadzie 1876 roku Żółć wyjechał na polowanie z grupą myśliwych i natknął się na karawanę wojskowych wozów jadających przez krainę Yellowstone. Żołnierze więźli dostawy do nowego fortu, który budowano w miejscu, gdzie rzeka Tongue wpada do rzeki Yellowstone.
Wojownicy Żółci zastawili pułapkę na karawanę w pobliżu Glendive Creek i uprowadzili 60 mułów. Gdy tylko Siedzący Bizon dowiedział się o karawanie wozów i o nowym forcie, posłał po Johnn'ego Brughiere'a, Metysa, który przyłączył się do jego obozu. Brughiere umiał pisać, więc Siedzący Bizon poprosił go, by napisał na papierze kilka słów, które zamierzał powiedzieć dowódcy żołnierzy:
"Chcę wiedzieć, co robicie na tej drodze. Płoszycie bizony. Chcę tu polować. Chcę, byście stąd zawrócili. Jeśli tego nie zrobicie, znów będę z wami walczył. Chcę, bycie pozostawili tutaj to, co stąd zabieracie, i byście się wycofali. Jestem waszym przyjacielem."
Gdy porucznik Elwell Otis, dowodzący karawaną wozów, otrzymał tę wiadomość, wyprawił do Siedzącego Bizona zwiadowcę z odpowiedzią. Otis informował, że żołnierze udają się do Fort Keogh i że przybędzie ich jeszcze więcej. Jeśli Siedzący Bizon chce walki, żołnierze chętnie się na to zgodzą.
Siedzący Bizon nie chciał walczyć, chciał jedynie, by go zostawiono w spokoju i pozwolono mu polować na bizony. Wysłał wojownika z białą flagą, prosząc o rozmowę z dowódcą. Przez ten czas zwiększyła się liczba żołnierzy eskortujących karawanę. Przybył między innymi pułkownik Nelson Miles. Ponieważ Miles poszukiwał Siedzącego Bizona od lata, natychmiast zgodził się na rozmowę.
Spotkanie odbyło się 22 października 1876 roku, w miejscu znajdującym się pomiędzy linią żołnierzy a linią wojowników. Miles był eskortowany przez oficera i pięciu żołnierzy. Siedzący Bizon zaś przez jednego z wodzów i pięciu wojowników. Dzień był bardzo zimno i Miles miał na sobie długi płaszcz obszyty niedźwiedzim futrem. Gdy tylko Indianie go ujrzeli, dali mu imię Niedźwiedzi Płaszcz.
Nie było żadnych wstępnych przemówień, nie było też palenia fajki pokoju. Jako tłumacz wystąpił Johnny Brughiere. Niedźwiedzi Płaszcz zaczął rozmowę od oskarżenia Siedzącego Bizona o ciągłe przeciwstawianie się Białym. Siedzący Bizon przyznał, że nie sprzyja Białym, lecz i nie jest im wrogi, kiedy pozwalają mu żyć w pokoju. Niedźwiedzi Płaszcz chciał wiedzieć, co Siedzący Bizon porabia w kraju Yellowstone. Choć pytanie było niedorzeczne, wódz Indian Hunkpapa odpowiedział uprzejmi, że poluje na bizon, by nakarmić i ubrać swych ludzi. Wówczas Niedźwiedzi Płaszcz napomknął o rezerwacie dla Indian Hunkpapa, lecz Siedzący Bizon to zignorował i powiedział, że zimę spędzi w Black Hills. W czasie tej rozmowy nie osiągnięto żadnego porozumienia. Niedźwiedzi Płaszcz i Siedzący Bizon postanowili jednak spotkać się ponownie nazajutrz.
W trakcie następnego potkania powstało wiele nieporozumień. Siedzący Bizon zaczął od stwierdzenia, że nie występował przeciwko wojsku aż do momentu, gdy żołnierze przybyli, by z nim walczyć. Obiecał też, że walki ustaną, jeśli tylko Biali wycofają z krainy Indian swe wojsko i zlikwidują forty. Niedźwiedzi Płaszcz powiedział, że pokój może nastąpić jedynie wówczas, gdy wszyscy Indianie Sioux znajdą się w rezerwatach. Rozgniewało to Siedzącego Bizona. Oświadczył, że Wielki duch stworzył go wolnym Indianinem, a nie niewolnikiem, przywiązanym do rezerwatu. Nie zamierza godzić się na takie życie. Szorstko zakończył swe wystąpienie, wyszedł i udał się do wojowników. Rozkazał im, by się rozproszyli, ponieważ przewiduje, że żołnierze Niedźwiedziego Płaszcza będą próbowali ich napaść. Rzeczywiście wojsko otworzyło ogień i raz jeszcze Indianie Hunkpapa musieli uciekać, przenosząc się w coraz to nowe miejsca.
Zimą 1876 roku generał Crook poszukiwał Szalonego Konia. Tym razem Crook zgromadził wielką armię, w skład której wchodziła kawaleria, piechota i artyleria. Zabrał też 168 wozów z zapasami żywności, a proch i amunicję miało transportować 400 jucznych mułów. Potężna kolumna posuwała się przez krainę rzeki Powder, zmiatając z drogi wszystkich napotkanych Indian.
W poszukiwaniu Szalonego Konia żołnierze natknęli się najpierw na wioskę Indian Cheyenne, gdzie wodzem był Tępy Nóż. Większość zamieszkałych tam ludzi brała udział w bitwie nad Little Big Horn. Uciekli oni z Agencji Red Cloud w poszukiwaniu żywności po tym, jak wojsko objęło tam rządy i wstrzymało wydawanie racji. Generał Crook wysłał Mackenziego przeciwko indiańskiej wiosce składającej się ze stu pięćdziesięciu szałasów.
Był to Miesiąc Jelenich Godów. Nastały wielkie chłody, miejsca ocienione zasłane były głębokim śniegiem, a na otwartych przestrzeniach śnieg pokrywała warstwa lodu. Nocą Mackenzie ustawił swój wojsko w gotowości do ataku i o brzasku uderzył na Indian Cheyenne. Na czele atakujących byli Indianie Pawnee, którzy pozostawali w służbie wojsku. Szarżowali oni na swych szybkich koniach, które Mackenzie uprowadził uprzednio z obozu Indian Sioux. Indianie Cheyenne zostali zaskoczeni napaścią podczas snu i wielu z nich ginęło, zanim zdążyli się pobudzić. Część z nich wybiegła na mróz nago, wojownicy zaś próbowali odeprzeć atak Indian Pawnee i żołnierzy Białych, aby dać kobietom i dzieciom czas na ucieczkę.
Kilku najlepszych wojowników spośród Indian Cheyenne Północnych poświęciło życie w tych pierwszych, szaleńczych momentach walki. Jednym z nich był najstarszy syn Tępego Noża.
Po pewnym czasie Tępemu Nożowi i Małemu Wilkowi udało się sformować linię obronna wzdłuż występów skalnych, znajdujących się w wyższych partiach zbocza kanion. Wkrótce jednak zaczęły się kończyć ich skromne zapasy amunicji. Mały Wilk został siedem razy postrzelony, zanim wraz z Tępym Nożem przedarł się do kobiet i dzieci uchodzących pospiesznie w stronę gór Big Horn. Za nimi Mackenzie palił indiański szałasy, a gdy dokończył dzieła zniszczenia, zgromadził indiańskie konie, ustawił po ścianą kanion i kazał żołnierzom je wystrzelać.
Uciekającym Indianom zostało jeszcze zaledwie kilka koni, a pogoda nadal była bardzo sroga. Nie mieli do tego prawie wcale koców, ubrań i mokasynów. Skierowali się w stronę wioski Szalonego Konia.
Pierwszej nocy ucieczki zamarzło na śmierć dwanaścioro niemowląt i kilka starszych osób. Następnej nocy mężczyźni zabili kilka koni, wypatroszyli je od środka i do wnętrza łożyli małe dzieci, by w ten sposób uchronić je przed zamarznięciem. Obok dzieci ułożyli się starzy ludzie.
Przez trzy dni Indianie Tępego Noża posuwali się po zamarzniętym śniegu, pozostawiając na nim krwawe ślady stóp. Tak dobrnęli do obozu Szalonego Konia.
Szalony Koń podzielił się z nimi jedzeniem, kocami i dał im schronienie, lecz ostrzegł ich, że mszą być gotowi do ucieczki. Indianie Oglala nie mieli dość amunicji na to, by przyjąć walkę w miejscu. Niedźwiedzi Płaszcz Milles poszukiwał ich na północy, a teraz Trzy Gwiazdy Crook nadchodził z południa. By przetrwać, Indianie będą musieli przez cały czas zmieniać miejsce obozowania.
W środku zimy 1876 roku Szalony Koń przeniósł obóz nad rzekę Tongue, do kryjówki w pobliżu Fort Keogh, w którym Niedźwiedzi Płaszcz zimował wraz ze swymi żołnierzami. Chłód i głód stały się tak dokuczliwe dla dzieci i starców, że kilku wodzów udało się do Szalonego Konia, by mu powiedzieć, że nadszedł czas by porozmawiać z Niedźwiedzim Płaszczem i dowiedzieć się, czego oczekuje od Indian. Kobiety i dzieci z płaczem błagały o jedzenie, a wszyscy potrzebowali ciepłego schronienia, z którego nie musieliby uciekać. Szalony Koń wiedział, że Niedźwiedzi Płaszcz chce uczynić z nich więźniów rezerwatu, lecz uważał, że jeśli wodzowie postanowili iść do Niedźwiedziego płaszcza, to powinni tak uczynić. Udał się więc z grupą trzydziestu wodzów i wojowników na wzgórz niedaleko fortu. Ośmiu ochotników zjechało w dół w kierunku fortu, a jeden z nich trzymał płachtę białego materiału umocowaną na włóczni. Gdy zbliżyli się do fortu, naprzeciw nim wyjechało kilku Indian Crow, służących Białym. Ignorując białą flagę, Indianie Crow otworzyli ogień do Indian Sioux. Zaledwie trzech Indian uszło z życiem. Niektóry z wojowników obserwujących ze wzgórza przebieg wydarzenia chcieli zjechać i zemścić się na Indianach Crow, lecz Szalony Koń nalegał, by powrócili do obozu, gdzie trzeba znowu spakować cały dobytek i uciekać. Teraz przecież, gdy Niedźwiedzi Płaszcz już wiedział, że Indianie Sioux są w pobliżu, będzie on zapewne próbować ich odszukać idąc śladami pozostawionymi na śniegu.
Niedźwiedzi Płaszcz dogonił Indian rankiem 8 stycznia 1877 roku pod Battle Butte i wysłał oddział żołnierzy przez śnieg na stopę głęboki. Szalony Koń miał już znikomą ilość amunicji. Posiadł natomiast kilku dobrych wodzów wojennych, którzy znali dostatecznie dużo chwytów, by zwieść żołnierzy i dać im nauczkę, gdy główna grupa Indian uciekała przez pasmo gór Wolf w kierunku gór Bighorn. Działając wspólnie z Małym Wielkim Człowiekiem, Dwoma Księżycami i Garbem zwabili wojsko do anionu. Przez 4 godziny trzymali tam żołnierzy, którzy mieli skrępowane ruchy przez ciężkie, zimowe mundury, w związku z czym potykali się i przewracali na oblodzonych skałach. Tymczasem zaczął prószyć śnieg, a wczesnym popołudniem rozszalała się zamieć. To zdecydowało o tym, że Niedźwiedzi Płaszcz zabrał swych żołnierzy z powrotem do ciepłego Fort Keogh.
Zasypywany mokrym śniegiem Szalony Koń zraz ze swymi ludźmi podążył do znajomej krainy nad rzeką Little Powder. W lutym 1877 roku rozbili tam obozowiska i żyli z upolowanej zwierzyny. Wtedy właśnie zwiadowcy przynieśli wiadomość, że Cętkowany Ogon i grupa Indian Brule zbliżają się od południa. Niektórzy Indianie sądzili, że może Cętkowany Ogon, zmęczony życiem, jakie narzucono mu w rezerwacie, uciekł od żołnierzy, lecz Szalony Koń znał prawdę. Na czas zimnych miesięcy wiosny generał Crook zabrał swych ludzi do Fort Fetterman. Oczekując wiosny złożył wizytę Cętkowanemu Ogonowi i obiecał mu, że Indianie Sioux z rezerwatu nie będą musieli przenosić się nad rzekę Missouri pod warunkiem, że wódz Indian Brule uda się do Szalonego Konia w charakterze emisariusza i namówi go do poddania się. Taki był właśnie cel wizyty Cętkowanego Ogona w obozie Szalonego Konia.
Tuż przed przybyciem Cętkowanego Ogona Szalony Koń powiedział swemu ojcu, że wyjeżdża. Poprosił go też, by wymienił uścisk dłoni z Cętkowanym Ogonem i by mu powiedział, że Indianie Oglala zjawią się w rezerwacie, gdy tylko cieplejsza pogoda umożliw podróż kobietom i dzieciom. Następnie udał się samotnie w góry Big Horn. Szalony Koń nie powziął jeszcze decyzji w sprawie poddania się.
Gdy Cętkowany Ogon przybył na miejsce, zorientował się, że Szalony Koń go unika. Wyprawił posłańców, by odszukali wodza, lecz Szalony Koń zaszył się gdzieś w głębokich śniegach. Jednak zanim Cętkowany Ogon powrócił do Nebraski, zdołał namówić Dużą Stopę do poddania swych Indian Minniconjou. Otrzymał też obietnicę od Dotykającego Chmur i trzech innych wodzów, że przywiodą swych ludzi do Agencji, gdy tylko nadejdzie wiosna.
Wiosną 1877 roku Siedzący Bizon poczuł się zmęczony tułaczką. Doszedł do wniosku, że nie ma już dość miejsca na to, by Biali i Indianie Sioux zamieszkiwali wspólnie kraj Wielkiego Ojca. Postanowił więc zabrać swych ludzi do Kanady, na ziemie należące do Babki, to znaczy to królowej Wiktorii. Przed wyruszeniem w drogę postanowił odszukać Szalonego Konia. Miał nadzieję, że uda mu się go namówić, by również zabrał swych Indian Oglala do Kanady. Niestety nie mógł ich znaleźć, ponieważ Indianie Oglala stale zmieniali miejsce pobyt, umykając przed wojskiem.
Na początku kwietnia 1877 roku generał Crook wysłał Czerwoną Chmurę by odszukał Szalonego Konia i obiecał mu, że jeśli się podda, trzyma krainę rzeki Powder.
14 kwietnia 1877 roku Dotykający Chmur, wraz z dużą liczbą Indian Minniconjou i Sans Arc przybył z wioski Szalonego Konia do Agencji Spotted Eagle, gdzie też się poddał.
27 kwietnia 1877 roku Czerwona Chmura spotkał się z Szalonym Koniem i powiedział mu o obietnicy generała Crooka oddania Indianom krainy rzeki Powder. Dziewięciuset Indian Oglala przez niego prowadzonych cierpiało głód. Wojownicy nie mieli amunicji a konie ich były wychudzone. Obietnica rezerwatu w krainie rzeki Powder wystarczyła, by Szalony Koń przybył do Fort Robinson i poddał się.
Ostatni z wojennych wodzów Indian Sioux stał się teraz Indianinem z rezerwatu, pozbawionym broni, konia, bez władzy nad swymi ludźmi. Został jeńcem wojska, które nigdy nie pokonało go w walce. Mimo to w oczach młodych mężczyzn pozostawał dalej bohaterem, co budziło zazdrość wśród innych wodzów żyjących w Agencji. Szalony Koń stał z boku i czekał wraz z tymi, którzy szli jego śladem, na dzień, w którym generał Crook spełni obietnicę i da mu krainę rzeki Powder.
Późnym latem 1877 roku Szalony Koń dowiedział się, że generał Crook chce zaprosić go do Waszyngtonu na naradę z Wielkim Ojcem. Odmówił. Nie wierzył w celowość rozmowy na temat obiecanego rezerwatu. Wiedział już, co stało się z wodzami, którzy pojechali do domu Wielkiego Ojca w Waszyngtonie; wracali stamtąd złamani, pozbawieni hartu ducha. Widział zmiany w charakterze Czerwonej Chmury i Cętkowanego Ogona, a oni wiedzieli o tym i nie lubili go za to.
W sierpniu 1877 roku nadeszły wiadomości o tym, że Indianie Nez Perce, którzy żyli ze górami Shining, są w stanie wojny z Niebieskimi Kurtkami. W agencjach żołnierze zaczęli werbować wojowników, którzy chcieliby służyć jako zwiadowcy przeciwko Indianom Nez Perce. Szalony Koń mówił młodym mężczyznom, by nie występowali przeciwko innym Indianom, lecz nie wszyscy chcieli go słuchać i kilku z nich zaprzedało się wojsku.
31 sierpnia 1877 roku, dzień przed tym, nim sprzedajni wojownicy Indian Sioux mieli założyć uniformy Niebieskich Kurtek i wymaszerować, Szalony Koń był tak tym oburzony, że postanowił zabrać swych ludzi i wrócić na północ do krainy rzeki Powder. Gdy generał Crook usłyszał o tym od swych szpiegów, wysłał do obozu Szalonego Konia znajdującego się w pobliżu Fort Robinson osiem kompanii kawalerii i kazał go aresztować. Zanim jednak żołnierze przybyli, Szalony Koń kazał swym ludziom rozproszyć się, a sam wyruszył do Agencji Spooted Tail, by szukać schronienia u swego starego przyjaciela Dotykającego Chmur.
Żołnierze znaleźli go tam, aresztowali i oświadczyli, że zabierają go z powrotem do Fort Robinson na spotkanie z generałem Crookiem. Po przybyciu do fortu Szalony Koń dowiedział się, że jest już za późno by mógł rozmawiać z Crookiem. Odesłano go do kapitana Jamesa Kenningtona i do jednego z policjantów służących w agencji. Szalony Koń twardym wzrokiem zmierzył policjanta. Był nim Mały Wielki Człowiek. Biali kupili go i uczynili z niego policjanta. Szalony Koń szedł, prowadzony przez dowódcę wojska i Małego Wielkiego Człowieka. Minęli żołnierza, który miał na ramieniu karabin z bagnetem, po czym stanęli w drzwiach pomieszczenia, w którym okna zaopatrzone były w żelazne kraty, a za przegrodą, zrobioną również z krat, Szalony Koń ujrzał ludzi z łańcuchami na nogach. Była to pułapka i Szalony Koń odskoczył jak złapane w potrzask zwierzę, lecz Mały Wielki Człowiek przytrzymał go za ramię. Szamotanina trwała zaledwie kilka sekund; ktoś wykrzyknął komendę, a wówczas strażnik wojskowy, sierżant William Gentles, wbił Szalonemu Koniowi bagnet głęboko w brzuch.
Szalony Koń zmarł w nocy 5 września 1877 roku, w wieku 35 lat. Następnego dnia o świcie żołnierze zanieśli zamordowanego wodza jego ojcu i matce. Rodzice złożyli zwłoki w drewnianej skrzyni, przymocowali ją do włók ciągnionych przez konie zawieźli do Agencji Spooted Tail. Tam umieścili ciało syna na specjalnym podwyższeniu. Przez cały miesiąc żałobnicy trzymali wartę przy trumnie.
Pod koniec listopada 1877 roku nadeszła druzgocąc wiadomość: Indianie Sioux zamieszkujący rezerwat muszą opuścić Nebraskę i udać się do nowego rezerwatu nad rzekę Missouri.
Przez całą suchą jesień 1877 roku długie kolumny wygnanych Indian, eskortowanych przez wojsko, maszerowały na północny wschód w stronę jałowej ziemi. Po drodze kilka grup oderwało się i zawróciło na północny zachód postanawiając uciec do Kanady i połączyć się z Siedzącym Bizonem. Wśród nich znaleźli się rodzice Szalonego Konia, niosący serce i kości swego syna. Pochwali go w miejscu sobie tylko znanym, gdzieś koło Chankpe Opi Wakpala, strumienia zwanego Wounded Knee.
W latach 1890-91 duży wpływ na Indian Sioux wywarł Taniec Ducha.
Gdy około 1890 roku Biali zaniepokoili się zaistniałą wśród Indian religią Tańca Duchów, pewien oficer w Fort Bennett spróbował przekupić Ghost Horse'a i namawiał go, aby szpiegował wodza Dużą Stopę. Ghost Horse odmówił. Zamiast tego, przez pewien czas przybywał on codziennie do fortu, aby kupić gazetę i rozejrzeć się dokoła. Jego zachowanie zirytowało w końcu dowództwo fortu do tego stopnia, że doprowadziło ono do zaniechania przez Ghost Horse tego procederu, a w prasie ukazał się artykuł zatytułowany "Indians Who Read". Tekst ten informował o "szpiegu imieniem Ghost Horse" i innych, którzy "regularnie - kupowali egzemplarze wszystkich dzienników będących w sprzedaży, które zabierali ze sobą i czytali radzie złożonej z wodzów i czołowych wojowników, tłumacząc na język Indian Sioux".
Artykuł ten ucieszył niezmiernie przyjaciół i krewnych Ghost Horse'a, którzy czerpali przyjemność z dokuczania mu podczas wieczornych spotkań, pełnych humoru i śmiechu.
Gdyby nie ogromna krzepiąca siła, którą dawała Indianom Sioux religia Tańca Duchów, prawdopodobnie porwaliby za broń, by powstać przeciwko wojsku w wielkim gniewie i smutku spowodowanym zamordowaniem Siedzącego Bizona. Wierzyli jednak mocno, że biali wkrótce odejdą i że gdy na wiosnę trawa znów się zazieleni, ich zmarli krewni wrócą. Nie szukali więc zemsty. Mimo to Indianie Hunkpapa, pozbawieni już wodza, uciekali setkami ze Standing Rock, szukając schronienia w jednym z obozów wyznawców religii Tańca Duchów lub też u ostatniego z wielkich wodzów, Czerwonej Chmury, w Pine Rodge.
W pierwszej dekadzie grudnia 1890 roku Duża Stopa wysłał do Buffalo Gap leżącej po drugiej stronie rzeki Cheyenne, na tereny nie należące już do Indian, pokojową grupę myśliwych, składającą się z pięćdziesięciu ludzi, w większości kobiet. W tradycji ustnej przetrwały wspomnienia Białych Oczu, młodej kobiety należącej do tej grupy:
"Rząd zabrał nasze jedzenie i ludzie byli osłabieni. Mężczyźni musieli polować, żebyśmy nie głodowali. Wyruszyliśmy z wioski Dużej Stopy bez pośpiechu. W końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie chcieliśmy polować. To było to samo miejsce, gdzie ludzie Dużej Stopy udawali się już wcześniej wiele razy na łowy, w tej samej porze roku. Mężczyźni powozili dziesięcioma wozami, a kobiety siedziały na wozach i żartowały.
Siedziałam obok swego męża, który powoził zaprzęgiem. Zatrzymaliśmy się na ranczo Białego, który był zawsze naszym wielkim przyjacielem. Był to dobry człowiek. Jego żona była zawsze życzliwa dla naszych ludzi. Piekła chleb i miała roześmianą twarz. Kiedy wędrowaliśmy w pobliżu domostwa ranczera, odwiedzaliśmy go i pozdrawialiśmy go pierwsi. Okazywaliśmy w ten sposób szacunek i zawsze tak czyniliśmy.
Zatrzymaliśmy się przed ranczem i zeskoczyłam z wozu. Nie mówię zbyt dobrze po angielsku, ale rozumiem niektóre słowa, ponieważ chodziłam do szkoły. Mój mąż powiedział:
- Żono, idź do drzwi i powiedz Białemu, że jesteśmy tutaj, na jego ziemi. Spytaj, gdzie są jego krowy, abyśmy polowali z dala od nich.
Tak też zrobiłam. Podeszłam do drzwi i zapukałam. Nikt nie odpowiedział i wszędzie było cicho. Zapukałam znowu do drwi. Czekałam. Chciałam zobaczyć się z żoną ranczera, moją przyjaciółką. Pomyślałam, że nikogo nie ma w domu, więc obejrzałam się na mojego męża w wozie, który pokazał mi, wskazując ustami drzwi, abym czekała.
Nagle drzwi otworzyły się! Ranczer chwycił mnie za włosy, obrócił mnie i przyłożył broń do mojej głowy! Nie mogłam wykrztusić słowa. Kobieta Białych krzyczała i prosiła:
- Nie zabijaj jej! Proszę! Na litość boską, nie zabijaj jej!
Chwyciła swego męża i próbowała zmusić go do opuszczenia broni. Wtedy wyrwałam się, uciekłam do wozu i wskoczyłam do niego. Szybko odjechaliśmy stamtąd a wszyscy byli bardzo zdziwieni. Mój mąż krzyczał do pozostałych:
- Coś złego musiało się zdarzyć! Ten Biały był dobrym przyjacielem a teraz cos się wydarzyło, że tak się zmienił! Musimy szybko stąd odjechać!
Konie przebyły długą drogę i były zmęczone. Ludzie nie chcieli się jednak zatrzymać. Wszyscy byli bardzo zaniepokojeni, lecz konie bez wody i odpoczynku mogły paść. Rozbiliśmy obóz nad potokiem."
Nazwa potoku nie zachowała się w pamięci Indian Lakota. Było to gdzieś między strumieniem French a Battle. Był 9 grudnia 1890 roku. Tego też dnia OMAHA MORNING BEE podała następującą wiadomość:
"O świcie jutrzejszego dnia wielki oddział uzbrojonych kowbojów opuści Buffalo, aby zabijać i brać do niewoli każdego napotkanego wrogiego Indianina."
Białe Oczy dalej wspomina tak:
"Byliśmy wszyscy zaniepokojeni i myśleliśmy o tym, co mogło się wydarzyć, nie mogliśmy więc zasnąć. Zebraliśmy się wszyscy razem i naradzaliśmy się. Zdecydowano zwinąć obóz o świcie i odjechać stąd, gdyż wydarzyło się coś dziwnego a my nie wiedzieliśmy co.
Przed świtem nasi ludzie spakowali obóz i układali wszystko na wozach. W pierwszych promieniach dnia zaatakowało nas wielu ranczerów, strzelając do nas wszystkich. Poczułam silny ból w udzie a kiedy tam spojrzałam, zobaczyłam wypływającą krew. Leżałam nieruchomo, jakbym była martwa.
Nie ruszałam się. Gdy ranczerzy odeszli, ludzie, którzy jeszcze żyli, zaczęli lamentować i krzyczeć. Cała moja rodzina, moja dobra matka, mój ojciec, każdy był martwy lub krzyczał ze straszliwego bólu. Przez całą resztę mojego życia słyszałam ich lamenty i krztuszenie się krwią oraz ich błagania o pomoc.
Podczołgałam się do mojego biednego męża. Żył jeszcze, ale był ciężko ranny. Zapytał mnie:
- Żono, jesteś ciężko ranna?
- Nie. Trafili mnie w udo, ale nie mogę chodzić.
Ledwo mógł mówić, ale powiedział do mnie:
- Możesz umrzeć zanim się ściemni, więc idź po pomoc.
Zostałam tam przez dłuższy czas. Przez cały dzień byłam przy moim martwym mężu. Wokół wszyscy umierali. Lamenty cichły jeden po drugim, ludzie konali, wszystko się uspokoiło i zapadł zmierzch. Kiedy próbowałam się podnieść, udo jeszcze bardziej krwawiło. Oderwałam dolną część mojej sukni i owinęłam nogę, aby zatrzymać krew. Jednak, nadal szukałam moich ludzi, aby otrzymać pomoc i żeby ich ostrzec. Wędrowałam wiele dni, aż moje stopy zaczęły krwawić.
Gdy dotarłam do wioski Dużej Stopy w Takini, zobaczyłam, że wszystkie chaty są puste. Wiedziałam, że moi ludzie odeszli w pośpiechu. Na ziemi widać było ślady wielu koni z żelaznymi podkowami. Indianie Lakota nie podkuwali swoich koni. Biali przybyli i powyrzucali wszystko z chat. Wszystkie moje naczynia były porozbijane. Żywność, odzież z kury, cały dobytek Dużej Stopy został zagrabiony. Znalazłam odrobinę jedzenia. Byłam bardzo zmęczona i przybita.
Trzymałam się śladów Dużej Stopy. Szłam i szłam. Moja noga przestała krwawić i była bez czucia.
Kiedy wędrowałam szlakiem, widziałam kowbojów okradających farmy. Przejechali obok miejsca, gdzie się ukryłam i byłam szczęśliwa, że mnie nie zauważyli. Kowboje rabowali domy wzdłuż całego szlaku, wyprowadzając konie obładowane różnymi rzeczami."
Konflikt między hodowcami a osadnikami istniał od wielu już lat. Czasami nawet przeradzał się w starci z użyciem siły. Ranczerzy kradli osadnikom zwierzęta i siano, tratowali także lub palili ich uprawy. Powszechne było także pijaństwo, które wciąż zaogniało sytuację.
12 grudnia 1890 roku kapitan Almond Wells dał porucznikowi Byronowi pozwolenie na tygodniowy rekonesans na odległe tereny przyległe do Warowni Indian Lakota - wysokiego płaskowyżu, gdzie wyznawcy Tańca Duchów odprawiali ceremonie. Remington wyruszył razem z oddziałem, opisując otaczające go Złe ziemie jako "miejsce nadające się doskonale na pułapki i morderstwa, których świadkiem może być jedynie mroźne, błękitne niebo."
Razem z wojskiem znajdowali się także i cywile, w wśród nich ranczer Ed Lemmon, który przyłączył się do 8 pułku kawalerii aby przekonać się, czy Indianie Lakota rzeczywiście znajdują się u progu powstania. Od początku Lemmon wcale nie wierzył w to, że Indianie Lakota są wrogo nastawieni. On to napisał:
"Gdzie tylko było możliwe, ich [wojskowe] obozy znajdowały się poza rezerwatem, a żołnierze otrzymali surowy zakaz wchodzenia na jego teren, lecz rozkazy były często ignorowane zarówno przez wojsko, jak i Straż Obywatelską. Pewnego dnia - Byron poprosił majora Wellsa o pozwolenie wyjazdu na zwiad z dwunastoma ludźmi. Z Gusem Haaserem, jako przewodnikiem, wyruszyli oni w stronę zachodniego końca Cuny Table. Byron chciał sprawdzić, czy mógłby tam na równinie dostać się na teren indiańskiej wioski. W drodze powrotnej natrafili na małą grupę Indian. Byron i jego ludzie celowo odcięli tę grupkę od ich wioski i wszystkich zabili. Gdyby wiedziano o tym w dowództwie, sprawa trafiłaby do sądu wojennego, tak więc wszystko trzymano w tajemnicy."
Żołnierze porucznika Byrona obszukali zwłoki, przenieśli znalezioną broń i zakopali ją w dole oddalonym od ciał. Byron, absolwent West Point, ustawił następnie swoich ludzi w szeregu i kazał im złożyć przysięgę dotrzymania tajemnicy. Oddział Byrona wrócił tej nocy bardzo późno do obozu, ku wielkiej uldze Remingtona, który w pośpiechu wyszedł ze swego namiotu, aby ich przywitać. W ciemnościach Remington usłyszał niski głos porucznika Byrona:
- Byliśmy w Warowni; wszyscy odeszli. Zaparz trochę kawy.
14 grudnia 1890 roku Martwe Ramię przybył na ranczo M. D. Cole'a nad rzeką Cheyenne, gdzie Cole prowadził niewielki punkt handlowy. Ranczer wydawał się zawsze przyjaźnie nastawiony i Indianie często byli jego klientami, ale w Martwe Ramie został tam wtedy zastrzelony. Jego ciało leżało na ziemi przez ponad trzy dni i kowboje wbijali w nie kije, a fotograf wykonał wiele zdjęć nabrzmiałych zwłok.
Z pobliskiego wzgórza krewni zabitego śpiewali dla niego, podczas gdy kowboje głośno krzyczeli i próbowali przedrzeźniać dźwięki pełnych bólu pieśni śmierci. Jak też zauważyli jego krewni z pobliskiego wzgórza, Martwe Ramię został oskalpowany przez Białego. Artykuł prasowy doniósł, że skalp zdobył pewien szanowany, religijny i cieszący się powodzeniem przedsiębiorca z Rapid City, który później został agentem w Pine Ridge.
Pete Lemley w 1959 roku, na prośbę swego syna, nagrał na taśmie wspomnienia o swoim udziale w atakach na zwolenników Tańca Duchów:
"Była nas grupa ludzi. Przekroczyliśmy [rzekę Cheyenne] i sprowokowaliśmy ich [Indian Lakota], a wielu naszych chłopców zebrało się u wylotu parowu. Przyjechaliśmy do Warowni i wywabiliśmy ich w pościg za nami, w dół Corral Draw. Riley Miller znajdował się u jego wylotu i leżał tam skryty za drzewami i głazami. Ten Riley Miller był doskonałym strzelcem i zabił wielu Indian. Byli z nami Francis Roush, Roy Coates, George Cosgrove, Paul McClellan. Zabiliśmy ich około siedemdziesięciu pięciu. Riley Miller i Frank Lockhart wrócili tutaj z jucznym koniem i zabrali 7 paczek broni, koszul, czapek z piórami, koszul duchów i innych rzeczy. Riley zabrał to wszystko do Chicago i założył muzeum. Zarobił na tym sporo pieniędzy."
Możliwym jest, że niektórzy spośród kowbojów wierzyli, że pomagają bronić osadników Białych, lecz zdecydowana większość członków Straży Obywatelskiej poszukiwała jedynie okazji do bezkarnego zabijania Indian.
Po zabiciu wyznawców Tańca Duchów przez Straż Obywatelską, Miller i Frank Lockhart oskalpowali ofiary, zdarli z nich ubrania i pozostawili ciała w nieładzie.
17 grudnia 1890 roku 38 uciekających Indian Hunkpapa z grupy zamordowanego Siedzącego Bizona dotarło w pobliże Cherry Creek, gdzie znajdował się obóz Indian Minniconjou na których czele stał Duża Stopa. Duża Stopa nakarmił i odział ich, a następnie zwołał narad, żeby zdecydować, co należy dalej robić.
Wódz ten, gdy tylko dowiedział się o zamordowaniu Siedzącego Bizona, ruszył wraz ze swymi ludźmi w stronę Pine Ridge, w nadziei, że Czerwona Chmura udzieli mu schronienia przed woskiem. W drodze Duża Stopa zachorował na zapalenie płuc i ponieważ miał krwotok, dalszą podróż musiał odbywać na wozie.
W tym też samym czasie Duża Stopa otrzymał zaproszenie od Czerwonej Chmury na rozmowy zorganizowane przez niego w Pine Ridge.
Alice Ghost Horse tak zapamiętała te chwile;
- Zwolennicy Dużej Stopy zadecydowali, że powinni uciekać do Pine Ridge by tam szukać ochron. Myśleli, że Siedzący Bizon został zabity z powodu Tańca Duchów i obawiali się o swojego przywódcę, Dużą Stopę. Szybko więc zdecydowali, że wyruszą następnego dnia i tak to wszyscy poszli spać uwiązując blisko namiotów swe konie.
Tego samego dnia Ministerstwo wojny USA wydało nakaz aresztowania i uwięzienia Dużej Stopy, który również znalazł się na liście podżegaczy do buntu.
"Wcześnie rano spakowaliśmy się i wyruszyliśmy. - Wspominała Alice Ghost Horse. - Przeszliśmy strumień Cherry i zatrzymaliśmy się na zachodniej stronie rzeki Cheyenne po czym ruszyliśmy bardzo często używanym szlakiem karawan. Szlak ten prowadził do Takini. Trzymaliśmy się niskich terenów na wpadek, gdyby wojsko wysłało zwiadowców. W połowie drogi zatrzymaliśmy się na spożycie posiłku.
Do Takini ściągnęliśmy późnym popołudniem. Stało tam skupisko przybudówek, namiotów i niewielkich chałup. Sądząc po stosach przygotowanego drewna, większość z nich była już przygotowana na nadejście zimy - kiedy już rozbiliśmy namiot, moja matka zaczęła gotować. My dołączyliśmy do bawiących się nad rzeką innych dzieci. Ojciec został wezwany na zebranie w namiocie wodza. Po posiłku był krotki czas na wizyty, tak więc wałęsaliśmy się tu i ówdzie, póki nie powiedziano nam, że czas już iść spać, ponieważ mięliśmy bardzo wcześnie wyruszyć.
Następnego ranka usłyszeliśmy jak ojciec zaprzęga konie. Wstałam więc i osiodłałam swego konia, bo zamierzałam na nim przejechać całą drogę do Pine Ridge. Po krótkiej chwili wszyscy ruszyli, jadąc gęsiego. Jako pierwszy ruszył Duża Stopa a za nim jechali wszyscy jego krewni. My znaleźliśmy się mniej więcej pośrodku karawany. Skierowaliśmy się ku temu długiemu wzgórzu leżącemu po wschodniej stronie rzeki Cheyenne, na które mięliśmy się wspiąć. Spojrzałam za siebie i zobaczyłam wiele wozów, jakie dołączyły do karawany, a także wiele dzieci jadących na koniach. Cóż to był za widok! Przez pewien czas jechało za nami część miejscowych chłopców. Po jakimś czasie zawrócili. Ojciec mój siedział na przedzie, wraz ze starszym bratem, powożąc zaprzęgiem, a mój młodszy brat siedział z tyłu, wraz z matką, które nie spuszczała ze mnie wzroku. Ja jechałam na swym ulubionym koniu. Na wypadek konieczności zniżany zaprzęgu, mieliśmy dodatkowego konia, uwiązanego do wozu.
Niektórzy jeźdźcy zawracali co jakiś czas, by sprawdzić, czy wszystko jest w porządku i czy ktoś czegoś nie potrzebuje. Takie było życzenie wodza. Nie było nam wolno rozpalać ognisk."
19 grudnia 1890 roku w HERMOSA PILOT napisano:
"Całkowicie wiarygodne, jak się wydaje, doniesienia mówią, że w niedzielna noc para Indian usiłowała wedrzeć się do stajni ranczera o nazwisku Cole, u ujścia strumienia Spring, kiedy ten dżentelmen otworzył ogień i zastrzelił jednego z Czerwonych. Martwego Indianina. może obejrzeć każdy, kto jest ciekaw, jak wygląda naprawdę dobry Indianin."
Białe Oczy dalej wspominała:
"Dni mijały, ale nie pamiętam już ile ich było. Cały czas szłam i szłam. Nadszedł blizzard z silnymi wiatrami i schroniłam się w jakiejś starej chacie. Było w niej bardzo zimno. Kiedy śnieg przestał padać, ruszyłam dalej aż dotarłam do wzgórza wznoszącego się nad potokiem Wounded Knee. Byłam wykończona, nie mogłam już iść dalej."
25 grudnia 1890 roku, późnym popołudniem, Indianie Minniconjou Dużej Stopy wraz z grupą Indian Hunkpapa, zbliżyła się o kościoła zbudowanego z drewnianych pni. Na długo przed dotarciem do tego miejsc, Alice Ghost Horse i jej matka, usłyszały śpiewy. Były to bożonarodzeniowe kolędy.
Karawana Indian zatrzymała się po cichu, wsłuchując się w dźwięki śpiewanych pieśni. Indianie popoili też swe konie. Gdy nastały już ciemności, ogarnął ich srogi mróz. Duża Stopa wysłał do drzwi kościoła kobietę, by spytała się, czy dzieci i starcy mogą ogrzać się przy ognisku. Kobieta zapukała do drzwi, a gdy je otwarto, wyczerpani wędrowcy zobaczyli żarzący się kominek z ułożonymi gałęziami jałowca oraz drzewko obwieszone wieloma kolorowymi tasiemkami. Na każdej gałązce migotały małe świeczki. Wiele kobiet z głodnymi, kwilącymi dziećmi na ręku, zeskoczyło z wozów i stłoczyło się razem, dygocząc z zimna w lodowatym powietrzu. Spuściły głowy, spoglądając nieśmiało spod koców, którymi były otulone. Nagle groźny, męski głos i wzniesiona pięść wystraszyły Alice oraz pozostałe kobiety, zmuszając je do cofnięcia się o krok.
- Wynoście się stąd zbrodniarze! - Krzyknął duchowny.
Rzucane, obelżywe słowa, poraziły kobiety niczym zadane cios, po czym drzwi zamknęły się z hukiem. Upokorzone, wróciły do wozów, by powiedzieć wodzowi, że zostały przepędzone.
Odprawiona karawana pogrążyła się w ciemnościach zimowej nocy.
Alice i jej grupa kontynuowała dalszą podróż, cierpiąc przez całą noc od głodu i zimna.
26 grudnia 1890 roku, gdy Indianie Minniconjou znajdowali się już blisko strumienia Porcupine, zauważyli cztery oddziały kawalerii zmierzające w ich kierunku. Duża Stopa natychmiast polecił wywiesić białą flagę nad swoim wozem, a około drugiej po południu uniósł się ze swych koców, aby powitać majora Samuela Whitside'a z 7. pułku kawalerii USA. Koce Dużej Stopy poplamione były krwią, a gdy rozmawiał zachrypłym szeptem z majorem Whitsidem, krople krwi z płuc kapały mu nosem i zamarzały na silnym mrozie.
- Przednie wozy zatrzymały się na wzgórzu wznoszącym się nad potokiem. - Wspominała Alice Ghost Horse. - Mój ojciec wysiadł z wozu i poszedł zobaczyć, co je zatrzymało. W międzyczasie podeszła do mnie matka i zacisnęła mi popręg. Powiedziała, że w razie potrzeby będziemy musiały stąd uciekać. Poniżej znajdował się obóz kawalerii. To jego widok zatrzymał karawanę Indian.
- Ojciec wrócił szybko i powiedział, że wódz jest chory - opowiadała później Alice Ghost Horse. - Leży z tyłu wozu cały otulony. Ojciec powiedział także, iż wybrano grupkę wojowników, aby zjechali i powiedzieli żołnierzom, że znaleźli się na szlaku naszej wędrówki. Widziałam czterech jeźdźców zjeżdżających w kierunku środku obozu, gdzie znajdowały się wielkie karabiny na kołach. Jeden z jeźdźców trzymał biały materiał przywiązany do kija, jadąc przed pozostałą trójką. Zaraz po tym, jak nasi posłańcy przekroczyli potok, żołnierze położyli się i wycelowali w nich swoje karabiny, ale oni jechali dalej. Zsiedli z koni w centrum obozu i przez jakiś czas rozmawiali, po czym ku wzgórzom pogalopował samotny jeździec i zbliżył się do wozu Dużej Stopy. Powiedział, że żołnierze chcą z nim rozmawiał, ale rodzina Dużej Stopy na to się nie zgodziła z powodu jego ostrej choroby. Jeździec wrócił więc, powiadamiając o tym żołnierzy, a matka znowu powiedziała, bym trzymała się blisko na wypadek konieczności ucieczki.
W trakcie rozmowy Whitside poinformował wodza, że ma rozkaz zabrać go do obozu kawalerzystów leżącego nad strumieniem Wounded Knee, na co Duża Stopa odparł, że zmierza w tym właśnie kierunku i że prowadzi swych ludzi do Pine Ridge, aby tam szukać schronienia.
Major Whitside wydał rozkaz swemu zwiadowcy, Metysowi Johnowi Shangreau, aby rozbroił Indian.
- Chwileczkę majorze - rzekł Shangreau. - Jeżeli pan to zrobi, może się wywiązać walka, w której zginą wszystkie kobiety i dzieci, a mężczyźni uciekną.
Jednak Whitsde w dalszym ciągu stanowczo twierdził, że ma wyraźny rozkaz schwytania ludzi Dużej Stopy, rozbrojenia ich i zabrania im koni.
- Lepiej zaprowadźmy ich do naszego obozu, a tam dopiero odbierzmy im konie - zaproponował Shangreau.
- Dobrze - zgodził się Whitside. - Każ więc Dużej Stopie ruszać w stronę obozu nad Wounded Knee.
"Później przysalano powóz z doktorem (kontynuowała Alice), żeby zbadał wodza. Doktor powiedział, że ma on zapalenie płuc. Dał mu jakieś lekarstwa i zabrano go do obozu specjalnym wozem. Wkrótce powrócił jeździec i polecił nam rozbić obóz na zachodnim brzegu potoku. Zjechaliśmy więc tam i postawiliśmy nasze namioty, tak ja nam rozkazano. Stary wojskowy wóz jeździł wkoło i wydawano nam boczek, mąkę, ziarna kawy, fasolę i suchary."
Majora spojrzał raz jeszcze na cierpiącego wodza, po czym polecił, by sprowadzono wojskowy ambulans, w którym byłoby mu cieplej i wygodniej niż na podskakującym na wybojach wozie bez resorów.
Gdy wódz został umieszczony w ambulansie, Whitside w celu udania się nad strumień Wounded Knee uformował kolumnę, na czele której szły dwa oddziały kawalerii. W ślad za nimi jechał ambulans i wozy indiańskie, Indianie zaś, stłoczeni niczym bydło, szli tuż za wozami. Dwa pozostałe oddziały kawalerii z dwiema armatami Hotchikissa zamykały pochód.
Zapadł już zmierzch, gdy cała kawalkada wspięła się na ostatnie w tej wędrówce wzniesienie i zaczęła schodzić w stronę Chankpe Opi Wakpala, strumienia zwanego Wounded Knee. Zimowy zmierzch i drobne kryształki lodu tańczące w gasnącym świetle sprawiły, że ponury krajobraz wydawał się jeszcze bardziej niesamowity. Gdzieś w pobliżu zamarzniętego strumienia, w tajemnym miejscu spoczywało serce Szalonego konia, a wyznawcy religii Tańca Ducha wierzyli mocno, że jego duch czeka niecierpliwie na świeżą pokrywę ziemi, która wraz z zieloną trawą nadejść miała wiosną.
"Do zachodu Słońca zostaliśmy całkowicie otoczni przez pieszych żołnierzy uzbrojonych w karabiny(kontynuowała Alice). Razem z matką zeszłyśmy do potoku po drewno i aby się umyć, ale za nami poszło dwóch żołnierzy, więc szybko powróciliśmy z dwoma gałęziami.
W tym czasie wszyscy poszli spać, gdyż byliśmy zmęczeni tą ciężką podróżą. Część młodych wojowników nie spała jednak przez całą noc, obserwując żołnierzy. Niektórzy żołnierze byli pijani i mówili złe rzeczy o kobietach Indian Lakota."
Alice spała tej nocy obok swego młodszego brata. Kiedy dzieci jeszcze spały, dorośli Indianie obserwowali przyjazd pułkownika Jamesa Forsytha z posiłkami z Pine Ridge. On tez przejął dowództwo nad wojskiem. Forsythowi towarzyszył James Asay, znany handlarz i przemytnik whisky, którzy przyjechał wozem wypełnionym żywnością i 38-litrową beczką whisky.
Richard C. Stirk, były zwiadowca, wypytywany później przez sędziego, historyka Nebraski, powiedział:
- Oficerowie chodzili od namiot do namiotu, pili i gratulowali Forsythowi ujęcia Indian.
Stirk nie widział, aby oficerowie byli pijani następnego ranka, ale wiedział, że whisky lała się obficie.
W trakcie zabawy, kilku rozbawionych, zataczających się oficerów kierowało się do namiotu Dużej Stopy. Chcieli, by wyszedł na zewnątrz, ale powstrzymał ich kapitan straży. Wewnątrz wielkiego, wojskowego namiotu ośmiu żołnierzy pilnowało umierającego Dużą Stopę, wraz z sześcioma wodzami jego grup, wśród których był Dewey Beard i Nakrapiany Piorun.
W pewnym momencie Duża Stopa zwrócił się słabym głosem do Deweya Bearda:
- Pamiętaj, że jestem chory. Ukorz się.
O zdarzeniach poprzedzających masakrę nad Wounded Knee powiedział swojej wnuczce:
- Nie pozwolili nam spać - Całą noc nas dręczyli, mierząc do nas z karabinów. Pytali nas o to, kto brał udział w bitwie nad Little Big Horn, bitwie z Custerem - Mówiliśmy, że nie wiemy. Mówili do nas po angielsku, ale nie mogliśmy im powiedzieć tego, czego nie wiedzieliśmy. Poza tym tłumacz nie był zbyt dobry - Może powiedział im coś za dużo, a może bał się cokolwiek im powiedzieć.
Oddzielenie starszych przywódców w namiocie Wielkiej Stopy od młodych mężczyzn nie było niewłaściwym zachowaniem. Lecz trzymanie ich bez snu, szturchanie lufami karabinów i zadawanie pytań o bitwę nad Little Big Horn gwałciło wojskowe zasady postępowania z jeńcami wojennymi; jeśli rzeczywiście była to wojna, jak później twierdzili wojskowi.
W obozie kawalerzystów nad Wounded Knee zatrzymano pochód i policzono Indian. Było ich wówczas dwudziestu mężczyzn oraz dwieście kobiet i dzieci. Zrobiło się już zupełnie ciemno, w związku z czym major Whitsde postanowił zaczekać do rana z rozbrojeniem swych jeńców. Wyznaczył im miejsce na obozowisko bardzo blisko obozu wojska, od strony południowej, wydał im racje żywnościowe, a ponieważ Indianie nie mieli dość materiału na pokrycie swoich tipi, major dał im również kilka namiotów. Whitside zarządził, aby ustawiono piec w namiocie Dużej Stopy, wysłał też lekarza, który miał udzielić pomocy choremu wodzowi. Aby mieć pewność, iż nikt z jeńców nie ucieknie, ustawiono wokół ich obozowiska dwa oddziały kawalerii, oraz umieszczono dwa działa Hotchkissa na wzgórzu wznoszącym się nad obozem. Były one skierowane tak, że mogły z łatwością ostrzeliwać teren, na którym znajdowali się Indianie Sioux.
Nieco później, w ciemności tej grudniowej nocy, przyszła ze wschodu pozostała część pułku i po cichu rozbiła obozowisko na północ od obozu majora Whitsidea. Pułkownik James W. Forsyth, dowodzący dawnym pułkiem Custera, przejął dowództwo nad całą operacją. Poinformował on Whitsidea, że otrzymał rozkaz doprowadzenia ludzi Dużej Stopy do linii kolei Union Pacific, skąd mieli być odesłani do wojskowego więzienia w Omaha.
Ustawiwszy jeszcze dwa działa Hotchkissa na wzgórzu, Forsyth i jego oficerowie zasiedli na beczułce whisky, aby uczcić schwytanie Dużej Stopy.
Leżący w namiocie wódz był zbyt chory, by zasnąć, i oddychał z wielkim trudem. Mimo świętych koszul duchów, które miały chronić Indian Sioux, i mimo wiary w przepowiednię mówiącą o nadejściu nowego proroka, ludzie Dużej Stopy bali się otaczających ich żołnierzy na koniach. Bali się tym bardziej, że przed czternastu latu niektórzy z nich brali udział w bitwie nad strumieniem Little Big Horn, kiedy to właśnie zostali pokonani znajdujący się teraz w obozie Białych oficerowie Moylan, Varnum, Wallace, Godfrey i Edgerly. Być może więc pragnienie zemsty ciągle jeszcze żyło w ich sercach.
29 grudnia 1890 roku:
- Wyszłam na zewnątrz i zobaczyłam, że wszyscy żołnierze odeszli. - Powiedziała Alice Ghost Horse. - W obozie wojskowym panował wielki ruch. Coś tam się działo (.)
- Rano rozległ się sygnał trąbki - opowiadał później Wasumaza, jeden z wojowników Dużej Stopy (jego późniejsze imię to Broda Derwey). - Ujrzałem wówczas żołnierzy wsiadających na konie i okrążających nas. Ogłoszono, że wszyscy mężczyźni mają wyjść na dziedziniec na rozmowę, po której zostaną odprowadzeni do agencji indiańskiej w Pine Ridge. Naszego wodza wyprowadzono z namiotu, przed którym usiadł w otoczeniu starych wojowników.
Po śniadaniu, na które jeńcy otrzymali suchary, nadszedł moment, w którym mieli być rozbrojeni.
- Jedliśmy w pośpiechu, - wspominała później Alice Ghost Horse, - gdyż wszyscy pakowali swoje wozy, a mój ojciec wziął konie i osiodłał mojego wierzchowca. W tym czasie obwoływacz krążył po obozie, ogłaszając, że wszyscy mężczyźni mają się zebrać w środku obozu na pertraktacje. Odeszli więc, ale kobiety kontynuowały pakowanie swojego dobytku na wozy.
- Zażądali naszej broni - wspominał Biała Włócznia, - więc wszyscy oddaliśmy karabiny, które ułożono na stosie pośrodku dziedzińca.
Gdy wozy były już gotowe do jazdy, na swym koniu jechała przez obóz wojskowy trzynastoletnia Indianka Alice Ghost Horse. Szukała swego ojca, który nieco wcześniej wraz z innymi Indianami został spędzony przez żołnierzy w jedno miejsce.
W odległości niecałych pięćdziesięciu metrów Alice zobaczyła swojego ojca siedzącego na ziemi wraz z innymi mężczyznami, otoczonymi przez ponad pięciuset doskonale uzbrojonych żołnierzy z 7 pułku kawalerii. Młoda dziewczyna nie powinna przebywać wśród obcych mężczyzn z odkrytą głową i twarzą, jednak Alice ruszyła konno w kierunku swego ojca przez długie rzędy stojącej na baczność piechoty.
- Siedziałam na swym koniu - relacjonowała Alice. - Widziałam jak dyskutowali, a niektórzy krzyczeli. Wkrótce część kawalerzystów przyjechało z centrum szybkim galopem i zaczęło przeszukiwać wozy w poszukiwaniu siekier, noży, karabinów i szydeł. Zachowywali się naprawdę niegrzecznie. Pozrzucali nasze rzeczy na ziemie.
Alice widziała też poruszających się wśród tipi żołnierzy, którzy podnosili suknie kobietom i dotykali ich intymnych miejsc, wyrywali im niezbędny sprzęt służący go gotowania i szycia. Siedzący Indianie słyszeli gniewne krzyki swoich żon i matek. Żołnierze znaleźli kilka starych, zniszczonych strzelb na króliki.
- Karabiny, jakie mieli Indianie Lakota - opowiadała Alice - służyły do polowania i nie były zbyt dobre. Łuki i strzały także. Żołnierze zabrali je do centrum obozu i złożyli ja tam na stos.
Być może o następnych minutach Alice Ghost Horse wspominała tak:
- W tym czasie kawalerzyści na gniadych koniach - ustawili się na szczycie wzgórza z północnej strony. Oficer zjechał do centrum pełnym galopem. Zatrzymał się gwałtownie i krzyknął coś do innych oficerów, po czym wrócił na wzgórze. Wszyscy wyciągnęli swoje karabiny i szpady. Można było usłyszeć jak ładują broń -. W międzyczasie więcej kawalerzystów ustawiło się na południowej stronie. Wielki karabin także skierowano na centrum obozu i tam, gdzie się znajdowaliśmy.
Młodzi Indianie Minniconjou, rażeni obelżywą arogancją kawalerzystów, niecierpliwie czekali na oddanie zabranej im broni. Był to z ich strony raczej pokaz honoru, gdyż niektórzy z nich byli już na tyle dorośli, by móc stanąć do walki.
Ilość oddanej broni nie zadowalała jednak dowódców, wysłali więc żołnierzy, by przeszukali namioty.
- Wchodzili do namiotów, wynosili z nich nasze tobołki i rozrywali je na strzępy - opowiadał Wódz Pies. - Wynieśli nasze siekiery, noże i patyki do namiotów i złożyli tuż przy broni palnej.
W dalszym ciągu niezadowoleni dowódcy zażądali, aby jeńcy zdjęli z siebie koce i poddali się rewizji.
Na twarzach wojowników pojawił się gniew, lecz tylko szaman, Żółty Ptak, wyraził jawnie swój protest.
Alice Ghost Horse zauważyła jego postać stojącą ze wzniesionymi nad głową rękoma i dłońmi skierowanymi ku górze w geście modlitwy
- Kule nie będą padały w waszą stronę - zaśpiewał w języku sju. - Preria jest duża, a kule nie będą leciały w waszym kierunku.
Tłumacz 7 pułku kawalerii, Philip F. Wells, oświadczył później, że Żółty Ptak podniósł się i rozmyślnie podburzał Indian do walki.
Pułkownik James W. Forsyth zeznał natomiast, że Żółty Ptak zupełnie go nie martwił, dopóki Wells nie zwrócił na niego wagi:
- Jeden Indianin, nieco oddalony od pozostałych i w stroju do Tańca Duchów, zaczął przemawiać, na co nie zwróciłem uwagi. Jednak po krótkiej chwili tłumacz powiedział mi, że mówi on o zgładzeniu Białych.
Nieco jednak inaczej wspominała tę sytuacje później Alice Ghost Horse:
- Szaman o imieniu Żółty Ptak - stał zwrócony na wschód, tuż przy dole z ogniskiem, który wcześniej został przykryty świeżą ziemią. Modlił się i wołał. Mówił do cętkowanego orła, że pragnie zginąć zamiast swoich ludzi. Musiał przeczuwać, że cos się stanie. Podniósł nieco ziemi z ogniska i rzucił nią w powietrze, mówią; Oto jak chcę wrócić - jako ten pył.
Wszelkie różnice w opisie powyższego, i poniższych zdarzeń, wynikać mogą z tego, że opis większości z nich pozostawił po sobie Metys Philip Wells, który nie znał dobrze dialektu hohwoju. Należy też wziąć pod wagę fakt, że jakby nie było, wszystkie osoby opisujące przebieg wydarzeń nad Wounded Knee doznać tam musiały swego rodzaju paniki, a to jest już pierwszy stopień to emocjonalnie innego niż inni odbierania bodźców i zapamiętywania danych chwil.
W chwili narastającego napięcia George D. Wallace powiedział do Josepha Horn Clouda, brata Dewey Bearda:
- Joseph! Idź lepiej do kobiet i powiedz im, żeby zostawiły wozy i osiodłały swoje konie, aby były gotowe do ucieczki, gdyż tutaj może dojść do tragedii, bo oficer jest pół pijany.
Tymczasem rewidujący Indian żołnierze znaleźli tylko dwa karabiny, w tym nowy winchester, należący do młodego Indianina, Czarnego Kojota. Podniósł on swą broń nad głowę i krzycząc, że zapłacił za nią dużo pieniędzy, próbował przekonać zabranych, że należy ona do niego. Żołnierze brutalnie zerwali koc okrywający Czarnego Kojota.
Kilka lat później Żelazny Grad wspomniał, że Czarny Kojot był głuchy;
- Gdyby go wtedy zostawili w spokoju, oddałby broń tak, jak tego żądali. Chwycili go jednak, okręcili i pchnęli w kierunku wschodnim. Mimo to wydawał się obojętny na wszystko. Lufa jego karabinu nie była skierowana do nikogo. Chciał złożyć broń. Gdy usiłowano wyrwać mu broń, rozległ się strzał. Był on bardzo głośny. Nie mogę stwierdzić z pewnością, czy ktoś w tym momencie zginął, lecz po tym nastąpił straszliwy huk.
W pierwszych sekundach walki huk karabinów był ogłuszający, a powietrze wypełnił dym.
- Brzmiało to jak odgłos rozdzieranego płótna - opisał później sytuację Szorstkie Pióro.
Bojący Się Wroga porównał zaistniały hałas do huku pioruna.
Zawracający Jastrząb powiedział o Czarnym Kojocie, że był on:
- Szaleńcem, młodym człowiekiem mającym zły wpływ na swoich braci, w zasadzie był nikim.
Zawracający Jastrząb utrzymywał też, że to właśnie Czarny Kojot wystrzelił pierwszy ze swego winchestera, na co żołnierze;
- Natychmiast odpowiedzieli ogniem, a to dało początek zabijaniu na oślep.
Porucznik W. W. Robinson Jr., jedyny kawalerzysta siedzący na koniu w centrum obozu, krzyknął:
- Uwaga! Będą strzelać!
Wodzowie zerwali się na równe nogi w tej samej chwili, gdy porucznik James Mann wrzasnął:
- Ognia! Strzelać do nich!
Na tę komendę kompanie K i B tworzyły ogień, okrywając zarówno napastników, jak i ofiary, ciemną zasłoną gryzącego dymu.
Alice Ghost Horse chwile te wspominała tak:
- Usłyszałam pierwszy wystrzał w środku obozu, a po nim wypaliły wszystkie pozostałe karabiny. Od czasu do czasu wielkie karabiny na kołach robiły wielki huk. Wszyscy Indianie Lakota byli rozbrojeni, tak więc jedyne co mogliśmy zrobić, to rozproszyć się we wszystkich kierunkach. Dwa oddziały kawalerii rzuciły się w pościg, strzelając do każdego uciekiniera - Ojciec wrócił do naszego wozu, a mój koń zaczął się wyrywać. Ojciec powiedział mi więc, żebym zeskoczyła. Zsiadłam z niego i koń pobiegł z całych sił w kierunku potoku. Uciekaliśmy do jaru, gdzie gęsto rosły śliwy i schroniliśmy się w zaroślach. Cały czas trwał ostrzał karabinowy i ludzie bali się o swoje dzieci. Dzieci wszędzie płakały i mój ojciec powiedział, że idzie pomóc innym. Matka sprzeciwiała się temu, ale mimo to ojciec poszedł. Bardzo szybko przyczołgał się z powrotem; był ranny poniżej lewego kolana i bardzo krwawił. Wziął mojego młodszego brata, który miał wówczas sześć lat, i powiedział, że zabierze go dalej w dół rzeki do lepszej kryjówki, a następnie wróci po nas. Po chwili przyczołgał się znowu i powiedział: Hunhun he, micinksi kte pelo! (Zabili mojego syna!). Miał łzy w oczach i my też zapłakaliśmy - nie było jednak czasu na żale -. Ojciec powiedział, że powinniśmy przeczołgać się dalej, ale moja matka odparła, iż lepiej zginąć tutaj razem i kazała mi wstać, co też uczyniłam, ale ojciec ściągnął mnie w dół. Bez większego trudu przeczołgaliśmy się do większej kryjówki. Dookoła świstały kule, a ojciec znowu poszedł pomagać innym.
Na moment ogień ustał i niewielkie grupy Indian i żołnierzy przystąpiły do walki wręcz przy użyciu noży, kijów i pistoletów. Ponieważ niewielu Indian posiadało jakąś broń, zaczęli wkrótce szukać ratunku w ucieczce i wtedy to właśnie działa ustawione na wzgórzu otworzyły ogień, wyrzucając pociski niemal co sekundę. Szrapnele rozrywały namioty, niosąc śmierć mężczyznom, kobietom oraz dzieciom.
W walce wręcz wziął też udział porucznik Sedgwick z kompanii E. Do końca swoich dni zapamiętał kobietę stojącą nad grupą ciał, w której widocznie znajdowała się cała jej rodzina. Jako ostatnia żyjąca osoba najwidoczniej zdecydowała się, że nie chce żyć sama, bez nich. Zaszokowany porucznik powiedział później:
- Podcięła sobie gardło i była już w stanie agonii, kiedy znalazłem się przy niej.
W późniejszym czasie szeregowiec Eugene Cldwell napisał w liście do swego ojca;
"- To był bardzo kiepski plan, sposób w jaki zaplanowano walkę. Poganiane cztery szwadrony uformowały kwadrat wokół Indian i nasi byli zbyt blisko, taż, że mogli dotknąć Indian swoimi karabinami -. Od pierwszej naszej salwy padło około 20-30 Indian i strzelaliśmy dalej, dopóki nie wykończyliśmy całej grupy -. Kiedy było już po wszystkim, rozciągał się przed nami straszny widok. Zrobiło mi się od tego niedobrze -. Niektórzy z naszych ludzi wpadli w szał i strzelali do kobiet, ta samo jak do mężczyzn. Dowódca jest krytykowany za sposób, w jaki pokierował walką. Gdyby zrobił to, co powinien, wówczas nie stracilibyśmy 1/5 naszych ludzi."
- Próbowaliśmy uciekać - opowiadała później jedna z kobiet, Louise Niedźwiedź Łasica - ale strzelali do nas, jakbyśmy byli stadem bizonów. Wiem, że są także dobrzy Biali, ale żołnierze muszą być podli, zabijając dzieci i kobiety. Indiańscy wojownicy nie postąpiliby tak z dziećmi Białych.
Ukrywająca się Alice Ghost Horse powiedziała:
- Jacyś ludzie przyczołgali się -. Młodsi płakali. Jeden z rannych zmarł tutaj, ale n ikt nie mógł nic na to poradzić.
Przyszedł człowiek o imieniu Wawoslal Wanapin, czyli Napierśnik (Breast Plate) i powiedział nam, że mój ojciec został zabity. Wszyscy zapłakaliśmy, ale przez krótki czas, żeby nas nie słyszano. Później nadszedł Charge in Kill i Nistuste (Black Hip), lecz znowu nas opuścił. Myślę, że byli dzielnymi ludźmi. Czas wydawał się wiecznością.
- Uciekałam z tego miejsca, biegnąc za tymi, którzy uciekali przede mną - powiedziała Hakiktawin, inna młoda Indianka. - Mój dziadek, babka i brat zginęli od kul, gdy przebiegaliśmy przez wąwóz, a mnie postrzelono wówczas na wylot prawe biodro. Gdy już leżałam na ziemi, niezdolna do ucieczki, kula przeszyła mi przegub prawej ręki. Mała dziewczynka przybiegła do mnie i wczołgała się pod mój koc. Wtedy to ujęli nas żołnierze.
Nie ma żadnych dokumentów świadczących o tym, czyje kule zabiły i raniły żołnierzy, ale należy przyjąć, iż Indianie musieli także strzelać. Liczne za to dowody sugerują prowadzenie krzyżowego ostrzału w którym żołnierze zabijali samych siebie. Szeregowiec z 7 pułku kawalerii pozostawił sugestywną relację w liście wysłanym z Pine Ridge do swego brata:
" Wszyscy krzyczeli i strzelali, nie było tu większej dyscypliny niż w barowej burdzie -. Zastrzeliłem jednego uciekającego Indianina, a kiedy go sprawdziłem, okazało się, że nie miał ani karabinu, ani też pasa z nabojami -. Od początku do końca walki, jak mi się wydaje, nie widziałem nawet dwóch tuzinów Indian i jest dla wszystkich tajemnicą, skąd pochodziły kule, które zabiły lub zraniły 1/3 mojego regimentu. Otrzymałem postrzał w lewe ramię, kula przecięła rękaw i drasnęła ciało. Rana krwawiła obficie i nie miałem wątpliwości, że postrzelił mnie któryś z moich towarzyszy -. Pułkownik Forsyth był bardzo blady, kiedy wydał rozkaz sprawdzenia, czy jakieś kobiety leżące wszędzie dookoła są żywe -. Dostaliśmy jednak po karku. Mój kapitan, Wallace, był martwy jak i ośmiu innych z moje kompanii a kiedy mieliśmy zbiorę, wyglądało, jakby brakowało połowy regimentu -."
Jedną z czterech haubic Hotchkissa, obsadzoną przez niemieckiego emigranta, kaprala Paula H. Weinerta, przesunięto do wylotu wąwozu, gdzie wymordowano płaczącą grupę kobiet i dzieci przy pomocy 2-funtowych i 10-uncjowych pocisków. Ich ciała leżały co kilka stóp na przestrzeni 4200 jardów. Kiedy kapral przestał strzelać, żołnierze podbiegli do niego z gratulacjami. Zdając sobie sprawę z tego, co zrobił, Weinert powiedział:
- Spodziewałem się sądu wojennego. Jakże więc było moje zdumienie, kiedy gburowaty zazwyczaj Allyn Caprom, mój kapitan, podszedł do mnie, wziął mnie w ramiona, po czym powiedział do oficerów i żołnierzy: Oto jakich ludzi mam w swojej baterii!
Dewey Beard stracił siedmiu członków swoje rodziny; matkę Brown Leaf Woman, ojca Horn Cloud, dwóch braci: Williama i Shermana, siostrę Pretty Enemy, żonę Wears Eagle i malutkiego synka Wet Feet. Sam Beard został czterokrotnie postrzelony; w plecy, biodro, łydkę i swoje "łono". Rozwścieczony zabił żołnierza, wziął wojskowy karabin, pokuśtykał w kierunku wąwozu i tam padł:
- Leżąc na plecach spojrzałem w głąb wąwozu i zobaczyłem wiele wspinających się i płaczących kobiet. Ujrzałem też po obu stronach wąwozu żołnierzy, którzy strzelali do nich, póki wszystkich nie zabili. Widziałem młoda kobietę, jak chodziła miedzy nimi, płacząc i wołając: Mamo! Mamo!. Była ranna pod brodą, blisko gardła, a kula przeszła przez warkocz i w ranie znajdowały się jej włosy. Jej matka leżała za nią martwa - Idąc trochę dalej, natrafiłem na moją matę, która poruszała się bardzo wolno, gdyż była ciężko ranna -. Gdy znalazłem się przy nie, powiedziała: Synu! Podejdź do mnie. Zaraz upadnę. Kiedy się podniosła, żołnierze z obu stron wąwozu zaczęli do niej strzelać i zabili ją. Odpowiedziałem ogniem strzelając do nich w obronie swe matki.
Duża Stopa został postrzelony pierwszy raz, kiedy leżał na ziemi przed swoim namiotem. Próbował się później podnieść, ale zobaczył to jeden z oficerów i znowu do niego strzelił. Gdy córka wodza pobiegła by go ochronić, otrzymała strzał w plecy.
Gdy ta straszliwa masakra dobiegała końca, okazało się, że Duża Stopa i ponad połowa jego ludzi została zabita lub ciężko raniona. Na miejscu zginęło wówczas stu pięćdziesięciu trzech Indian, wielu zaś rannych uciekało czołgając się, by umrzeć wkrótce potem.
Niecałą milę od centrum obozu młoda matka próbowała osłonić swoje dziecko od wiatru. Przerażona kobieta przesunęła niemowlę przez swoją głowę i przebiegła 1/8 mili do strumienia Wounded Knee, zanim nie dopadł jej konny żołnierz. Gdy zorientowała się, że nie zdoła już uciec, prawdopodobnie błagała go, by oszczędził życie jej dziecka, tak jak robiły to inne kobiety. Podniosła ku niemu niemowlę i prosiła:
- Michin chila! Michin chila! (Moje dziecko! Moje dziecko!).
Lecz żołnierz nie okazał dziecku litości. Strzelił dwukrotnie prosto w piersi kobiety i odjechał. Podmuch z hukiem cisnął nią na twardy grunt pod ściętym brzegiem. Pod zamarzniętymi zwłokami niemowlę nie mogło się poruszać ani też niczego zobaczyć w ciemnościach.
Liczbę zabitych Indian Sioux określono na blisko trzystu z trzystu pięćdziesięciu mężczyzn, kobiet i dzieci; wojsko poniosło straty w liczbie 25 zabitych i 39 rannych, w większości od własnych kul i szrapneli.
Gdy ranni żołnierze zostali już odesłani do Pine Ridge, niewielki oddział udał się na pole walki w Wounded Knee. Pozbierano żyjących jeszcze Indian i załadowano ich na wozy.
Alice Ghost Horse w wspominała później:
- Późnym popołudniem wielu ludzi leżało porozrzucanych na śniegu. Ściemniało się i strzelanina skończyła się raptownie. Usłyszeliśmy jadący wóz, prawdopodobnie zbierający martwych żołnierzy, zabitych w krzyżowym ogniu.
Pod koniec dnia okazało się, że nadchodzi zamieć śnieżna, zostawiono więc zabitych tam, gdzie kto padł, a kiedy żołnierze odkomenderowani do grzebania zmarłych wrócili, znaleźli ciała zamarznięta - w tym zwłoki Dużej Stopy - powykręcane w groteskowe kształty.
Droga powrotna Białych Oczu do wioski Dużej Stopy, a następnie nad potok Wounded Knee mogła wynosić 250 mil i trwała w przybliżeniu 22 dni.
W dalszej części swych wspomnień Białe Oczy powiedziała:
"Spojrzałam w dół, nad potok i zobaczyłam wielkie ognisko, z wokół kręcili się żołnierze i indiańscy zwiadowcy pracujący dla wojska. Wszystko było doszczętnie spalone, a na ziemi leżały ciała zabitych ludzi. Płakałam, ponieważ odnalazłam wodza Dużą Stopę zbyt późno, by go ostrzec, iż Biali chcą nas wszystkich zabić.
Żołnierz zobaczył mnie, ale nie mogłam już uciekać. Mówił coś do mnie, lecz jego słowa były dla mnie obce. Po chwili wrócił z chłopcem, któremu powiedziałam, że jestem ranna i nie mogę chodzić. Żołnierz myślał, iż zostałam postrzelona w czasie masakry. Podniósł mnie i zaniósł do wozu, gdzie straciłam przytomność.
Kiedy się ocknęłam, żołnierz niósł mnie do długiego budynku. Zostałam tu razem z moimi krewnymi, którzy przeżyli masakrę. Większość z nich zmarła w straszliwych bólach."
Alice Ghost Horse wspominała też:
- Wszyscy, którzy tylko mogli, wstali i poszliśmy na północ. Przeszliśmy ostrożnie przez koryto rzeki i wąwozy - Potykaliśmy się o coś ciemnego, czym okazywało się martwe zwierzę lub nawet zabity Indianin Lakota. Słyszeliśmy dzieci wołające o wodę, lecz nie mogliśmy nic zrobić. Było zbyt ciemno i bardzo zimno. Wielu rannych prosiło o pomoc.
Szliśmy korytem rzeki, cały czas na północ. Musiał to być potok Wounded Knee. Napotkaliśmy naszych krewnych, którzy także chcieli uciec.
Wozy wiozące rannych Indian (czterech mężczyzn oraz czterdzieści siedem kobiet i dzieci) dotarły do Pine Ridge już po zmroku. Ponieważ wszystkie baraki były zajęte przez wojsko, pozostawiono Indian w otwartych wozach na mrozie, podczas gdy jakiś niezaradny oficer próbował znaleźć dla nich schronienie. W końcu otworzono budynek kościoła episkopalnego, wyniesiono ławki, a na podłogę rzucono trochę siana.
Było to czwartego dnia po Bożym Narodzeniu roku Pańskiego 1890. Gdy pierwsze poszarpane i krwawiące ciała wniesiono do oświetlonego świecami wnętrza kościoła, ci, którzy byli jeszcze przytomni, ujrzeli zawieszone na krokwiach zielone gałązki stanowiące świąteczną dekorację. W poprzek prezbiterium, tuż nad amboną, rozpęta była szarfa, z prymitywnie wykonanym napisem: "Pokój na ziemi ludziom dobrej woli".
Kolejny big zdarzeń Alice Ghost Horse zapamiętała następująco:
- Następnego ranka, kiedy gotowaliśmy się do drogi, okazało się, że w nocy przybył Dog Chasing razem z dwiema kobietami. Ci, którzy odjechali, musieli ich tu przysłać - Było nas więc teraz szesnaście osób. Wyruszyliśmy wcześnie, mężczyźni szli na przedzie. Po przejściu niewielkiej odległości spotkał nas szczęśliwy traf, gdyż znowu jechałam na koniu z moim małym bratem, a matka prowadziła konia, idąc pieszo.
Po drodze musiałam zasnąć, budząc się i śpiąc na zmianę. Nie wiedziałam co się działo przez pewien czas. Kiedy już przebudziłam się na dobre, zjeżdżaliśmy ze wzgórza. Na dnie doliny stał dom z pni, a nawet z drewnianą podłogą i paleniskiem, w którym rozpalono ogień. Mogliśmy więc odpocząć o ogrzać się . Było już późno, więc ruszyliśmy dalej, aby pokonać jeszcze parę mil przed zmrokiem. Ten zaczął się od zachmurzenia . Chmury przetoczyły się nad wzgórzami i dolinami niczym woda. Jedne wyglądały jak delikatną mgiełka, inne jak chmury deszczowe. Wówczas powiał wiatr. Kilka chwil później zamienił się z blizzard. Jeden mężczyzna poprowadził ans w kierunku chaty, którą kilka mil wcześniej zauważył ze szczytu wzniesienia. Idąc wzdłuż potoku, dotarliśmy do tego błogosławionego miejsca, z wielka radością zatrzymaliśmy się tutaj. Przeczekaliśmy burzę .
Tej nocy Alice obudziły głosy mężczyzn i kobiet. Gwałtownie rozmawiali o tym, że ktoś prawdopodobnie usłyszał zbliżającą się kawalerię. Wówczas po raz pierwszy przeraziła się. Serce waliło jej w piersi i w ciemności przesunęła się bliżej matki:
- Przytulenie się do ciała matki było tak samo naturalne, jak skok przestraszonego królika do jego legowiska.
Zaraz po tym usłyszała jednego z mężczyzn, mówiącego szeptem, że już czas ruszać;
- Nikt nie protestował. Każdym kierował instynkt przetrwania. Kiedy opuszczaliśmy chatę, wciąż jeszcze było pochmurno i panował lekki mrok. Znowu jechałam razem z moim bratem. Od czasu do czasu sypał śnieg, ale wędrowaliśmy dalej wgłębieniami terenu, gdzie wiatr nie był taki silny. W końcu dotarliśmy do obozu Indian Oglala.
Alice i ci, którzy pozostali z jej rodziny, byli już bezpieczni, lecz innym kobietom i dzieciom uciekającym przed masakrą nie poszczęściło się tak samo.
Trzy dni po masakrze przestał wiać blizzard, pozostawiając dziecko przykryte śnieżną zaspą i ciałem zamordowanej matki, tej wołającej; Michin chila! Michin chila! Dziecko płakało rozpaczliwie. Płakało z powodu zapachu zamarzniętej krwi matki i swoich własnych nieczystości. Jakimś cudem lód nie pokrył nozdrzy niemowlęcia i nie udusił go. Silne wiatry i mróz sprawiły utratę ciepłoty ciała, a głód i pragnienie odwodniły organizm dziewczynki. Jeśli dziewczynka płakała, to nie było tam nikogo żywego, kto mógłby ją usłyszeć.
Kilka dni później znaleziono ciało kobiety i jej dzieci, które ścigano i wymordowano jak przepiórki, 3 mile od strumienia Wounded Knee. Reporter towarzyszący grupie grabarzy zanotował, iż pierwsze znalezione ciało należało do chłopca w wieku około dwunastu lat. Został on postrzelony "poniżej lewego oka. Kula rozszarpała mu policzek i pozostawiła krwawy otwór wielkości srebrnej dolarówki. Agonia musiała trwać co najmniej kilka sekund, gdyż prawe ramię miał zarzucone na czoło, palce lewej ręki kurczowo zaciśnięte w chwili śmierci na długich, kruczoczarnych włosach w pobliżu osmolonego prochem otworu w czaszce.
Matka. Jakieś szlachetne ręce rozkopały ziemię, do której była przymarznięta, a palce szczypiące od gorącej krwi płynącej ze wzburzonych serc delikatnie usunęły z jej przygnębionej i wykrzywionej twarzy gałęzie, liście i ziemię. Jej mocne ramiona były odsłonięte, a nogi wyciągnięte, co było naturalnym skutkiem rany, która zaczynała się na prawym barku i kończyła w dolnych rejonach brzucha. Potok krwi z rany na barku zalał jej znoszone i brudne ubranie, zabarwiając je na czerwono. Piersi, z których jej maleństwa ssały swój pierwszy pokarm, były zalane krwawą strugą. Był to potworny widok. Kim byli ci mordercy? Ogarnął mnie wstyd. Byli i nadal są żołnierzami armii Stanów Zjednoczonych. Żaden z tych ludzi, którzy oddali te strzały, nie może powiedzieć, że nie wiedział, kim były jego ofiary, gdyż każda rana świadczyła o tym, iż wylot lufy znajdował się w odległości zaledwie kilku stóp od osoby, do której był wymierzony."
Wielu rannych zmarło później lub zostało skrycie zabranych w nocy przez Indian Lakota z innych grup. W temperaturze 40 stopni poniżej zera cierpieli tak bardzo od duszącego śniegu i wiatru, że zęby przymarzały do warg, gdy otwierali usta, a lodowaty wiatr ciął ich gardła i płuca niczym żywy ogień. Ciała pochowana w nieznanych miejscach, starannie zatajonych przed federalnymi urzędnikami, którzy później zbyt nisko oszacowali straty Indian na 146 ofiar, o ponad 200 mniej niż wynosiła rzeczywista liczba zmasakrowanych na ich własnej ziemi.
Porucznik Kirkman wysłał z wozem Augusta Hetingera z 8 pułku kawalerii, aby pozbierał zwłoki. Na widok poszarpanych, wykrzywionych twarzy ofiar Hettinger pochylił się i zwymiotował na śnieg. Kiedy kawaleryjskie muły z zaprzęgu poczuły ludzka krew, zaczęły wierzgać, cofać się do tyłu i rzucać bokami, zrywając przemarzniętą uprząż. Hettinger próbował powstrzymać przestraszone zwierzęta, ale muły gryzły go i kopały, strzygły uszami i obnażały groźnie zęby.
Grabarze Kirkmana przez półtora dnia pracowali na ostrym mrozie. Zdumiewające, ale po czterech dniach od masakry w czasie których wiały ostre blizzardy, wciąż znajdowali nad Wounded Knee żyjących ludzi. Co jakiś czas odnajdywano żywego mężczyznę lub kobietę i Hettinger pomagał załadować ich na wozy, składając ich razem z zabitymi. Pewna kobieta miała ciało sześciokrotnie przestrzelone na wylot. Hetinger wspominał:
"Do końca stawiali opór i nagrodą za nasze starania zapewnienia im wygody były spojrzenia pełne nienawiści. Nie mogliśmy im pomóc, ale podziwialiśmy taką odwagę w obliczu śmierci."
Zamarznięte ciała ludzi Dużej Stopy zabrano na szczyt wzgórza górującego nad doliną, w której zostali zabici. Grabarze zaczęli kopać zbiorowy grób o głębokości 1,8 metra, szerokości 3 metrów i długości 18 metrów. Wokół stali pozostali i opierali się na swoich długich karabinach, nie zważając na przerażającą scenę, wciąż czujni na wypadek ataku. Parujące konie gryzły swoje lodowato zimne wędzidła, chrapiąc niespokojnie. Chrobotanie łopat o kamienie oraz dochodzące z dołu, z doliny, krzyki i lamenty żałobników przerywały ciszę. W końcu ogromny grób został ukończony i grabarze patrzyli w dół na swoje dzieło.
Kiedy padł rozkaz pogrzebania pierwszej partii ofiar, Starr, Peano i McWilliams wskoczyli do grobu i pojedynczo zrzucano im ciała. Zabierali oni zmarłym wszystkie przedmioty, które można było sprzedać. Ubrania zostały sprzedane kawałem po kawałku licznie zebranym gapiom. Zakrwawione szaty kosztowały więcej, a tłumacz Philip F. Wells oferował najwyższe ceny za koszule duchów, które później odsprzedał instytucji Bureau of American Ethnology.
Fotograf George E. Trager z Chadron w Nebrasce przytaskał nieporęczny sprzęt nad grób, akurat w momencie, gdy szereg żołnierzy stał na skraju grobu i zaczęto zdejmować z wozu pierwsze ciała. Trager przesuwał się tam i z powrotem, ustawiając swój statyw i aparat. Wokół niego skupili się żołnierze, pomagając w odnalezieniu najbardziej interesujących trupów Indian. Ktoś rozpoznał Dużą Stopę i Trager pospieszył zrobić mu zdjęcie, zanim oddział grabarzy go zabierze. Wódz znajdował się w pozycji pół-siedzącej z wyrazem oszołomienia na twarzy. Następnie znaleziono Żółtego Ptaka, szamana, który przed masakrą modlił się do orła. Leżał w śniegu na brzuchu. Trager, niezadowolony z takiego ujęcia, odwrócił z pomocą żołnierzy ciało, odsłaniając zamarznięte genitalia. Ktoś położył karabin obok jego ciała, dzięki czemu zdjęcie nabrało odpowiedniej grozy. Intymne części Żółtego Ptaka wytrawiono na późniejszych kopiach, tka by nie urazić dam.
Bez żadnej modlitwy martwi Indianie Lakota zostali "ułożeni warstwami w masowym grobie, pierwszy rząd w poprzek dna rowu, przykryto go następnie starymi kocami wojskowymi, a na nie złożono następną warstwę ciał wzdłuż dołu. W ten sposób grabarze pracowali aż ciała wypełniły grób niemal po same brzegi" i przykryto je ziemią.
James Pipe on Head, wnuk Dużej Stopy, wspominał:
"Jeden z nich był postrzelony w oko, ale wciąż jeszcze żył, jednak pochowano go razem z resztą trupów. Uważaliśmy, że ten czyn jest nieludzki."
Dowódca oddziału, który grzebał ciała, kapitan Frank D. Baldwin, napisał do asystenta szefa Sztabu Generalnego Kwatery Głównej Okręgu Missouri w Pine Ridge:
"Jestem pewien, że ludzie ci zostali zabici w dniu bitwy przez żołnierzy z 7 pułku kawalerii dowodzonego przez kapitana Godfreya. Wyraźnie widoczne były ślady koni podkutych podkowami Goodenough'a."
W czasie pochówku dr Charles Eastman, lekarz (Indianin Sioux) poprowadził z Pine Ridge jeszcze jedną grupę. Motywy doktora Eastmana były całkowicie humanitarne. Szukał tych, którzy jeszcze żyją.
Z tyłu tej pogrążonej w smutku kawalkady jechało dziewięćdziesięciu Indian Lakota, wśród których znajdował się Amerykański Koń. Wszyscy z niepokojem przeszukiwali każde wgłębienie i każdą kępę krzaków. Poprzedniego dnia wzburzeni wyznawcy Tańca Duchów ostrzelali wozy i w każdej chwili należało spodziewać się nowego zagrożenia. Eastman tak opisał tę podróż:
"Obawialiśmy się, że jacyś Indianie mogli pozostać na polu walki i wielu naszych zgłosiło się na ochotnika, aby wyruszyć tam i to sprawdzić. Wybrano mnie na przywódcę wyprawy. Co najmniej 3 mile od miejsca masakry znaleźliśmy ciało kobiety całkowicie pokryte śniegiem i od tego momentu widzieliśmy wszędzie porozrzucane ciała, bezlitośnie zmasakrowane w czasie ucieczki z obozu. Na ten widok straciłem zimną krew, jak również w obliczu wzburzenia i smutku moich indiańskich towarzyszy, z których niemal każdy płakał na głos lub śpiewał swoją pieśń śmierci. Biali byli bardzo zdenerwowani, ale mimo to sprawdzaliśmy i odwracaliśmy każde ciało, aby zobaczyć czy ktoś jeszcze żyje. Wszystko to było ciężką próbą dla kogoś, kto tak niedawno całym swoim sercem uwierzył w chrześcijańską miłość i wzniosłe ideały Białego."
Eastman szukał miejsc, w których sam by się schronił, aby przeżyć masakrę. Do południa jego ludzie odnaleźli jeszcze dziesięciu żywych ludzi, a których większość zmarła w męczarniach, w ciągu 24 godzin. Pewien mężczyzna poprosił jedynie o nabicie jego fajki przed śmiercią.
Wyczerpany i poruszony do głębi tym, co zobaczył, doktor martwił się o dziesięciu odnalezionych rannych, których należało zabrać jak najszybciej do Pine Ridge, jak również obawiał się, że mógł pominąć kogoś, kto doczołgał się do wąwozów czy zarośli i był teraz zbyt daleko, by go odszukać.
Kiedy George E. Bartlett na swoim koniu zatrzymał się chwilę nieopodal doktora Eastmana, usłyszał głos, który:
- Wziąłem za płacz dziecka. Zawróciłem, ale nie mogłem umiejscowić skąd dochodzi dźwięk. Moim ludziom także wydawało się, że usłyszeli płacz i znowu zaczęliśmy nasłuchiwać. Po kilku chwilach do naszych uszu znowu dotarł płacz -.
Zgromadzeni wokół ludzie nie mogli stwierdzić, w jakim kierunku uciekinier mógł szukać schronienia przed wiatrem pośród zamarzniętej trzciny preryjnej, która choć krucha, to jednak zawsze przetrwa znacznie potężniejsze siły natury, trzymając się ziemi korzeniami niczym orlimi szponami. Ludzie rozdzielili się, pieszo i konno szukając miejsca, z którego dochodził dźwięk.
Tak właśnie odnaleziono martwą i okaleczoną matkę, ukrytą w korycie potoku i przymarzniętą do stromego brzegu, gdzie umierająca kobieta wykopała rękami płytki dołek. Po okryciu dziecka pod swoim ciałem zapadła w sen, z którego już nigdy się nie obudziła. Obok leżały ciała czterech innych kobiet, które podzieliły jej los.
Doktor Eastman i jego ludzie oderwali przymarznięte do ziemi ciało kobiety i podnieśli jej sztywne zwłoki niczym ciężką bryłę lodu. Wówczas w ej objęciach odnaleźli źródło przytłumionego płaczu - małą dziewczynkę. Bartlett ukląkł, by uwolnić z zamarzniętych ramion matki jej ledwie oddychające niemowlę:
- Ku mojemu zaskoczeniu, dziecko miało się dobrze.
Odmrożona główka dziecka była ledwie widoczna pod skórzanym czepkiem, charakterystycznie ozdobionym flagami USA wyszytymi z czerwonych, białych i niebieskich koralików. Kiedy Bartlett wziął dziecko z rąk matki, niemowlę zaczęło krzyczeć słabym głosem. Balett zajął się dzieckiem i owinął na drogę powrotną do Pine Ridge.
Wśród prawie setki ludzi Eastmana znajdował się tłumacz John Shangreau i Mały Nietoperz Garnier. Wiele lat później Shangreau, Garnier i Bartlett, jak również i inni członkowie grupy grabarzy, sobie przypisywali odnalezienie dziecka - a ich opowieści były całkowicie prawdziwe. Na ten temat powstało zamieszanie, ponieważ co najmniej pięcioro żywych dzieci w wieku około jednego roku, jak również kilkoro starszych, zabrano do Pine Ridge. Inne niemowlęta, które przeżyły ten koszmar, zostały uratowane w czasie zamieci przez ludzi z różnych grup wyznawców Tańca Duchów. Czarny Wapiti i Czerwona Wrona wyjechali z Pine Ridge, gdy tylko usłyszeli odległe odgłosy wystrzałów dobiegając od strony Wounded Knee. Szukając ocalałych, każdy z nich znalazł żywe niemowlę i obaj zabrali dzieci do obozu wyznawców Tańca Duchów, gdzie "kobiety mające pokarm nakarmiły niemowlęta".
Spośród niemowląt, które przeżył masakrę, jedno wziął Bartlett do Pine Ridge, kilka pozostałych oddano rezerwatowym rodzicom, a jeszcze inne zabrano do misji Holy Rosary, gdzie księża i zakonnice udzieliły pomocy rannym. Misja leżała jakieś 5 mil na północ od Pine Ridge i przez cały czas niepokojów z lat 1890-91 pozostawała schronieniem dla Indian, jak również dla nie-Indian. Ponieważ ojciec John Jutz miał opinię człowieka wielkiej dobroci i pomimo jego ignorancji, przywódcy ruchu Tańca Duchów obiecali Jutz'owi, iż jego misja nie zostanie spalona i Indianie Lakota dotrzymali tej obietnicy.
W kościele Mary White, żona zwiadowcy Franka White'a, wzięła niemowlę osłonięte męskim płaszcze. Dziecko ciężko oddychało rozpalonymi płucami, ale jego małe ramiona wykonywały szybkie i gwałtowne ruchy, zupełnie jak bokser - co było dobrym znakiem. Dziewczynka kopała, zaciskała i otwierała piąstki. Pani White szybko zabrała ją do ciepłej misyjnej kuchni. Przywołano mamkę, podczas gdy kilka zakonnic badało dziecko, szukając ran.
- Spójrzcie na nią - zawołała jedna z nich. - To biedactwo jest pomalowane!
Twarz dziewczynki pomalowana była czerwoną i czarną farbą na czole i policzkach. Kobiety były przerażone, nie zdawały sobie sprawy, że farba zmieszana była z tłuszczem, co było pradawnym środkiem przeciw odmrożeniom. Zaparło im dech, kiedy zobaczyły zakrwawione ubranko, pokrytą zeschniętą krwią sukienkę i zakrwawione nogawice z wyprawionej skóry. Pani White ostrożnie zdjęła nogawice, spodziewając się znaleźć rany, lecz dziecko nie odniosło żadnych obrażeń. Krew na ubranku i włosach dziewczynki mogła więc należeć do jej krewnego, który ciskał ją w swoich ostatnich, straszliwych chwilach życia. Dziecko spragnione było mleka lakockiej mamki. Jednak, kobieta najpierw delikatnie wlała swoje ciepłe mleko do nosa niemowlęcia, aby zmiękczyć śluz. Wówczas dziecko kaszlem i kichaniem oczyściło sobie nozdrza, tak że mogła teraz lepiej ssać pierś. Mamka przemyła swoim mlekiem także oczy niemowlęcia.
Maleństwo znad Wounded Knee połykało pierwsze pożywienie od czterech dni, chwytając pierś matki palcami, które były niczym maleńkie sople lodu. Następnie pani White wykąpała niemowlę.
Kobiety kolejno pilnowały śpiące dziecko. Wszystkie zachowywały się cicho i ostrożnie chodziły na palcach, jak to miały w zwyczaju nie-indiańskie matki, opiekujące się swoimi pociechami.
- Pani White, co zrobimy z tym dzieckiem? - Szeptem spytała jedna z kobiet. - Zatrzyma je pani?
- Nie mogę - odpowiedziała cicho pani White - ale powinnyśmy poszukać jakiejś indiańskiej kobiety, która pragnie dziecka. Lepiej będzie dla dziecka, jeśli będzie miało indiańska matkę.
Kobiety spojrzały na siebie w zdumieniu.
Spytano lakocką żonę Manuela Thomasa z White Clay, czy chce zabrać niemowlę. Kobieta natychmiast przyszła i wzięła dziecko, okrywając je fałdami swego koca, przytuliła policzek do śpiącej twarzyczki i znikła w drzwiach, tak samo cicho jak się pojawiła. Nakarmionym i wykapanym dzieckiem zaopiekowała się zastępcza indiańska matka, która instynktownie czuła, że ciepło i zapach jej własnego ciała przywróci mu poczucie bezpieczeństwa i niezwykłą, genetyczną więź rodzinną. Rodzina Thompsonów nadała swej adoptowanej córce imię Neglicu, czyli Ocalała (Comes Out Aliwe) i ochrzciła ą w wierze katolickiej jako Mary Thomas. Neglicu całe swoje życie spędziła w rezerwacie Pine Ridge, w przeciwieństwie od dziewczynki w czepku ozdobionym paskami i gwiazdami, którą George Berlett zabrał do Pine Ridge.
Kiedy George Bartlett dotarł z niemowlęciem do Pine Ridge, zastał agencję w stanie istnego oblężenia. Przerażeni osadnicy i duża grupa mieszkających tam osób spodziewali się w każdej chwili ujrzeć setki żądnych zemsty wojowników atakujących ze wszystkich stron. Pogłoski o spalonych domach i wymordowanych osadnikach rozprzestrzeniły się lotem błyskawicy. Niedoświadczony i niekonsekwentny w swych poczynaniach agent Daniel F. Royer był tak samo wystraszony jak i wszyscy inni.
Zatrwożeni obywatel ruszyli ulicami Pine Ridge w poszukiwaniu wszystkiego, co nadawałoby się do zabarykadowania ich domów, podczas gdy ponad dwudziestu reporterów zebrało się w osadzie, by pisać sensacyjne i wyolbrzymione doniesienia o zagrożeniu, które obiegły gazety całego kraju. Agent specjalny, E. B. Reynolds, nazwał ich korespondencje "najbardziej niesłychanymi bzdurami, jakie kiedykolwiek wydrukowano".
Z powodu swego "patriotycznego" nakrycia głowy, dziecko to od razu stało się swego rodzaju ciekawostką. Dziewczynka przeżyła masakrę i trzydniowy blizzard w temperaturze 40 stopni poniżej zera. Był to więcej niż cud - była to prawdziwa manifestacja heroicznego ducha, który przeznaczył jej niezwykły los od momentu, gdy została zabrana z lodowatych ramion swej matki.
Przez pierwsze dwa tygodnie po jej odnalezieniu opiekowali się nią ludzie poruszeni jej losem. Bartlett oddał niemowlę z Wounded Knee Długiej Kobiecie, żonie Pióra Na Głowie. Jednak Długa Kobieta nie zatrzymała dziecka. W czasie zamieszek prawdopodobnie zajmowało się nim wielu ludzi szukających dla niego mamki. Indianin Lakota o imieniu Chester White Butterfly napotkał pewną starszą kobietę trzymającą niemowlę i zapytał, czy może zabrać je do domu swojego brata. Tak to dziewczynka trafiła do handlarza Johna Yellow Bird i jego łagodnej żony Annie.
Kiedy kobieta została otoczona przez własne dzieci, powiedziała im:
- To jest wasza nowa siostrzyczka.
Annie nazwała dziecko Okicize Wanji Cinca, czyli Dziecko Z Miejsca Bitwy (Child of the Battlefield) i w jej troskliwych rękach niemowlę szybko odzyskało siły po tragicznych przejściach ostatnich dni. Sklep Johna Yellow Bird wypełniali ludzie, którzy wykupywali zapasy z obawy przed niedoborem żywności, jaki mogły spowodować problemy z Indianami. Wśród klientów był także Buffalo Bill Cody i jego agent prasowy, major John Burke. Major zobaczył sierotkę z Wounded Knee i wpadł na pomysł zabrania dziecka do Waszyngtonu, dla zamożnej damy Allison Nailor, której mąż był starym towarzyszem myśliwskich wypraw Bufflo Bill. Szczegóły tej umowy nie są znane, wiadomo tylko, że Burke został ojcem chrzestnym dziewczynki, gdy chrzczono ja jako Maggie C. Nailor.
Bartlett aż do 1904 roku szczerze interesował się losami dziecka i wciąż prosił o informacje na jego temat.
Zrobione po masakrze nad Wounded Knee zdjęcia Żółtego Ptaka i Dużej Stopy, jak również ubrania i inne rzeczy ofiar, stały się bardzo cenne dla kolekcjonerów, a handel eksponatami z czasów Tańca Duchów trwa do dzisiaj.
W 1939 roku ukazała się w Polsce książka Bolesława Zielińskiego, zatytułowana "Ostatni wigwam". Na samym jej początku autor opisuje jeden dzień jego pracy w Biurze Rekrutacyjnym Armii Polskiej w Nowym Jorku. Urzędowanie w tym dniu zbliżało się do końca:
"Nikogo więcej nie spodziewaliśmy się. - Siedzieliśmy nad papierami ochotników, starganymi, pomiętymi i zżółkłymi starając się z nich wyczytać tajemnicę miłości Ojczyzny nad siebie, nad swoich i nad swoje.
Nagle otwierają się szeroko drzwi i do biura wchodzi mężczyzna silnej a smukłej budowy, wyjątkowo słusznego wzrostu, zupełnie niepodobny do poprzedników, choć także chłopów na schwał.
Ujrzeliśmy przed sobą syna lasu, jego moc i dumę, skrzącą się w czarnych jak węgiel oczach i wyzierającą ze wspaniałych rysów twarzy, wykutej jak z kamienia, a jednak delikatnej i szlachetnej.
Nie było wątpliwości - przed nami stał rodowity Indianin.
- I'd like to be in the Polish Army - rzekł.
- Jak to? - Spytałem ze zdumieniem, wierząc raczej w największą pomyłkę, niż w to, że Indianin pragnie się zapisać do polskiej armii.
Zauważył moje zdziwienie i dobitnie, gardłową angielszczyzną powtórzył, że chce wstąpić do naszej armii, że się nazywa Jack Wheelbrrow i że należy do Indian Siuksów.
Zaciekawiony zacząłem go wypytywać o pobudki tego postanowienia. Dlaczego on nie mający nic wspólnego z Polską, niesie jej siebie w ofierze?
W odpowiedzi złożył najwspanialszy hołd, jaki kiedykolwiek składano czynowi Kościuszki. - A mianowicie do polskiej armii zgłosił się dlatego, że więcej się mu podoba Kościuszko, niż wszyscy amerykańscy generałowie, że widzi w nim swój ideał, gdyż Kościuszko pierwszy pomyślał o niewolnikach murzyńskich na wyswobodzenie których zapisał cały swój, uzyskany w uznaniu zasług w walce o niepodległość Stanów Zjednoczonych, majątek. Zrozumiałem! Mój Jack czytał gazetę murzyńską, która rokrocznie w rocznicę śmierci Kościuszki zamieszcza na pierwszej stronie jego podobiznę i składa mu hołd wdzięczności.
..
Wkrótce nie było już mojego Indianina w Ameryce. - Odpłynął z jednym z pierwszych batalionów na francuski front i tam w pierwszej bitwie na krwawych polach Szampanii poległ!
Tam - w walce o wolność i niepodległość Ojczyzny naszej znalazł swój ostatni wigwam, syn niszczonego plemienia indiańskiego."
W 1950 roku liczebność Indian Sioux oszacowano na 35000 osób.
W 1970 roku było 51645 Indian Sioux w USA (wraz z 37380 w Dakocie Południowej) i 2503 w Kanadzie.
W 1980 roku ich liczebność szacowano na 78608 osób a w roku 1990 na 107321.
W 1984 roku von Del Chamberlion ze Smithsonian Institution spisał astronomiczne obserwacje z pięćdziesięciu zimowych kronik Indian Sioux, z których 45 przedstawia masowe ukazanie się meteorytów w latach 1833/34. Dodatkowo też przebadał 19 innych zimowych kronik innych plemion Równin, z których 14 również opisywało rój Leonidów.
W 1985 roku było 18754 Indian Oglala w Rezerwacie Pine Ridge, 11685 Indian Teton w Rezerwacie Rosebud, 8443 Indian Teton w Rezerwacie Standing Rock, 5150 Indian Teton w Agencji Cheyenne River, 1082 Indian Teton w Rezerwacie Lower Brule, 4043 Indian Sisseton w Rezerwacie Sisseton, 2355 Indian Yankton w Rezerwacie Crow Creek, 2929 Indian Yankton w Rezerwacie Yankton. Było też 3162 Indian Sioux w Dakocie Północnej, 422 Indian Sioux w Nebrasce, 5073 Indian Sioux w Montanie i 639 Indian Sioux w Minnesocie.
Sipo Cipo
Siquisaye - Indianie wenezuelscy.
Sirgara - Indianie wenezuelscy.
Sirineri - Indianie peruwiańscy.
Siriono - Indianie boliwijscy.
Sisinga Sinsiga
Sisinpari - Indianie peruwiańscy.
sit - (Juncus); Indianie Cheyenne sit J. balticus nazywali ho oma' wishemen oh' to wits (no oma', szata; wishe, przez co; men oh' to wits, ozdoba z kolcy ursona lub inna rzecz do ozdabiania odzieży). J. tenuis ( lub J. macer) to sit miękki. Jest rośliną gęsto kępkową. Kłącza ma krótkie. Pęd kwiatowy jest miękki, prawie walcowaty. Kwiaty są zielonawożółte. Wyrasta do 10-30 centymetrów wysokości. Pochodzi z Ameryki Północnej.
Z kłącza, z którego wyrastają łodygi, wystają bardzo świecące, ładne korzonki, które w dawnych czasach używane były do dekorowania, poprzez przyszywanie, odzieży, lub innych skór. Ci sami Indianie w dawnych czasach wyplatali też z situ koszyki.
sitowie - (Scirpus validus); na korzeniu tego pędu jest mała bulwa, wyrastająca na zagięciu korzenia. Jeśli pędy są wyrywane w środku lata, to bulwy te mają słodkawy smak i mogą być zjadane na surowo. Tak też czynili Indianie Chippewa. Ci sami Indianie robili z sitowia też maty a również i zabawki. Kosze i maty z sitowia wplatały dziewczyny i kobiety Indian Nez Perce.
Indianie Cheyenne sitowie S. nevadensis nazywali "piękną (lub wspaniałą) rośliną"; mo um' stăts (mo oma znaczy wspaniały). Była to aluzja do jej kształtu i sposobu rośnięcia. W dawnych czasach kobiety tkały z sitowia maty, które były rozpościerane jako koce, na prymitywne, drewniane łoża. Później robiono z nich pokrowce na karabin, które też często używane były jednocześnie i jako podkłady pod koce. Korzenie tego pędu Indianie Cheyenne również i zjadali. Są one białe, mają od 6 do 8 cali długości i są łatwe do wyrywania. Zewnętrzna powłoka korzeni była odrzucana, a korzeń był zjadany na surowo. Dwa, lub trzy korzenie wystarczały za posiłek.
Situfa - Indianie kolumbijscy.
Siuci - Indianie brazylijscy.
Siva'ka - Indianin Sioux. Zanotowano wykonaną przez niego pieśń zatytułowaną "Noszę coś świętego" a powiązaną ze Stowarzyszeniem Łosia:
Część 1:
ta'ku
wakan'
koman'ya
kelo'
sito'mniyan
wanma'yank
au' we
coś
świętego
okrywa mnie
wszystko
patrzy na mnie
nadchodząc
Część 2:
ćangle'ska wan
koman'ya kelo'
sito'mniyan
wanma'yank
au' we
obręcz (tęcza)
okrywa mnie
wszystko
patrzy na mnie
nadchodząc
Siva'ka mówiąc o niektórych aspektach lecznictwa stosowanego przez Indian, zaznaczył:
"Niedźwiedź jest żywego temperamentu i jest gwałtowny na wiele sposobów a do tego jeszcze zwraca on uwagę na rośliny, na które inne zwierzęta uwagi nie zwracają. Niedźwiedź wykopuje je na własny użytek. Jest jedynym zwierzęciem, które je korzenie z ziemi i bardzo też lubi żołędzie, świdośliwy i wiśnie. Te trzy rośliny są też często mieszane przy sporządzaniu leków. Jeśli ktoś lubi wiśnie, mówimy, że jest podobny d niedźwiedzia. Uważamy niedźwiedzia za wodza wszystkich zwierząt pod względem leków roślinnych. Dlatego też, jeśli komuś przyśni się niedźwiedź, to osoba ta będzie szpecem w stosowaniu roślin do leczenia chorób. Niedźwiedzia uważa się za zwierzę dobrze zaznajomione z roślinami i dlatego żadne inne zwierzę nie ma tak dobrych pazurów do wykopywania korzeni."
Skagit - Indianie północnoamerykańscy, żyjący w rezerwacie Tulalip.
skalenie - Skalenia są minerałami bardzo pospolitymi, spotykanymi nieomal wszędzie na Ziemi. Występują także i na Księżycu. Stosowane są jako minerał ścierny do produkcji porcelany i szkła. Stanowią ponad 50% skorupy ziemskiej.
skalnica - (Saxifraga jamesi Torr.); roślinę tą Indianie Cheyenne nazywali "czerwonym lekiem"; mah is se' e yo (ma' i, czerwony; is se' e yo, lek). Wysuszoną roślinę ścierali w dłoniach i w ten sposób otrzymany drobny proszek gotowano. Herbatkę podawano osobom mającym krwotok z płuc. Pito ją jednorazowo w takiej ilości, w jakiej pacjent mógł to zrobić. Sposób ten szybko usuwał problem.
skalpowanie - Zdobywanie trofeum wojennego w postaci skóry z włosami z czaszki zabitego wroga. Jest to szczątkowa pozostałość szeroko niegdyś rozpowszechnionego na Ziemi zwyczaju zdobywania trofeum w postaci głowy. Wierzono, że głowa była siedzibą ludzkiej duszy i skupiała w sobie magiczne siły tak za życia człowieka, jak i po jego śmierci. Siły te zdobywca głowy lub skalpu mógł wykorzystywać dla dobra swego rodu bądź plemienia. Poza znaczeniem kultowo-magicznym trofea te stanowiły u niektórych ludów najważniejszy dowód męstwa i odwagi.
Początkowo skalpowanie praktykowały tylko niektóre plemiona indiańskie zamieszkujące puszcze wschodniej części kontynentu (Huron, Iroquois, Choctaw, Chickasaw, Seminole); z Indian preriowych jedynie szczepy Teton Dakota i Cree uważały skalp za najważniejsze trofeum wojenne.
Do rozpowszechnienia zwyczaju skalpowania przyczynili się biali osadnicy napływający z Europy, gdy dążąc do likwidacji plemion zaczęli wyznaczać nagrody pieniężne za skalpy. W czasie wojen pomiędzy osadnikami angielskimi, francuskimi i hiszpańskimi walczące strony płaciły również za skalpy białych. Wtedy już skalpowali tak Indianie jak i biali.
Wysokość nagród za skalpy była różna: w angielskiej kolonii Massachiuttetts w 1703 roku płacono 12 funtów za sztukę, a w 1722 podwyższono cenę do 100 funtów. Podczas wojny Francuzów i Indian z Anglikami, angielski generał Braddock ustanowił nagrodę 200 funtów za skalp wodza Indian Delaware, Shinngassa, popierającego Francuzów, a 100 funtów za skalp jezuickiego misjonarza działającego wśród Indian Ohio. Były to bardzo wysokie nagrody, skoro za skalp białego francuskiego żołnierza płacono w tym czasie 5 funtów. W kolonii Pensylwania w 1765 roku płacono 130 dolarów za skalp Indianina, a w 1866 roku w Arizonie 250 dolarów za skalp Indianina Apache.
Osławione, specjalne noże skalpownicze wytwarzane były przez białych.
skała - Skała, to luźne lub zwięzłe nagromadzenie jednego lub kilkunastu minerałów, powstałe wskutek określonego procesu geologicznego i stanowiące odrębną jednostkę geologiczną w budowie skorupy ziemskiej. Zależnie od sposobu powstawania, skały dzielą się na: magmowe, osadowe i metamorficzne.
Szamani posługiwali się wieloma przedmiotami, w których widzieli skupienia mocy świata. Często też jako miejsce przebywania duchów wskazywane były skały, zapewne ze względu na ich twardość a czasem nawet sami szamani przechowywali kawałki tychże skał.
Józef Siemiradzki w swych relacjach w 1891 roku, dotyczących Indian Mapuche, zauważa: "Oddają też cześć skałom pewnym (.)".
Indianie Apache, zamieszkujący suche pustynie Arizony i Nowego Meksyku, sprowadzali deszcz czerpiąc wodę z pewnego źródła i wylewając ją w wyznaczonym miejscu na pewnej skale. Wierzyli, że wkrótce po takim obrzędzie pojawią się chmury i spadnie deszcz.
Titicaca, to bóg, którego nazwa znaczy tyle co Ołowiana Skała. Uosabia się go ze skałą jeziora Titicaca, którego nazwa również pochodzi od nazwy tej skały.
Imię innego boga peruwiańskiego - Ricrahuanca (Rikra Wanka) - znaczy tyle co Skrzydlata Skała.
skapolit - Większość okazów skapolitu jest zbyt miękka aby móc stosować je jako kamienie jubilerskie. Bywają więc szlifowane jedynie dla celów kolekcjonerskich. Jako klejnot wykorzystywana jest tylko jego odmiana zwana wernerytem. Skapolit może być niebieski, szary, różowy, purpurowy, biały żółty lub całkowicie bezbarwny. Znajdowany bywa m.in. w kopalni Antonio Coelho z brazylijskiego stanu Espiryto Santo oraz w Quebeku i Ontario (Kanada) a także nad brzegami Jeziora Górnego i na terenie Pensylwanii (USA). W Polsce spotykany jest w dolnośląskich skałach metamorficznych.
skaryfikacja - Tatuaż bliznowy. Indianie Mochica nacinali skórę policzków i warg. Nacinanie skóry obok oczu, nosa i ust stwierdzono także u ludu Salinar.
Skidi - Skedee, Awahi, lub jak jeszcze podają inne źródła; Skiri. Grupa Indian Pawnee mieszkająca w Nebrasce w prehistorycznych jeszcze czasach. Sami siebie nazywali Wilkami. Badania archeologiczne wykazują, że Indianie Pawnee zamieszkiwali Quivirę i tereny leżące na północ od niej, nad rzeką Kansas, na blisko dwieście lat przed przybyciem tam Hiszpanów. Tam też podzielili się na dwie grupy, z których jedna udała się na zachód polować na bizony, zaś druga na północny wschód, zakładając szereg małych osiedli we wschodniej Nebrasce i nad Missouri w zachodniej części stanu Iowa. Odłam zachodni pobudował wioski prostokątnych, krytych ziemią domów, głównie nad dopływami rzeki Republican w południowo-zachodniej Nebrasce. Byli to historyczni Indianie Skidi. Utrzymywali się z polowania i uprawy ziemi. Tak samo jak i Indianie Natchez, mieli zwyczaj torturowania jeńców rozciąganych na szafocie. Byli też między innymi wyznawcami kultu Gwiazdy Porannej, której składali w ofierze dorastające dziewczyny lub chłopców z wrogich plemion, co ich zdaniem miało zapewnić obfite zbiory i tym samym podtrzymać życie.
Indianie Skidi w zupełnej niemal izolacji, utrzymując jedynie kontaktu z kaddoańskimi pobratymcami znad rzeki Red oraz pozostałymi Indianami Pawnee znad Missouri. Byli raczej niezależną grupą Indian Pawnee, walcząc nawet niekiedy z pozostałymi grupami. W pewnym okresie czasu ich pokojowa egzystencja zaczęła być przerywana najazdami Indian Apache. W 1650 roku mieszkali w 22 różnych wioskach. Około 1670 roku posiadali już tyle koni i żelaznego oręża, że stali się postrachem wszystkich sąsiednich plemion.
Około 1740 roku oddzieliła się od nich grupa, która nazwana została Indianami Arikara.
W 1750 roku zawiązał się sojusz między Indianami Comanche i Tawehash znad rzeki Red a Indianami Skidi Pawnee, który zadał klęskę Indianom Osage. Sojusz ten utwierdziło zwycięstwo, jakie Indianie Comanche, Wichita i Skidi odnieśli 7 października 1759 roku nad hiszpańskim wojskiem pułkownika Diego Parrilli.
Między 1770 a 1775 rokiem do Indian Skidi dołączyły pozostałe grupy Indian Pawnee. Skidi powitali ich bez zbytniego entuzjazmu, pozwalając im jedynie na przebywanie na terenach leżących na południe od Platte i nie chcąc uznać wodzów Indian Chaui za przywódców wszystkich Indian Pawnee. Doszło wówczas do wojny zakończonej ciężką klęską Indian Skidi, którzy musieli przystać na warunki dyktowane przez pozostałych. Nie położyło to jednak ostatecznego kresu niezależności Indian Skidi, którzy jeszcze w połowie XIX wieku sprzeciwiali się poleceniom wydawanym przez wodzów grupy Chaui. Zawsze też wioski swe stawiali dalej na zachód od reszty plemienia, a polowali i zimowali na swych terenach nad Platte, podczas gdy pobratymcy udawali się w tym celu na południe, nad rzekę Republican i inne dopływy rzeki Kansas. Indianie Skidi nazywali ich Wielkimi Tarczami, mówiąc, że z braku odwagi zasłaniają się tarczą wielkich rozmiarów.
Pod koniec XVIII wieku Indianie Kiowa, szukając unormowania swej sytuacji, zwrócili się w stronę hiszpańskiego Teksasu. W roli ich wysłanników wystąpili Indianie Skidi, którzy mieli tam dostęp przez swych przyjaciół, Indian Wichita i Taovay znad rzeki Red, od dawna handlujących z Hiszpanami. W lutym 1795 roku kilkunastu Indian Skidi złożyło wizytę gubernatorowi Manuelowi Munozowi w San Antonio. Powiedzieli mu, że krzywdy jakich doznali od Stanozjednoczników sprawiły, że opuścili swą ojczyznę i że mówią w imieniu trzydziestu trzech innych narodów, które chcą przyjaźni Hiszpanów.
Pedro de Nava, zarządzający sprawami wewnętrznymi Nowej Hiszpanii, z entuzjazmem odniósł się do perspektywy sojuszu tak wielu indiańskich narodów z Hiszpanami, wymierzonego przeciw Stanozjednocznikom. Niestety niedołężny, stary gubernator Teksasu nie potrafił nawet odpowiednio przedstawić sytuacji swym zwierzchnikom, a tym bardziej odpowiedzieć w zadawalający sposób na propozycję Indian. Widząc jego bezradność, Indianie Skidi przerwali rozmowy w San Antonio, lecz nie porzucili planów sojuszu z Hiszpanami. Ich wódz Yrisac zaprowadził przedstawicieli tych trzydziestu trzech narodów do Laredo, a potem do stolicy Nuevo Santander (obecnego stanu Tamaulipas) na rozmowy w o wiele zdolniejszym gubernatorem tej prowincji. Jednak hrabia de Sierra Gorda, zupełnie zaskoczony i nie posiadający tłumaczy biegle mówiących językami północnych ludów, nie był w stanie dać im zadowalającej odpowiedzi. Goście, rozczarowani, odjechali do domu i Pedro de Nava mógł tylko opłakiwać straconą przez swych podwładnych sposobność zawarcia strategicznych sojuszów z Indianami.
Około 1797 urodził się Petalesharo, czyli Wódz Wodzów, późniejszy znany przywódca Indian Skidi. Był synem Lachelesharo, czyli Starego Noża, naczelnego wodza grupy Skidi. Znany z niezwykłych czynów, jakich dokonał na wojennej ścieżce, był mężczyzną pięknej postawy i ujmującego sposobu bycia. Należał do zdecydowanych przeciwników krwawego obrzędu Gwiazdy Porannej.
Wczesną jesienią 1800 roku Indianie Skidi przekroczyli północną granicę Nowego Meksyku wraz z Indianami Kiowa i Północnymi Indianami Apache w łącznej sile blisko siedmiuset wojowników i stadem dwóch tysięcy koni. Nie była to z pewnością zwykła wyprawa wojenna. Niemniej wypuszczając się ze swej bazy u podnóża Gór Skalistych, narobili wystarczająco dużo szkód w okolicy Abiquiu, aby rozwścieczyć Indian Jicarilla i Ute. Ci ostatni przybyli ze skargą do władz hiszpańskich proponując wspólną wyprawę przeciw intruzom. Zanim jednak genizaros i hiszpańscy żołnierze odkryli ich obóz, najeźdźcy zdążyli w spokoju odejść na północ. Indianie Comanche podejrzewali, że najeźdźców z północy prowadził ich jeniec z plemienia Indian Skidi, którego wychowywali d dzieciństwa, a który przy pierwszej okazji wydał w ręce Indian Skidi sześciu wojowników Indian Comanche i uciekł do swoich. Mieszkańcy Nowego Meksyku i ich indiańscy sprzymierzeńcy zachodzili w głowę, kiedy narody północy znów uderzą i przygotowywali się na najgorsze.
W lipcu 1803 roku w Santa Fe zatrzymała się grupa Indian Comanche w drodze do swych domów po trwającej dziewięćdziesiąt sześć dni, niepomyślnej wyprawie przeciw Indianom Kiowa i Skidi, których nie mogli znaleźć.
W czerwcu 1805 roku do Santa Fe przybyło dwóch wodzów Indian Arapaho starać się o pokój, sojusz i handel z Nowym Meksykiem w imieniu swoim oraz w imieniu swych nowych sojuszników, Indian Skidi i Cheyenne. Spotkali się oni tam z większą niż dotychczas gościnnością oraz ofertą trwałego sojuszu i handlu na tych samych warunkach, jakie obowiązywały z innymi zaprzyjaźnionymi narodami. Wodzowie każdego plemienia mieli wkrótce pojawić się tam, aby potwierdzić traktat.
Kiedy w 1817 roku Indianie Skidi mieli zamiar w obrzędzie tym złożyć ofiarę z kobiety porwanej Indianom Comanche, Petalesharo oznajmił, że życzeniem jego ojca jest aby zerwano z tym obyczajem. Powiedział też, że jeśli to konieczne, to on sam poświęci swoje życie w zamian za życie branki. Następnie zerwał więzy, odwiózł w bezpieczne miejsce, wyposażył w drogę i pokazał jak trafić do swoich. Sława jego czynu rozniosła się szeroko i kiedy w 1821 roku przybył wraz z innymi wodzami Indian Pawnee do Waszyngtonu, przyjęto go tam z wielkimi honorami. Był nawet gościem prezydenta Jamesa Monroe'go. 4 lutego 1821 roku wygłosił przemówienie do prezydenta Stanów Zjednoczonych, Jamesa Monroe'go, o następującej treści:
"Mój Wielki Ojcze, przebyłem daleką drogę, aby się z Tobą zobaczyć. Widzę ciebie i moje serce się raduje. Wysłuchałem twoich słów - weszły one jednym uchem i nie uciekną drugim, i zaniosę je do moich ludzi takimi, jakimi wyszły z twoich ust.
Mój Wielki Ojcze, będę mówił prawdę. Wielki Duch spogląda na nas z góry i wzywam Go na świadka tego wszystkiego, co może się zdarzyć między nami w tej chwili. Skoro jesteśmy tutaj, odwiedziłem twoich ludzi, wasze domy, statki na wielkim jeziorze i wiele wspaniałych rzeczy, daleko wykraczających poza moje zrozumienie, które wydają się być zrobione przez Wielkiego Ducha i umieszczone w waszych rękach. Jestem zobowiązany memu Ojcu tutaj, który zaprosił mnie z mojego domu, pod skrzydłami którego chroniłem się. Tak, mój wielki Ojcze, wędrowałem z Twoim wodzem, szedłem za nim i stąpałem jego szlakiem. Ale jest jeszcze jeden Wielki Ojciec, któremu jestem bardzo zobowiązany - jest to Ojciec nas wszystkich. To on stworzył nas i umieścił nas na tej ziemi. Jestem wdzięczny Wielkiemu duchowi za wzmacnianie mojego serca przy podejmowaniu takiego przedsięwzięcia i za życie, które mi dał. Wielki duch stworzył nas wszystkich, moją skórę stworzył czerwoną, a twoją białą. Umieścił nas na tej ziemi i życzył sobie, aby każdy z nas żył własnym życiem. Stworzył białych, aby uprawiali i żywili się hodowanymi zwierzętami, lecz nas czerwonoskórych stworzył, abyśmy wędrowali po puszczy i po równinach, abyśmy się żywili dzikimi zwierzętami i ubierali w ich skóry. Chciał także, żebyśmy chodzili na wojnę po skalpy, kraść konie i triumfować nad naszymi wrogami, abyśmy zachowali pokój w swoim kraju i pomnażali wzajemnie swoje szczęście. Wierzę, że nie ma ludzi jakiegokolwiek koloru skóry na tej ziemi, którzy by nie wierzyli w Wielkiego Ducha, w nagrody i kary. Czcimy Go, ale czcimy Go inaczej, niż wy to robicie. Różnimy się od was w wyglądzie zewnętrznym i zachowaniu, jak również w obyczajach. Różnimy się od was pod względem religii. Nie mamy żadnych domów, jakie wy macie, w których się czci Wielkiego Ducha. Gdybyśmy takie mieli dziś, musielibyśmy jutro mieć inne, gdyż nie mamy stałego miejsca zamieszkania - nie mamy stałych domostw z wyjątkiem naszych wiosek, w których pozostajemy jedynie dwa miesiące z dwunastu. My jak zwierzęta wędrujemy przez kraj, podczas gdy wy, biali, osiedlacie się pomiędzy nami a niebem, ale mimo to, mój Wielki Ojcze, kochamy Wielkiego Ducha - uznajemy jego najwyższą władzę, nasz pokój, nasze zdrowie i nasze szczęście zależą od niego i nasze życie należy do niego, stworzył nas i może nas zniszczyć.
Mój Wielki Ojcze, niektórzy twoi dobrzy wodzowie, jak ich nazywają misjonarze, zaproponowali wysłać do nas pewną liczbę swoich dobrych ludzi, by zmienili nam obyczaje, aby nas nauczyli pracować i żyć, jak to robią biali ludzie. Nie skłamię - mam zamiar powiedzieć prawdę. Kochasz swój kraj - kochasz swoich ludzi - kochasz sposób ich życia i myślisz, że twój lud jest dzielny. Jestem podobny do ciebie, mój Wielki Ojcze, kocham swój kraj, kocham moich ludzi, kocham sposób ich życia i uznaję siebie i moich wojowników za dzielnych. Oszczędź mnie więcej, Ojcze. Pozwól mi cieszyć się moim krajem i polować na bizony i bobry oraz na inną dziką zwierzynę w moim kraju, a będę handlował ich skórami z twoimi ludźmi. Wychowałem się i długo żyłem w ten sposób bez pracy i żywię nadzieję, że pozwolicie mi umrzeć bez niej. Mamy pełno bizonów, bobrów, jeleni i innych dzikich zwierząt - mamy też pełno koni, mamy wszystko, czego chcemy - mamy pełno ziemi, jeśli utrzymacie swoich ludzi z dala od niej. Mój Ojciec ma kawał ziemi, na którym żyje, Council Bluffs [chodzi tu o misjonarzy] i my życzymy mu, żeby się nim cieszył - mamy dość ziemi bez tego, ale życzymy sobie, aby mieszkał blisko nas, aby nam dawał dobre rady, aby otwierał nasze oczy i uszy, żebyśmy mogli iść ciągle właściwą drogą - drogą do szczęścia. Łagodzi on wszystkie spory między nami i białymi oraz między czerwonoskórymi, skłania białych do tego, żeby byli sprawiedliwi wobec czerwonoskórych i sprawia, że czerwonoskórzy są sprawiedliwi wobec białych. Zapobiega rozlewowi krwi ludzkiej i przywraca pokój i szczęście na tej ziemi. Już nam posłałeś takiego ojca, to starczy. On nas zna i my go znamy, mamy do niego zaufanie, ciągle mamy oczy na niego zwrócone i od chwili gdyśmy usłyszeli jego słowa, będziemy jego słów słuchać bardziej uważnie.
Jest za wcześnie, mój Wielki Ojcze, aby wysyłać twych dobrych ludzi [chodzi tu o innych misjonarzy] do nas. Jeszcze nie głodujemy - życzymy sobie, abyś nam pozwolił cieszyć się polowaniem aż do chwili, gdy zwierzyna w naszym kraju się wyczerpie, do chwili, gdy dzikie zwierzęta wyginą. Pozwól nam wyczerpać nasze obecne zasoby, zanim nas nauczycie ciężko pracować i przerwiecie nasze szczęście - niech mi wolno będzie dalej tak żyć, jak żyłem, a potem przejdę z dzikiej głuszy mojego obecnego życia do Dobrego lub Złego Ducha, przetrwanie moich dzieci może się stać tak niepewne, że będzie potrzebna pomoc tych dobrych ludzi.
Był czas, kiedy nie znaliśmy białych - wtedy nasze potrzeby były mniejsze niż teraz. Zawsze panowaliśmy nad nimi - nie chcieliśmy niczego, czego nie mogliśmy dostać. Zanim się zetknęliśmy z białymi, którzy dokonali takiego zniszczenia w naszej zwierzynie, mogliśmy położyć się, zasnąć, a kiedy się obudziliśmy, mogliśmy znaleźć bizona pasącego się koło naszych oczu - lecz teraz zabijamy je dla skór, karmiąc wilki ich ciałem. W końcu sprawiamy, że nasze dzieci będą płakały nad ich kośćmi.
Tu, mój Wielki Ojcze, jest fajka, którą wam ofiarowuję, gdyż mam zwyczaj ofiarowywać wszystkim czerwonoskórym, będącym z nami w pokoju. Jest ona wypełniona takim tytoniem, do palenia którego przywykliśmy zanim poznaliśmy białych ludzi. Jest on przyjemny, jest to dzika roślina z najbardziej na zachód położonych części naszego kraju. Wiem, że suknie, leginy, mokasyny, niedźwiedzie pazury itd. są dla was mało wartościowe, ale chcemy, abyście je mieli u siebie i żebyście je umieścili w najważniejszej części waszej chaty tak, że kiedy odejdziemy i kiedy darń pokryje nasze kości, jeśli nasze dzieci będą musiały odwiedzić to miejsce, jak my robimy teraz, to żeby mogły ujrzeć i poznać z przyjemnością pozostałości swoich ojców i zastanowić się nad czasami, które przeminęły."
W 1822 roku Petalesharo wraz z grupą swoich ziomków oraz z wodzami innych plemion, przybył do Waszyngtonu na zaproszenie rządu USA. Przy tej okazji dziewczęta z Seminarium Mss White ofiarowały mu srebrny medal dla upamiętnienia jego szlachetnego i odważnego ocalenia w 1817 roku branki z plemienia Comanche. Na jednej stronie medalu wyryte było rusztowanie oraz zdumieni przywódcy ceremonii, a na drugiej Petalesharo uprowadzający brankę. Znany artysta, Charles Bird King namalował też wtedy jego portret.
Wzajemne, niezbyt przychylne dla siebie nawzajem nastawienie plemion pauniskich nie pozostawało bez wpływu na ich stosunki z sąsiednimi ludami. W walkach z Indianami Ottawa Południowi Indianie Pawnee nie mieli co liczyć na pomoc grupy Skidi, ich przyjaciół. Oni z kolie nie kiwnęli palcem, kiedy Skidi toczyli ciężkie walki z Indianami Omaha i Ponca. Dochodziło do takich sytuacji, że kiedy na samym początku XIX wieku Indianie Ponca wyruszyli przeciwko grupie Skidi, wodzowie grupy Chaui obiecali im, że nie będą się do tego wtrącać. Na pomoc Grupie Skidi ruszyli ich niedawni jeszcze wrogowie, Indianie Omaha dowodzeni przez Voleura i razem odparli i zwyciężyli napastników, czemu bezczynnie przyglądali się ze swej wioski po południowej stronie Platte wojownicy z grupy Chaui. Jest to bezsprzecznym dowodem na to, że Indianie Chaui nie uważali Indian Skidi za współplemieńców, ale tak samo potrafili się zachować wobec grupy Kitkehahki.
We wrześniu 1825 roku, Petalesharo podpisał wraz z ojcem traktat ze Stanami Zjednoczonymi, choć jego imienia nie ma w oficjalnych dokumentach.
W 1834 roku wśród Indian Skidi rozpoczął swą działalność prezbiteriański duchowny, Samuel Allis. Podczas epidemii czarnej ospy, zimą 1837/38, Allis zaszczepił blisko dwa tysiące swych podopiecznych, ratując od śmierci nieomal wszystkich.
22 kwietnia 1838 roku Indianie Skidi ostatni raz dokonali tego obrzędu ku czci Gwiazdy Porannej, a jego ofiarą padła czternastoletnia Haxi z plemienia Indian Oglala Yankton Nakota Sioux.
Około 1841 roku zmarł Petalesharo wraz ze swym ojcem na ospę, która zawleczona podobno rozmyślnie przez handlarzy z Santa Fe, pochłonęła wiele ofiar wśród Indian Pawnee. Nadany Petalesharo pamiątkowy medal pochowany został wraz z nim. Jednak w roku 1844 medal wyjęto z mogiły i obecnie znajduje się prawdopodobnie w zbiorach Amerykańskiego Stowarzyszenia Numizmatycznego w Nowym Jorku.
W latach 1851-57 Indianie Skidi i niektóre grupy z pozostałych trzech odłamów żyli w dwóch rozsypujących się gminach na wzgórzach leżących nieopodal wioski Fremont.
Indianie Skidi traktowani przez pozostałe grupy Indian Pawnee prawie jako obcy, jeszcze w końcu XIX wieku polowali samotnie na zachód i północ od swej wsi, choć ich wojownicy wyruszali na wyprawy aż nad rzekę Red.
Skidi żyją dziś z pozostałymi Indianami Pawnee w Oklahomie.
Skilloot - Indianie zaliczani do czinukańskiej rodziny językowej. Dotarła do nich wyprawa Lewisa i Clarka. W 1806 roku żyli po obu stronach rzeki Columbia w stanie Washington i Oregon, powyżej i poniżej ujścia rzeki Cowlitz licząc 2500 osób. Znaleźli się wśród plemion niemal całkowicie wyniszczonych przez epidemię febry z 1829 roku. Ich późniejszą stolicą było Coaniac na cyplu Oak w stanie Washington. Jedna z grup tych Indian żyła w wiosce Coanic leżącej na południowym brzegu rzeki Columbia, poniżej ujścia Cowlitz. Po 1830 roku mieszkańcy tej wioski byli jedynymi przedstawicielami Indian Skilloot. Lane w 1850 roku ocenił ich liczbę na 200 osób, lecz jako plemię nie istnieli już kilka lat później. Ich odłamem byli prawdopodobnie Indianie Seamysty.
sklerokaktus - (Sclerocactus Br. et R.), rodzaj kaktusów, o bardzo dekoracyjnych cierniach, pochodzących z Arizony, Utah i Kolorado. Opisano 6 gatunków tego rodzaju.
Skloom - Brat Kamiakina. Pochodził z mieszanego małżeństwa Indian Yakima/Spokane. Po przegranej wojnie z lat 1855-58 obydwaj bracia schronili się w Kolumbii Brytyjskiej, gdzie do końca życia pobierali pensję od rządu brytyjskiego.
skolecyt - Skolecyt jest zeolitem i tworzy kryształy podobne do natrolitu. Przybiera kolor biały, szary lub jest bezbarwny. Występuje w szczelinach i pustkach skał wzbogaconych w wapń i glin a przede wszystkim wśród bazaltów i fonolitów. Znaleźć go można w Rio de Sul i Santa Catarina (Brazylia) oraz w kalifornijskim okręgu Riverside (USA). Znany jest także z wystąpień w Table Rock w koloradzkim rejonie Golden.
W Polsce spotykamy go w bazaltoidach dolnośląskich.
skorodyt - Jasnozielony arsenian żelaza. Podgrzewany wydziela woń przypominającą zapach czosnku. Najlepsze jego okazy pochodzą z Brazylii, Meksyku i USA.
skóra - Indianie Cheyenne nazywali ją vóhtáne.
skórnica islandzka islandzki porost
skrytokwiat - (Cryptanthus zontus-fuscus), należy do rodziny ananasowatych. Pochodzi z Brazylii i jest epifitem uprawianym jako roślina ozdobna.
skrzelopiór - (Corynopoma rissei); ryba z Wenezueli i Trynidadu.
skrzydłoszpony - (Anhimidae); rodzina ptaków z rzędu blaszkodziobych. Występuje w gorącej strefie Ameryki Południowej.
skrzyp - (Equisetum);Indianie Chippewa wiązali E. hiemalei E. praealtum w małe pęczki i używali do czyszczenia naczyń.
Indianie Cheyenne skrzyp E. arrense nazywali "koński lekiem"; mo in' ă ăm es se eohk (moe', łoś, oswojony; es se e ohk, lek). Wyciąg robiony z łodyg i liści tego gatunku wlewano w gardło konia gdy ten miał ciężki kaszel.
skunks - lub śmierdziel; północnoamerykański drapieżnik z rodziny łasicowatych o cennym futrze, tryskający w chwili niebezpieczeństwa cuchnącą wydzieliną pary gruczołów krokowych. Nazwa wywodzi się od algonkińskiego słowa skunk. Indianie Cheyenne nazywali go xäö'o, a Indianie Seneca - se:nö:h.
skutterudyt - Skutterudyt jest podrzędnym kruszcem pierwiastka metalicznego kobaltu. Zwykle ma kolor biały lub szary.
Do najważniejszych miejsc jego występowania należą m.in. Cobalt (Ontario, Kanada), różne miejsca w USA (a szczególnie New Jersey). W Polsce odnotowano jego wystąpienie w Kowarach i Przecznicy (Sudety).
Slavey - Indianie północnoamerykańscy. W języku Północnych Indian Slavey "witaj" to Máhsi hejo raxets'é ráwada, a w języku Południowych Indian Slavey - Máhsi Ejoh Nahxe Tah Anet'i.
Słaby Bizon - Był wodzem związku Czarnej Stopy wśród Indian Kiowa. W 1868 roku zorganizował wyprawę przeciwko Indianom Utah, której wodzem wybrano Mnóstwo Niedźwiedzi. 10 lipca Indianie Utah pobili ich na głowę, zabijając wodza i zdobywając jednego z dwóch bożków Tai-me, największej świętości Indian Kiowa. Słaby Bizon był jednym z przywódców wojny 1874-75. Wziął udział w dwudniowych walkach rozpoczętych 22 sierpnia 1874 roku w obozie Indian Noconee Comanche, których chciał rozbroić pułkownik Davison. 27 września 1874 roku wziął udział w potyczce z wojskiem USA w kanionie Palo Duro. Poddał się 26 lutego 1875 roku w forcie Sill wraz z Maman-tim, Samotnym Wilkiem, Czerwoną Wydrą i Dohasanem II.
słodki ziemniak batat
słonecznik - (Heliopsis scabra); jeden z klanów, lub grupa, Indian White Mountain Apache nosiła nazwę Iyaaya, czyli Słonecznik.
słonecznik bulwiasty - (Helianthus tuberosus);); rośnie w wilgotnych miejscach. Na korzeniach na narośla. Indianie Chippewa roślinę tę jedli na surowo, tak jak rzodkiewkę. Indianie Cheyenne nazywali go hoh i non' lub też ho i nohk' kon. Tymi samymi nazwami określali też batata.
słoniorośl - Tworzą nieco dziwną parę przyjaciół. Jedno z nich jest rośliną, której nasienie waży kilka dekagramów, drugie to kilkutonowe zwierzę. Żyją na różnych kontynentach. A jednak małe nasienie południowoamerykańskiej słoniorośli może zapobiec bezsensownemu wybijaniu potężnych słoni afrykańskich. Cóż to właściwie za nasienie i w jakim sensie jest przyjacielem słoni?
Chodzi o nasienie słoniorośli wielkoowocowej, należącej do rodziny palm i występującej głównie na północy Ameryki Południowej. Kształtne, pierzaste liście tych wolno rosnących drzew wyrastają wprost z ziemi. Przez wiele lat nie widać pnia. Palma o dwumetrowym pniu musi mieć przynajmniej 35 do 40 lat. Bezpośrednio pod liśćmi pojawiają się duże, włókniste kiście. Każda z nich waży zwykle około 10 kilogramów i składa się ze zdrewniałych owoców, które ściśle do siebie przylegają. Pojedynczy owoc zawiera na ogół od czterech do dziewięciu nasion, zbliżonych rozmiarami i kształtem do kurzych jaj. Początkowo wypełnia je sok, który przypomina mleko kokosowe i którym można ugasić pragnienie. Następnie sok się ścina i powstaje jadalna, słodka galareta. Podczas trzeciego, ostatniego etapu rozwoju nasion, galareta zamienia się w twardą, białą substancję, uderzająco podobną do kości słoniowej.
Skoro roślina ta dostarcza zamiennika kości słoniowej, rzeczywiście zasługuje na miano przyjaciółki słoni. Bezlitosne kłusownictwo w celu zdobycia ciosów słoni afrykańskich zagroziło ich przetrwaniu. Tymczasem roślinna kość słoniowa może doskonale zastępować swój zwierzęcy odpowiednik, gdyż wygląda tak samo, jest niezwykle twarda, daje się wypolerować na wysoki połysk i łatwo wchłania barwniki. Z powodu tego wielkiego podobieństwa artyści często zastanawiają na swych wyrobach resztki brązowej łupiny nasiennej na dowód, że nie używają kości słoniowej, którą handel jest na świecie zabroniony.
Roślinna kość słoniowa nie została odkryta w naszych czasach. Już w roku 1750 południowoamerykański zakonnik Juan de Santa Gertrudis wspomniał w swych kronikach o nasionach słoniorośli, przyrównując je do "marmurowych kulek", z których rzeźbiono figurki. Na początku XX wieku Ekwador, jako największy dostawca słoniorośli, rocznie eksportował tysiące ton nasion, używanych głównie do produkcji guzików. Gdy po II wojnie światowej wynaleziono niedrogi plastik, handel ten właściwie upadł. Odrodził się w dobie obecnej, na co wskazuje fakt, że w ciągu 18 miesięcy Ekwador wysłał 1650 ton roślinnej kości słoniowej do Japonii, Niemiec, USA, Włoch oraz 18 innych krajów (chodzi o okres od 1 stycznia 1994 roku do 15 czerwca 1995 roku). Jak wygląda obróbka nasion słoniorośli i w jaki sposób się ją wykorzystuje?
Nasion suszy się w tropikalnym słońcu od jednego do trzech miesięcy, zależnie od zawartości wody. Potem maszynowo złuszcza się łupinę, następnie sortuje nasiona według rozmiarów i tnie w plastry, które zostaną wykorzystane do wyrobu guzików, zdobiących niektóre ubrania najwyższej jakości na świecie. Ale nasiona słoniorośli są wykorzystywane również w innych celach. Wykonuje się z nich na przykład biżuterię, figury szachowe, stroiki do instrumentów dętych, klawisze fortepianowe i rączki parasolek.
Jednakże słoniorośl oferuje coś jeszcze! Mączka powstała po obróbce nasion wzbogaca paszę zwierząt. Służy też do produkcji węgla drzewnego. Liście palmy mogą stanowić wodoodporne pokrycie dachu. Poza tym zbiory, obróbka oraz eksport słoniorośli zapewnia wielu ludziom zatrudnienie.
Przede wszystkim jednak roślinna kość słoniowa może poważnie przyczynić się do przetrwania słonia afrykańskiego. Jeżeli więc zamarzy ci się kość słoniowa, nie spoglądaj ku sawannom Afryki. Pomyśl o południowoamerykańskich lasach deszczowych, gdzie jest jej pod dostatkiem na drzewach! Tak, pomyśl o słoniorośli, przyjaciółce słoni.
Słońce - Według meksykańskich Indian Huichole Słonce, to groźna bóstwo a bóg tych Indian, Tatewari, aby utrzymać je w odpowiedniej odległości od Ziemi, ustawił pięć drzew orzechowych, podtrzymujących cztery strony świata i środek nieba. Dla Indian Iroquois było Starszym Bratem ogrzewającym wiatr i powodującym rozwój życia na Ziemi.
Smackshop - Grupa Indian Chilluckittequaw żyjąca w 1806 roku nad rzeką Columbia, od ujścia do niej rzeki Hood do The Dlles. Liczbę ich szacowano na 800 osób.
smaczliwka awokado
SMIIC - South and Mesoamerican Indian Information Council.
Delegatem SMIIC na VIII Europejskim Spotkaniu Grup Poparcia Tubylczych Amerykanów odbytym w dniu od 22 do 25 lipca 1992 roku we Włoszech był Guillermo Delgado.
smithsonit - Smithsonit jest jednym z głównych, przemysłowych źródeł cynku a najlepsze jego okazy używane są jako kamienie ozdobne. Minerał ten zwany był przez wiele lat jako kalamin a jego obecna nazwa została mu nadana w połowie XIX stulecia na cześć Jamesa Smithsona (1754 - 1829), brytyjskiego mineraloga, który bardziej znany jest nam, indianistom polskim, jako fundator Smithsionian Institution, znajdującego się w Waszyngtonie. Zazwyczaj przybiera formę skorup i okrągłych brył. Przybiera też różne barwy: białą, szarą, zieloną, niebieską i brązową.
W USA znanych jest wiele złóż smithsonitowych, takich jak Yelville w Marion County (Arkansas), Kopalnia Tin Mountain w Południowej Dakocie czy też Kelly w Socorro County, Nowy Meksyk. Jest też pospolity w utlenionych rudach cynku i ołowiu (galmanach) regionu śląsko - krakowskiego w Polsce.
Smohalla - Urodził się około 1815 lub 1820 roku. Prorok, nauczyciel, twórca ruchu religijnego wśród Indian znad górnego biegu rzeki Columbia i sąsiednich rejonów w stanie Washington, Oregon i Idaho (czasami zwanych z tego powodu "Indianami Smohalli"). Jego imię (właściwie Shmogula) znaczy Kaznodzieja i nadano mu je gdy zasłynął jako religijny reformator. Pochodził z plemienia Indian Sokulk. W młodości często odwiedzał katolickie misje, skąd na pewno wiele zapożyczył do swoich obrzędowych pomysłów. Wyróżnił się jako wojownik a nauki swe rozpoczął około 1850 roku. W jakiś czas później, po kłótni z rywalizującym wodzem, opuścił potajemnie ojczyznę udając się na wędrówkę do Meksyku, skąd na rodzime tereny wracał poprzez stan Nevada. Po powrocie oświadczył, że wraca zza światów by przynieść posłanie indiańskim ludom. Posłanie to, podobnie jak i innych proroków, sprowadzało się do tego, że Indianie muszą powrócić do dawnych sposobów życia, odrzucić nauki i rzeczy białych i w całym swym działaniu postępować zgodnie z wolą indiańskiego boga, objawioną w snach Smohalli i jego kapłanów. Doktryna ta znalazła wielu zwolenników z których najbardziej wiernymi byli Wódz Józef i jego Indianie Nez Perce.
smukleń pryskacz - (Copeina arnoldi); ryba wód Wenezueli i Brazylii.
Snake, Reuben, Jr. - Indianka Winnebago, poetka.
Snohomish - Indianie północnoamerykańscy, żyjący w rezerwacie Tulalip.
Snokwalmu - lub Snoqualmi; Indianie zaliczani do saliszańskiej rodziny językowej, zamieszkujący niegdyś górne dopływy rzeki o tej samej nazwie w stanie Washington. W 1857 roku liczyli 225 osób. Na początku XX wieku resztki tych Indian żyły w rezerwacie Tulalip wraz ze szczątkami innych plemion.
Snoqualmi Snokwalmu
Snow, Carol - Indianka Seneca z rezerwatu Allegany leżącym w stanie Nowy Jork. Studiowała zoologię, ale jej pasją jest rysowanie. Napisała i zilustrowała kilkanaście raportów o zagrożonych zwierzętach w USA. W 1984 roku została przyjęta do Stowarzyszenia Indiańskiej Sztuki i Rękodzieła. Zajmuje się między innymi zapewnieniem autentyczności dzieł sztuki i rękodzieła wykonywanych przez tubylczych Amerykanów oraz ich rozpowszechnieniem. Pisze wiersze.
Sobaibo Sabaibo
Sobaipuri - Indianie zaliczeni do pimańskiej rodziny językowej. Niegdyś zamieszkiwali w południowej Arizonie doliny rzeki San Pedro i Santa Cruz, oraz rzekę Gila, między ujściem do rzeki San Pedro i ruinami Casa Grande i prawdopodobnie na wschód od tego obszaru. Hiszpanie w końcu XVII i na początku XVIII wieku założyli pośród nich misję w Gueravi Suamca i w San Xavier del Bac, do których dołączono liczne "visitas". Jak napisał Bourke; "Indianie Apache mają wśród siebie ludzi Tze-kinne, czyli Ludzi Kamiennych domów, potomków Indian mieszkających w jaskiniach Sobaypuris, których wyparli z kanionu Ararypa i zmusili do szukania schronienia wśród Indian Pima blisko wiek temu)". Natomiast Bandelier stwierdził, że "Indianie Apache zmusili Sobayuris do porzucenia swej ojczyzny nad San Pedro i do zmieszania się z Indianami Papago." Wydawałoby się zatem, że Indianie Sobaipuri przestali istnieć jako plemię na skutek najazdów Indian Apache i że ich szczątki wchłonęli Indianie Papago i ich zachodni sąsiedzi, których mogli być częścią. W późniejszych latach Indianie Papago zamieszkiwali przynajmniej jedną z dawnych wiosek Indian Sobaipuri - San Xavier del Bac.
Soboibo - Indianie peruwiańscy.
Soboyo Soboibo
Socomba - Indianie kolumbijscy.
Soconusca Tapachulteco I
Socorino - Indianie brazylijscy.
sodalit - Glinokrzemian sodowy. Szary, biały, ciemnoniebieski, niekiedy z białymi, podobnymi do nitek wrostkami. Nieprzezroczysty. Spotykany jest najczęściej w postaci skupień zbitych lub ziarnistych. Znacznie rzadziej tworzy kryształy o wyraźnej łupliwości, często zbliźniaczone. Występuje w skałach magmowych, ubogich w krzemionkę, przede wszystkim w sjenitach i nefelinach. Jako kamienie ozdobne wykorzystuje się zwykle zbite odmiany sodalitu. Intensywnie zabarwioną odmianę sodalitu, pochodzącą z Kanady, nazywa się czasami "błękitem książęcym".
Występuje m.in. w Brazylii, Kanadzie (Bancroft, Ontario), Boliwii (Cerro Sapo), Ekwadorze oraz w stanozjednoczeniowym Arkansasie, Montanie i New Jersey.
Sodalit znaleziony został wśród ruin starożytnego miasta Tiahuanaco, co wskazywać może na to, że był on w tym rejonie dość rozpowszechnionym kamieniem ozdobnym.
Chociaż należy on do duchowo przynależnych, niebieskich kamieni, jest mocno powiązany z materią. Dzięki tym właściwościom możemy łatwiej urzeczywistniać nasze cele i ideały. Sodalit swoją barwą bardzo przypomina lazuryt, lecz jego działanie jest zgoła inne. Każdy, kto doświadcza wibracji sodalitu, czuje się odmłodzony i odświeżony. Kładąc ten kamień przed snem na poduszce i będąc w złym humorze, budzimy się nazajutrz pełni zadowolenia i beztroski. Rośliny rosną piękniej i zdrowiej, kiedy podlewamy je wodą sodalitową (zalewamy minerał wodą na 24 godziny). Sodalit wzmacnia system immunologiczny.
Chabrowej barwy kryształ uzdalnia nas do głębszego myślenia i pomaga zastąpić stare schematy myślenia nowymi wzorami, bardziej korzystnymi dla naszej codziennej egzystencji. Utrzymuje w równowadze rozsądek, stymuluje logiczne myślenie i stabilizuje nadwrażliwych ludzi.
Sokulk - Indianie północnoamerykańscy. Żyli w liczbie 150-200 osób wokół wodospadów Priest nad rzeką Columbia we wschodniej części stanu Washington. Językowo pokrewni byli Indianom Nez Perce. Z plemienia tego pochodził Smohalla.
Soldier Spring - 24 grudnia 1868 roku koło tego miejsca odbyła się bitwa. Pułkownik Evans na czele 200 żołnierzy zaatakował liczącą 60 tipi wieś Indian Nokoni Comanche na których czele stał Grot Strzały. Wraz z nim był tam też Howea i Hobbywake. Usłyszawszy huk armat na pomoc pośpieszyli im Indianie Kiowa grupy Serca Kobiety. W czasie walki zmarł Grot Strzały raniony śmiertelnie kulą w usta. Żołnierze też mieli jednego zabitego. Walka ustała po zmierzchu, a niszczenie wioski trwało do północy. Indianie stracili cały dobytek i zapasy żywności, co sprawiło, że wkrótce poddali się w Forcie Cobb. Wśród kapitulujących był Mow-way.
Soliman - Indianie brazylijscy.
solizja - (Solisia Br. et R.); jedynym gatunkiem tego rodzaju kaktusów jest S. pectinata (B. Stein) Br. et R. o pokroju bardzo podobnym do pelecyfory, jednakże kwiaty wyrastają nie z wierzchołka, lecz z bocznych części pędów. Pochodzi z meksykańskiego stanu Puebla i Oaxaca.
Solomeco - Indianie południowoamerykańscy.
Soloto - Indianie boliwijscy.
Solteco - Indianie meksykańscy.
Sope Macu
Sora - Indianie peruwiańscy.
sosna - (Pinus balsamifera); Indianie Mohawk nazywali ją onen:ta lub onehta.
Występuje w kilku odmianach.P. contorta to sosna wydmowa.
Jeden z klanów, lub grupa, Indian White Mountain Apache nosiła nazwę Indelchidntl, czyli Sosna. Bonnycastle podał, że Indianie Beothuk jadali wewnętrzną część kory tej rośliny. Indianie Chippewa wykorzystywali sosnę do celów użytku codziennego a także robili z niej zabawki.
Sotiagay Axluslay
sowa - Indianie Cheyenne nazywali ją méstaa'e.
sowa preriowa - (Speotylo hypogaea); żyje w Ameryce Północnej na preriach. Wierzch ciała ma czerwono-szaro-brunatny z podłużnymi, zaokrąglonymi białymi plamkami, pierś szarobrunatną, brzuch żółtawobiały. Osiąga długość do 23 cm. Podobna jest do sowy pampasowej, żyjącej w Ameryce Południowej. Obydwa gatunki są charakterystycznymi ptakami Ameryki. Zamieszkują podziemne nory wykopane przez ssaki, razem z ich prawowitymi właścicielami lub z ich straszliwymi wrogami - grzechotnikami. Żywią się owadami, płazami i gadami, zabijają nawet drobne jadowite węże. Odzywają się jedynie w nocy nieco ochrypłym i przejmującym głosem a w dzień tylko w razie wielkiego niebezpieczeństwa. Indianie nienawidzili sów i tępili je.
sowa ziemna - Ptak preriowy, czasami zimując w norach razem z pieskami preriowymi.
sól halit
spessartyn - Spessartyn jest rzadką odmianą granitu, budzącą zainteresowanie jedynie wśród kolekcjonerów. Zwykle ma barwę żółtą, pomarańczową, czerwonawą lub brązową; pod wpływem wietrzenia ciemnieje a nawet staje się czarny. Występuje zwykle w postaci kryształów. Spotykany jest w granitach i pegmatytach oraz skałach magmowych. Najlepsze jego okazy znaleźć można w Brazylii. W USA napotkać go można w okręgu San Diego w Kalifornii i w kopalni Rutherford w Amelii (Wirginia) a także w rejonie Haddam (Connecticut).
SP - Smoki People; Organizacja założona w 1921 roku. W roku 1987 liczyła 1600 członków z wodzem George Hillem na czele. Jest to lokalna instytucja profesjonalistów (nie-Indian), zrzeszonych w celu podtrzymywania autentycznych artystycznych choreografii dawnych ceremonii i tańców plemion indiańskich Ameryki Północnej i Południowej. Rytuały i stroje odtwarzają sami członkowie grupy, prowadząc wnikliwe badania historyczne. Organizacja prowadzi też 600-tomową bibliotekę dotyczącą Indian prekolumbijskich Półkuli Zachodniej. Publikuje rocznik SMOKI CEREMONIALS AND SNAKE DANCE. Tradycyjne jej spotkania odbywają się co roku w związku z dorocznymi tańcami - zawsze w pierwszą sobotę sierpnia podczas nowiu Księżyca.
Być może nieaktualny już adres:
SP
P.O. Box 123
Prescott, AZ 86302
USA.
SPI - Servicio do Protocao dos Indios; Służba Ochrony Indian.
Pierwszą organizacją, zajmującą się problemami Indian żyjących w brazylijskim Interiorze, była ufundowana przez Rondona w 1910 roku SPI. Jej głównym celem było działanie na rzecz utrzymania przy życiu plemion indiańskich oraz ułatwienie im zaadoptowania się do warunków współczesnej cywilizacji. Instytucja ta, oparta na wzniosłych celach humanitarnych, mogła stać się epokowym dziełem narodowym, gdyby posiadała fundusze na utrzymanie setek posterunków rozsianych po całym kraju. Odgórne nastawienie jednakże było inne: usiłowano z Indian zrobić na poczekaniu rolników, rzemieślników lub żołnierzy korpusu ochrony pogranicza. Stosunkowo jeszcze najlepiej wypadła próba pozostawienia plemion w ich własnym środowisku, gdzie mogły robić to, na co mają ochotę: polować, łowić ryby, uprawiać trochę ziemi na codzienne potrzeby, urządzać swoje festyny, tańczyć i śpiewać po swojemu. Taką oazę eksperymentalną stanowił Narodowy Park Xingu.
W 1947 roku, gdy kilku urzędników brazylijskich zabitych zostało przez krajowców z plemienia Chavante, kierownik SPI, Francisco Meirelles, zorganizował 20-osobową wyprawę w celu nawiązania pokojowych stosunków z tym szczepem.
W latach 60-tych XX wieku, już po przewrocie wojskowym w Brazylii, kilka poważnych dzienników wychodzących w Rio de Janeiro i w Sao Paulo, zamieściło alarmujące reportaże o masowym tępieniu plemion przez niektórych funkcjonariuszy SPI. Zarządzone natychmiast śledztwo wykazało, że zarzuty te, wprost niewiarygodne, nie były jednak całkiem bezpodstawne. W kilku rezerwatach miała się potwierdzić ponura przepowiednia Nutelsa, że Indianie jako prawni właściciele znacznych obszarów ziemi, zwłaszcza bogatej w poszukiwane minerały, padną ofiarą chciwości białego człowieka, ponieważ konstytucja nie pozwala ich wywłaszczać.
Zarówno rezerwaty, jak i SPI, wypełniły swój zakres działania w czasach, kiedy stanowiły nowość i kiedy ten wielki kraj nie osiągnął jeszcze warunków rozwojowych, pobudzających do szukania skuteczniejszych rozwiązań. Tak też się stało z SPI, która w konsekwencji została opanowana przez wielkie przedsiębiorstwa i posiadaczy ziemskich, stając się narzędziem eksterminacji Indian.
W 1967 roku rząd federalny powołał do życia FUNAI, która połączyła w jedną całość SPI, Narodową Radę Ochrony i Narodowy Park Xingu.
spinele - Spinel to określenie zarówno jednego z minerałów jak i całej grupy podobnych mu strukturalnie innych minerałów. Spinel jest także znanym kamieniem szlachetnym, długo traktowanym jako odmiana rubinu.
Na Ziemi Indian spinele znaleźć można m.in. w New Jersey i Massachusetts w USA.
Spiro - Między 500 a 1300 rokiem n.e. na wschodnich terenach Oklahomy kwitła kultura Spiro. Prawdopodobnie Indianie ci powiązani byli z Indianami Mexica. Zniknęli jednak nagle, pozostawiając po sobie kopiec wypełniony wytwornymi dziełami sztuki i zagadką o ich sposobie życie. Kopiec odkryty został w latach 1930-tych, a znajduje się on w jednym z oklahomskich Parków Archeologicznych. Adres:
Spiro Mounds Archeological State Park
Rt. 2
Spiro, OK 74959
USA.
Spokane - Indianie północnoamerykańscy. 17 maja 1858 roku wraz z Indianami Palouse i Coeur d'Alene pobili oddział dragonów pułkownika Steptoe'a kilka mil od obecnego Colfax w północno-wschodniej części stanu Washington.
spodumen - Spodumen jest ważną rudą litu, pierwiastka używanego do wyrobu szkieł, ceramiki oraz w technologii jądrowej. Może być koloru białego, szarego, zielonego lub fioletowego. Najlepsze, przezroczyste okazy, cenione są jako kamienie jubilerskie. Jego szmaragdowo - zielona odmiana nazywana jest hiddenitem a jasnofioletowa - kunzytem.
Poszczególne kryształy spodumenu mogą osiągać olbrzymie rozmiary. Jeden z największych znaleziony został w kopalni Etta w Dakocie Południowej (USA). Miał on 14 metrów długości (obwód 80 na 80 cm) i ważył około 28 ton. Najcięższy znany kryształ spodumenu ważył prawie 90 ton!
Występuje głównie w skałach głębinowych, pochodzenia magmowego. Znaleźć go można w Minas Gerais (Brazylia), Manitobie (Kanada) i w USA - kopalnie w Kalifornii, Karolinie Północnej i Dakocie Południowej.
Squaw Sachem z Pocasset Wetamoo
srebro - Srebro jest jednym z najbardziej cenionych metali, nie tylko, dlatego, że jest rzadkie i piękne, lecz także ze względu na to, że jest ono metalem kowalnym i można mu nadać rozmaite formy artystyczne. Znano je i ceniono od niepamiętnych czasów. Rzadko występuje w czystej postaci. Częściej uzyskuje się je z takich minerałów jak argentyt, chalkopiryt oraz bornit. Charakteryzuje się dużą odpornością na korozję.
Meksyk zawsze był wiodącym dostawcą tego metalu. Obok wystąpień złóż złota było to główną przyczyną, dla której ten obszar Ziemi przedstawiał tak wielką wartość dla Hiszpanii. W 1588 roku Hiszpanie nie mogliby pozwolić sobie na wystawienie "Niezwyciężonej Armady" przeciw Anglii, gdyby nie południowoamerykańskie srebro. W 1594 roku złoto i srebro stanowiły 95 % hiszpańskich przewozów przez Atlantyk.
Srebro wydobywane w Boliwii wiąże się nierozerwalnie z miastem Potosi, którego historia zaczęła się jeszcze przed przybyciem tam hiszpańskich najeźdźców. Na długo przed tym Inka Huayna Capac usłyszał jak jego poddani opowiadali o pięknym wierzchołku górskim zwanym Sumaj Orcko. Wreszcie ujrzał go na własne oczy, kiedy będąc chorym, kazał się zanieść do łaźni w Tarapaya. Ze słomianych chatek wioski ujrzał po raz pierwszy ów doskonały stożek, który wznosił się dumnie między wysokimi szczytami łańcuchów górskich. Był nim oczarowany. Niezliczone odcienie czerwieni, wysmukłość i wysokość wierzchołka budziły zachwyt i podziw także w późniejszych czasach. Inka przypuszczał, że góra kryje w swym wnętrzu szlachetne kamienie i cenne metale, zapragnął więc nowymi ozdobami wzbogacić Świątynię Słońca w Cusco. Złoto i srebro, które Inkowie wydobywali z kopalni Colque Porco i Andacaba, służyło jedynie do adoracji bogów, nigdy nie opuszczało granic królestwa i nie stanowiło przedmiotu handlu. Jednak tutaj, kiedy indiańscy górnicy wbili swe kilofy w złoża srebra, powalił ich głos silny jak grzmot, wydobywający się z głębin górskiej otchłani. Usłyszeli wypowiadane w języku quechua te oto słowa: "To nie jest dla was. Bóg zastrzegł te bogactwa dla tych, którzy przybędą stamtąd". Przerażeni Indianie uciekli i Inka opuścił miejsce, zmieniwszy uprzednio nazwę góry. Od tej pory nazywa się ona Potosi, co znaczy "grzmi", "rozrywa", "wybucha".
Ci, "którzy przybyli stamtąd", nie zwlekali długo z pojawieniem się. Dowódcy podboju parli naprzód. Kiedy przybyli, Huayna Capac już nie żył.
W 1545 roku Indianin Huallpa, tropiąc ślady zbiegłej lamy, zmuszony został do spędzenia nocy na tej górze. Rozpalił ognisko, aby nie zamarznąć i wtedy płomienie oświetliły białą, błyszczącą nić czystego srebra. Ruszyła lawina Hiszpanów.
Powiada się, że w mieście Potosi, w czasach największego jego rozkwitu, nawet podkowy końskie robiono ze srebra. Srebrne były ołtarze i skrzydła cherubinów niesionych w procesjach. W 1658 roku przed świętem Bożego Ciała z ulicy wiodącej z centrum miasta do kościoła w Recoletos zerwano bruk, aby zastąpić go sztabami srebra. Srebro z Potosi wznosiło świątynie i pałace, klasztory i domy gry, było źródłem tragedii i podnietą w zabawach, rozlewało krew i wino, rozpalało chciwość i potęgowało nieokiełzaną rozrzutność i ryzykanctwo. Szpada i krzyż obok siebie przemierzały kraj, wspierając się nawzajem w podboju i grabieży kolonialnej. Po srebro Ameryki przybywali do Potosi wojskowi dowódcy i asceci, awanturnicy szukający zwady i misjonarze, zwykli żołnierze i zakonnicy. Trzewia tej bogatej góry, uformowane w sztaby srebra, stały się pokarmem dla rozwoju Europy. Wszystko zdobywane jest rękoma chwytanych w niewolę Indian. Później, gdy nieludzko traktowani robotnicy zaczęli masowo wymierać i coraz trudniej było o nowych, wprowadzono dla nich łagodniejsze prawa: każdy pracujący pod ziemią górnik mógł raz w tygodniu wydobywać srebro dla samego siebie.
W XVIII wieku zaczyna się upadek gospodarki srebra, której centrum znajdowało się w należącej pierwotnie do Chile Potosi. Ówczesne społeczeństwo Potosi chore na ostentacyjną rozrzutność, pozostawiło Boliwii zaledwie mgliste wspomnienie po okresie swej wspaniałości: ruiny kościołów i pałaców oraz osiem Milionów Indian, którzy tu wyginęli. Wyrywano Indian z ich wiosek i gnano wraz z kobietami i dziećmi w kierunku góry. Na, dziesięciu, którzy weszli w te zlodowaciałe pustkowia położone wysoko w górach, siedmiu nie wracało. Indianie w wioskach widzieli powracające kobiety, zgnębione, bez mężów i wiele osieroconych dzieci, dowiadując się jednocześnie, że w kopalniach czyha nań "tysiąc rodzajów śmierci i nieszczęść". Hiszpanie przemierzali wokoło setki mil w poszukiwaniu siły roboczej. Wielu Indian umarło w drodze, zanim dotarło do Potosi. Ale najwięcej ludzi ginęło w kopalniach z powodu straszliwych, zabójczych warunków pracy. W 1550 roku, wkrótce po założeniu kopalni, ojciec Domingo de Santo Tomas informował Radę do Spraw Indian, że Potosi było "wrotami piekieł", które corocznie pochłaniały tysiące Indian i że drapieżni właściciele kopalń traktowali miejscową ludność "jak bezpańskie zwierzęta". Nieco później brat Rodrigo de Loaysa powie: "Biedni Indianie są jak sardynki w morzu. Tak samo jak wszystkie ryby gonią za sardynkami, by je złowić i pożreć, tak wszyscy w tych okolicach ścigają tych nieszczęśników". Kacykowie wiosek zobowiązani byli dostarczać nowych mężczyzn w wieku od 18 do 50 lat na miejsce zmarłych mitayos.
Zagrodzone miejsca, gdzie dawniej rozdzielano Indian między właścicieli kopalń, służą teraz robotnikom za place do gry w piłkę a u wejścia do Potosi mija się niekształtną kupę ruin, gdzie niegdyś było więzienie dla mitayos.
W Recopilacion de Leyes de Indias nie brakuje dekretów z owej epoki, w których ustanawia się, że Indianie mają na równi z Hiszpanami prawo do eksploatacji złóż i w których wyraźnie zakazuje się naruszać prawa tubylców. Oficjalna historia - ta martwa strona, która zbiera dziś martwe litery z ubiegłych czasów - nie ma więc na co narzekać.
Ale w tym samym czasie, gdy atramentem wybuchał talent hiszpańskich prawników, nie ustających w debatach nad ustawodawstwem dotyczącym pracy Indian, w Ameryce "szanowano prawo, ale go nie przestrzegano". W rzeczywistości bowiem - jak pisał Luis Capoche - "nieszczęsny Indianin jest jak pieniądz, za który można mieć wszystko, czego potrzeba, tak jak za złoto i srebro, lecz znacznie łatwiej". Wiele osób dowodziło na drodze sadowej, że są Metysami, aby uniknąć wysyłki do kopalń oraz sprzedaży na rynku.
W końcu XVIII wieku Concolorcorvo, w którego żyłach płynęła indiańska krew, sprzeniewierzył się swoim bliźnim pisząc: "Nie przeczymy, że w kopalniach ginie wielu Indian, ale to nie wynika z samej pracy, tylko z rozpusty, w jakiej żyją". Z tego względu ważny jest tu opis przekazany przez Luisa Capoche, człowieka, który sam miał wielu Indian u siebie w pracy. Jak pisze, ze sztolni "zazwyczaj wynoszą ich martwych z rozbitymi głowami i nogami, a w cukrowniach codziennie się kaleczą". Indianie odłupywali minerał ostrzem barrety, a potem wnosili go na plecach po drabinie przy świetle jednej świecy. Przechodzili na przemian od piekielnego gorąca do lodowatej temperatury na powietrzu. Poza kopalnią zatrudniani byli do czyszczenia, mielenia, a następnie topienia srebra na ogniu oraz poruszania kieratu w cukrowniach.
W latach 1850-tych w okręgu Washoe, w zachodniej Nevadzie odkryto Comstok Lodge, największą pojedynczą górę zawierającą przede wszystkim srebro - była to w istocie przysłowiowa góra srebra. Osada Wirginia City, położona na zboczu owej góry, dzięki napływającym zewsząd zastępom górników, szybko przekształciła się w metropolię.
Indianie Navaho, dziś swego rodzaju mistrzowie w sztuce wykonywania ozdób ze srebra, pierwotnie nie znali sztuki kucia tego metalu. Poznano ją dopiero w 1835 roku, kiedy to kilku Indian tego narodu nauczyło się od meksykańskich kowali paru sposobów stosowanych przy obróbce metalu. Pierwszym obrabianym przez nich surowcem był drut mosiężny lub miedziany, pochodzący częściowo z przewodów telegraficznych, oraz srebrne monety. Dopiero później handlarze zaczęli sprowadzać sztuki lub sztabki srebra. Atsidi Tsani i Atsidi Chon (Brzydki Kowal) byli pierwszymi srebrnikami, których nazwiska są mam znane. Nauczali oni rzemiosła swych współplemieńców i już około 1900 roku sztuka kucia w srebrze doszła do pełnego rozkwitu. Chociaż inne plemiona, zwłaszcza Indian Zuni i Hopi, rozwinęły podobną produkcję, to jednak jeszcze dzisiaj tę dziedzinę sztuki wiąże się mimowolnie z Indianami Navaho. Naród ten odgrywa nadal największą rolę w sprzedaży ozdób srebrnych z Południowego Zachodu.
W 1944 roku ukazało się pierwsze wydanie książki Johna Adaira zatytułowanej "The Navaho and Pueblo Silversmiths" (Srebrnicy Indian Navaho i Pueblo) w której autor opisał i szczegółowo udokumentował pracę indiańskich srebrników. Adair sam nawet pobrał wstępną naukę tego zawodu u nawajskiego kowala, Tona Burnsidera.
Srebrnicy Indian Navaho wprowadzili cały szereg nowych technik artystycznych - na przykład zastosowali formy z piaskowca do odlewu ornamentów. W 1890 roku zaczęto oprawiać w srebro turkusy, a dzisiaj nie ma już niemal indiańskich ozdób bez tego ulubionego kamienia. Indianie Zuni natomiast wprawiają często setki maleńkich kawałków turkusa w srebrny podkład podobny do filigranu.
Srebro posiada właściwości magiczne, pozwala ulatywać posiadanej energii emocjonalnej, pomaga uwolnić skupioną energię duchową. Srebro wspomaga intuicję, właściwości telepatyczne i wizyjne. Może być pomocne w obudzeniu twojej wyższej natury i może pomóc uleczyć ci twoją wyższą jaźń.
U dawnych Indian meksykańskich przedwczesny poród uważany był za wielkie nieszczęście. Aby temu zapobiec wołano czarowników, którzy podczas dość złożonej ceremonii prosili bogów o ochronę płodu. Czarownik pocierał dwa lub trzy kamienie wielkości dłoni o kawałek srebra. Kładł następnie na kamieniach sproszkowane liście koki i starte na proszek morskie muszelki. Obok stawiał świnkę morską i naczynie z chichą. Po tym następowała ceremonia właściwa, skupiona głównie wokół przepowiadania powodów przedwczesnego porodu.
Srebro (po łacinie argentum), zdobywane przez hiszpańskich konkwistadorów u zabijanych przez siebie Indian, dało nazwę nowo odkrytej przez nich ziemi - Argentynie. Same też Andy długo nazywane były Górami Srebrnymi. Jest też i Srebrna Rzeka - Rio de la Plata oraz prowincja La Plata. Największe kąpielisko nad oceanem, Mekka bogatych turystów z całego świata zwie się Mar del Plata - Srebrne Morze. W ogóle Argentynę przyjęło się nazywać Krajem Nad Srebrną Rzeką.
Według Indian Navaho srebro jest jakby łącznikiem energii kamieni i energii kosmicznej.
sroka - Indianie Cheyenne nazywali ją mo'e'ha.
stalaktyt - Stalaktyty to nacieki krystaliczne zwisające ze stropu jaskiń utworzonych w wapieniach lub dolomitach, wskutek wytrącania się węglanu wapnia z kapiącej ze szczelin skalnych wody.
Znana jest przynajmniej jedna grota wykorzystywana przez dawnych kapłanów Indian Maja jako świątynia. Nie było to jednak miejsce otwartego kultu, lecz dostęp do niej mieli wyłącznie wtajemniczeni kapłani, którzy składali tutaj ofiary wotywne czy też błagalne, zaledwie kilka razy w roku. Poświęcona była on Tlalokowi, bogowi deszczu i wody. Najprawdopodobniej to właśnie na podstawie obserwacji narastania stalaktytów i stalagmitów widziano w Tlaloku siłę tworzącą świat. Zasługuje tu na uwagę jeszcze i ten fakt, że po dziś dzień w niektórych rejonach Meksyku czarownicy wzywając deszcz przy zaklęciach i błaganiach o wodę posługują się jako talizmanami właśnie stalaktytami.
Lokalna nazwa stalaktytu używana w Meksyku a pochodząca z języka Indian Mexica to achchicle.
Ssimacu Urarina
Staitan Kite
Standing Rock - 14 września 1905 roku w rezerwacie tym zmarł Deszcz W Twarzy.
starzec - (S. triangularis Hook.); Indianie Cheyenne roślinę tą nazywali "żółtym lekiem": e hyo' ve se e yo (e ov', żółty). Lek sporządzony z niej dawali chorym skarżącym się na ból w klatce piersiowej. Działał on też uspakajająco. Korzenie lub liście używano osobno. Po skruszeniu, wrzucali je do gorącej wody i tak otrzymany wyciąg dawano choremu do picia.
staurolit - Minerał; ma barwę czerwonawo brunatną lub brunatno czarną. Jego kryształy są często zbliźniaczone i mają kształt krzyża, stąd też potocznie nazywany jest kamieniem krzyżowym. Najczęściej znaleźć go można w łupkach krystalicznych i niektórych gnejsach.
Na Ziemi Indian minerał ten występuje w Minas Gerais (Brazylia) i w USA (Georgia, Nowy Meksyk, Karolina Północna, New Hampshire, Tennessee i Wirginia).
W Polsce występuje w rejonie Głuchołaz.
steatyt - Minerał mikrokrystaliczny, zbita odmiana talku; używany jako materiał rzeźbiarski. Tworzy tłuste skupienia blaszkowate i łuskowate o doskonałej łupliwości. Steatyt, zwany też kamieniem mydlanym, występuje wśród metamorficznych skał węglanowych. Zabarwia się na biało lub zielonkawo.
W honduraskim Islas de la Bahia znaleziono datowane na 1000 - 1500 rok n.e. figurki idoli wykonane z zielonkawego steatytu. Natomiast człekopodobne naczynia z gładzonego steatytu wytwarzano na obszarze Północno - Zachodniego Wybrzeża Pacyfiku Ameryki Północnej.
stibikonit - Rzadko występujący i wciąż jeszcze mało znany minerał. Zazwyczaj ma kolor biały lub żółtawy, ale może być również czarny, brunatny, szary lub pomarańczowy. Po raz pierwszy, jako oddzielny minerał, wyróżniony został w roku 1932.
Stibikonit jest minerałem wtórnym, który tworzy się przez przeobrażenie innych minerałów antymonu, przede wszystkim siarczku antymonu. Jego drobne skupienia są trudno zauważalne.
Jego wystąpienia na ziemi Indian zanotowano m.in. w Altar, San Luis Potosi i w Sonorze (Meksyk) oraz w okręgu Empire (USA, Nevada).
stibit - Jest głównym źródłem przemysłowym metalicznego antymonu. Zwany jest także antymonitem. Występuje w różnych żyłach kruszcowych, często wspólnie ze złotem. Tworzy wydłużone kryształy, często o pokroju igiełkowym. Największe jego złoża znaleziono w Boliwii, Meksyku, Peru i USA (Kalifornia).
stichtyt - Rzadki minerał należący do węglanów. Znajdowany bywa w serpentynitach. Jedne z najładniejszych jego okazów znaleziono m.in. w Black Lake (Quebek, Kanada).
stilbit - Stilbit jest często występującym zeolitem. Jest minerałem wtórnym, krystalizującym z roztworów hydrotermalnych i występuje z reguły w szczelinach skalnych. Jest bezbarwny lub przybiera zabarwienia białawe, szare, żółtawe, czerwonawe a niekiedy ceglastoczerwone. Znajdowany jest w dużej liczbie wystąpień na całym świecie. Obficie występuje m.in. w okręgu Diego w Kalifornii i w Paterson w New Jersey (USA).
W Polsce znajdowano go w pegmetytach masywu strzegomskiego, strzelińskiego oraz w bazaltach Dolnego Śląska.
Stillakwamish - Indianie zaliczani do saliszańskiej rodziny językowej, żyjący nad rzeką o tej samej nazwie w północno-zachodniej części stanu Washington. Byli albo blisko spokrewnieni z Indianami Snohomish, albo nawet ich odłamem. Na początku XX wieku żyli w rezerwacie Tulalip, lecz nie wiadomo w jakiej liczbie, gdyż nie prowadzono wtedy tego rodzaju szacunków.
Stockbridge - Indianie ci, których rodzima nazwa brzmi Mahican, żyło właściwie w dolinie rzeki Housatonic w Massachusetts. Nazwa Stockbridge pochodzi od znajdującego się w ich pobliżu wioski białych. W 1785 roku Indianie ci zapoczątkowali serię przeprowadzek w kierunku zachodnim, które ostatecznie ustaliły dzisiejszą lokalizację plemienia - rejon Wielkich Jezior. W 1833 roku przyłączyli się do nich Indianie Delaware Munsee. Tak powstałe zrzeszenie liczyło w 1937 roku 600 osób.
Stojący Bizon - Indianin Sisseton Santee Dakota Sioux. W lipcu 1863 roku jego grupa polująca na bizony dołączyła do to samo robiącej grupy Inkpaduty. Zwiadowcy generała Sibleya odkryli szlak pozostawiony przez Stojącego Bizona. Sibley pozostawiwszy na straży zapasów 1/3 brygady wyruszył 20 lipca na czele 1400 piechurów i 500 jeźdźców. 24 lipca wojsko dogoniło Indian w pobliżu Big Mound. Rozpoczęto przygotowania do rokowań gdyż Stojący Bizon i jego Indianie Sisseton nie mieli serca do walki. Podczas napiętych rozmów ktoś z zapaleńców Inkpaduty podstępnie zastrzelił lekarza rangerów Minnesoty i rozgorzał bój. Pierwszymi ofiarami padli wodzowie Indian Sisseton udający się na naradę z Sibleyem. Wojownicy w liczbie blisko tysiąca walczyli defensywnie, osłaniając ucieczkę swych rodzin. Wspomagani artylerią Minnesotańczycy ruszyli szykiem bojowym metodycznie wypierając Indian Sioux z jednej pozycji do drugiej, aż rozsypali się i zaczęli uciekać ścigani uporczywie przez kawalerię. Noc zakończyła walkę.
Stojący Niedźwiedź - Indianin Sioux, tak oto opowiadał o swoim pierwszym polowaniu na bizony:
"Dotarłszy do szczytu wzgórza, wszyscy myśliwi popuścili cugle i konie ruszyły jak wiatr. Chłostałem moją karą klaczkę i omal nie wyprzedziłem towarzyszy. Wkrótce otoczyła mnie chmura pyłu, tak iż nic nie widziałem o krok przed sobą. Słyszałem tylko ryki i tupot racic bizonów, biegnących z dudnieniem grzmotu. Przez chwilę nie próbowałem nawet dobyć strzały z kołczanu, tyle wysiłku wkładałem w utrzymanie się na końskim grzbiecie. Zdałem sobie wówczas sprawę, jak bardzo jestem bezbronny pośród całego tego łoskotu i kurzu, pośród ciżby potężnych, oszalałych ze strachu zwierząt. Ogarnął mnie śmiertelny lęk."
Stoney Północna gałąź Indian, Assiniboin, która do 1800 roku przemieściła się i osiadła u podnóża gór Alberty.
Stopa Wrony - Indianin Blackfoot. W latach siedemdziesiątych XIX wieku był jedynym wodzem wynajmującym na dwadzieścia cztery godziny strażników do pilnowania swych koni, w rezultacie czego rzadko zdarzało się, aby ktoś ukradł, czy też przepłoszył mu konie. Miał on wtedy około czterystu koni, wśród których były konie do polowania na bizony, konie wyścigowe, do zwykłej jazdy i konie pociągowe. Stado to podzielił na cztery grupy liczące po około sto sztuk każda i pasł je w różnych miejscach. To nie tylko rozwiązywało problem dostatku trawy, ale minimalizowało też ewentualne skutki panicznej ucieczki w przypadku burzy, czy ataku wroga. Strażnik, który zasnął na służbie, mógł nie tylko stracić powierzone mu konie, ale i własne życie, co też dość często się zdarzało w przypadku innych stad. Stopa Wrony był pod tym względem bardzo wymagający i unosił się gniewem zauważywszy, że jego strażnicy niedbale wykonują swoje obowiązki.
stopowiec - (Podophllum), zwana też niekiedy podofilum; roślina z rodziny berberysowatych. W języku angielskim określany jest takimi pojęciami jak indiańskie jabłko, dzika cytryna lub majowe jabłko. Ma duże, palczaste liście i słodkie, aromatyczne owoce. Rośnie w atlantyckiej części Ameryki Północnej i w umiarkowanej strefie Azji Wschodniej. Występuje w kilku gatunkach, a których jeden dostarcza podofilyny, żywicy otrzymywanej z korzenia, stosowanej w formie szarożółtego lub brunatnego proszku w weterynarii, jako środek żółciopędny i przeczyszczający.
Lohontan określił owoc stopowca mianem zdrowotnego, ale dodał, że trujący korzeń używany był przez kobiety indiańskie do popełniania samobójstw.
Stopowiec był wielce cenioną rośliną przez Indian Cherokee i inne plemiona Ameryki Północnej. Jego korzeń wykorzystywany był jako środek wymiotny, przeczyszczający i przeciwrobaczny.
Indianie Delaware nazywali tę roślinę nazwą określającą jej właściwości przeczyszczające. Hunter zaś zanotował, że zachodni Indianie używali sproszkowanego korzenia jako leku przeczyszczającego, jako odtrutki i jako środka przeciwgorączkowego. Owoc ceniono jako delikates. Indianie Penobscot stosowali tę roślinę jako lek na brodawki. Indianie Menominee gotowali całą roślinę w celu pozyskania środka owadobójczego, stosowanego na plantacjach ziemniaków. Indianie Meskwaki używali różnych części stopowca, a przede wszystkim korzeń, jako środka na wymioty i jako leku na reumatyzm.
Storm Horse Bernie, Clifford Jr.
Stowarzyszenie - Na całych Równinach Ameryki Północnej występowała organizacja tak podobna wśród różnych plemion, że wydaje się, że pochodzi ona z jednego źródła, choć każde plemię, kierując się lokalny patriotyzmem, sobie przypisuje jej utworzenie. Maximilian von Wied uważa, że jej twórcami są Indianie Crow, z racji ich upodobań do uroczystości, lecz jest chyba o wiele starsza od czasów, gdy oddzielili się oni od Indian Hidatsa. W każdym plemieniu organizacja taka składa się z od 4 do 12 Stowarzyszeń, różniących się rang i znaczeniem, obejmujących wszystkich mężczyzn, od chłopców lub niedoświadczonych wojowników po starców, którzy po zejściu z wojennej ścieżki poświęcili się zarządzaniu plemiennymi uroczystościami. Nazwa każdego takiego stowarzyszenia/związku wiązała się a jakimś mistycznym zwierzęcym opiekunem, lub z jakimś obyczajem, obowiązkiem lub osobliwością związaną z przynależnością do niego. Tak wśród Indian Kiowa występowało sześć stowarzyszeń wojennych: Królika, Młodej Górskiej Owcy, Końskiego Czerpaka, Czarnej Nogi, Szalonego Konia i Naczelnych Psów. Cztery następne Stowarzyszenia były sobie równe rangą, różniące się tylko okresowo prestiżem jaki osiągnęli z racji swych zasług ich członkowie. Natomiast Koitsenko, czyli Stowarzyszenie Naczelnych Psów, liczyło tylko dziesięciu wybranych, wypróbowanych wojowników o niezrównanej odwadze. Pewien stary Indianin z rezerwatu Standing Rock powiedział pod koniec na przełomie XIX i XX wieku, że wiele Stowarzyszeń wojennych miało swą genezę powstania wywodzącą się z wizji.
Stowarzyszenie Akicita - Słowo aki'ćita pospolicie tłumaczy się jako "żołnierz", chociaż akin oznacza "strażnik" lub "policjant", a równoznaczny wyraz "wojownik" brzmi iki'ćze. Tak też Stowarzyszenie Aki'ćita obejmowało członków będących strażnikami lub przewodnikami podczas marszu plemienia albo też "policjantami" w wioskach.
Akicita było początkowo stowarzyszeniem łowców bizonów, zwracając uwagę na przestrzeganie zasad polowania; utrzymywali oni również porządek w obozie i wymierzali kary nie przestrzegającym tego. Początkowo byli to urzędnicy cywilna, chociaż akicita mógł również współdziałać z wojskowymi.
Notatki Hennepina dotyczące akicita zostały zebrane wśród Indian Santee Dakota. W 1680 roku Hennepin brał udział w przekroczeniu Missisipi, docierając do rzeki "Islands" koło wodospadów St. Anthony prawdopodobnie koło miejscowości St. Paul w Minnesocie). Biali otrzymali wtedy żywność od pewnych Indian, lecz podczas jej spożywania przybyli inni Indianie, którzy odebrali m jedzenie, plądrując zarazem tipi.
Prowadząc badania nad Indianami Oglala Dakota doktor Wissler dokonał podziału mężczyzn stowarzyszonych w Akicita na: Przywódców Stowarzyszenia i Stowarzyszenie Wojowników. Podał też sześć grup, Akicita, które działały podczas prowadzonych przez niego badań wśród Indian Oglala z Pine Ridge i Rosebud w Dakocie Południowej. Były to: Toka'la (Kit Fox - Lisie Szczenię), Kangi'yuha (Posiadacze Wron), Cante'-tinza (Dzielne Serca), Iho'ka (Znaki) i Wićiska (Biały Ślad). Tylko pięć pierwszych z tych organizacji Densmore Frances zidentyfikował wśród Indian Teton Dakota w rezerwacie Standing Rock.
Stowarzyszenie Białej Bizonicy - Członkinie tego stowarzyszenia przywabiały stada bizonów, zakładają na głowy podczas obrzędów czapy ze skóry białego bizona, przybrane piórami.
Stowarzyszenie Gęsi - Członkinie tego kręgu odprawiały ceremonie mające zapewnić urodzaj kukurydzy.
Stowarzyszenie Królika - Organizacja występująca u Indian Kiowa. Obejmowało ono chłopców w wieku 10-12 lat, zaprawionych do swych obowiązków przez wyznaczonych po temu starców. Chłopcy mieli swój taniec podczas którego naśladowali skoki królika.
Stowarzyszenie Lisie Szczenię - Tokala; tak oto sami Indianie mówią o tej organizacji:
"Oto Stowarzyszenia wojowników, którzy istnieją dla odwagi. Jeśli ktoś jest dzielny, będzie do niego należą. A ktokolwiek należy, ale nie jest odważny, albo jest tylko pyszałkowaty, nie jest w Stowarzyszeniu użyteczny. Nie można przystąpić samemu. Jeśli Stowarzyszenie zauważy, że ktoś się nadaje, samo go przyjmuje (tylko wtedy). Tylko mężczyźni młodzi i odważni są wojownikami. Jeśli ktoś myśli, że jest dzielny, ale tylko dzięki pracy, stowarzyszenie nie będzie dla niego odpowiednim miejscem (by stać się wojownikiem). Wojownicy sami wiedzą, kto jest odważny. Dlatego ma miejsce 'wybieranie wojowników'. Odbywa się ono jak przygotowanie do wyruszenia na ważną bitwę. Wybierani są odważni. Jeśli wykonywany jest ten Taniec Stowarzyszenia Lisa, wyboru dokonują najważniejsi wojownicy. Wszyscy tancerze gromadzą się na środku placu. Jeżeli ktoś odmawia, jest uderzany i nie może się rozgniewać (nikt tego nie robi). Jeśli ma się serce, bycie wojownikiem odpowiada."
A oto Pieśń Stowarzyszenia Lisa, zwana przez Indian Sioux Tokala Olowan:
(Imię) Blihic'iyayo.
Nitakuye ki iyuha yelo.
Blihic'iyayo. Nakenunla yaun we.
(Imię), bądź silny.
Wszyscy twoi krewni odeszli.
Bądź silny. Jesteś sam.
Akicita ki wanij kuśni yelo.
(Imię) kuśni yelo.
Jeden żołnierz nie powrócił.
(Imię) nie wrócił.
Sungwa togla wicasa ki wanji el unśni yelo.
(Imię) el unśni yelo.
Nie ma jeźdźcy dzikiego konia.
(Imię) nie ma tam.
Lowan wicaśa ki wanji el unśni yelo.
(Imię) el unśni yelo.
Nie ma śpiewaka.
(Imię) nie ma tam.
Wokoyagya wicaśa ki wanji el unśni yelo.
(Imię) el unśni yelo.
Nie ma powroźnika.
(Imię) nie ma tam.
Akicita ki (imię) unyan nayapapi,
ce hena yunkelo.
Żołnierze! Uciekliście bez (imię),
więc on tam leży.
Tokala, czyli Stowarzyszenie (szczenięcia) Lisa, to także jedno z Akicita, stowarzyszeń żołnierskich znanych z bezgranicznej odwagi ich członków. Pieśni tego Stowarzyszenia są śpiewane w dwóch grupach. Pieśni pierwsza i druga są śpiewane raz, w powolnym, paradnym rytmie. Tancerze kroczą zgodnie ze wskazówkami zegara, w pojedynczym rzędzie. W drugiej części z dwoma szybkimi utworami (pominęliśmy jedną pieśń) zarówno kobiety jak mężczyźni tańczą w miejscu, jak w tradycyjnym tańcu kobiecym, ale bardziej wyraziście. Słowa pojawiają się tylko w drugiej połowie każdego powtórzenia. Nie ma ogona. Po zakończeniu tych czterech pieśni, krewni rozdają prezenty.
Stowarzyszenie Łosia - Mężczyźni, którym przyśnił się łoś, zgromadzili się i nazwali Stowarzyszeniem Łosia. Jednym z pieśniarzy i bębniarzy tego stowarzyszenia był Dwie Tarcze. Innymi, znanymi Indianami Sioux, członkami tego Stowarzyszenia byli: Siva'ka, Strzelec, Jedno Pióro. Mężczyźni decydujący się na wstąpienie do stowarzyszenia z nazwą zwierzęcia z jego wizji, musieli poczekać aż zgromadzą bogactwo dostatecznie duże, by sprostać wymogą tej okazji. Musieli bowiem wyprawić ucztę oraz rozdać konie, nakrycia, koce i inne zdobione przedmioty; tego ostatniego dostarczy jego żona lub krewne.
Stowarzyszenie Mocnego Serca - Jedno z pierwszych stowarzyszeń Indian Lakota. Jego członkowie znani byli ze swej nieograniczonej odwagi. W dawnych czasach do tańca Stowarzyszenia Mocnego Serca dopuszczano wyłącznie członków stowarzyszenia, ale później przyłączyć mógł się każdy. We wcześniejszej formie członkowie Stowarzyszenia tańczyli w centralnym kręgu, a ich krewni tworzyli krąg dookoła nich. Istnieje wiele pieśni Stowarzyszenia Mocnych Serc, zwanych Cante T'ina Olowan, a za jednym razem wykonywano ich od pięciu do sześciu. Taniec ten, nie wykonywany już od około 1930 roku, stanowił energiczne skakanie ze złączonymi stopami w lewo po okręgu. Rytm bębna jest szybki, akcentowany, podobny do szybszej części "manzasa". Zanim zacznie się następna pieśń, wcześniejsza kończy się szybkimi uderzeniami bębna, zawodzeniem i krzykiem (aki ś' aś' api).
Orla Tarcza, Indianie Sioux, podyktował słowa pieśni Stowarzyszenia Mocnego Serca:
Kola tuwa
Nape cinahan
Opa kte sni ye
Przyjaciel,
Który ucieka
Nie może być jednym z nas
Stowarzyszenie Naczelnych Psów - Związek wojowników, występujący u Indian Kiowa. Liczył on tylko dziesięciu wybranych, wypróbowanych wojowników o niezrównanej odwadze. Każdy z nich, z własnego wyboru, zakładał uświęconą szarfę Stowarzyszenia, przysięgając, że nosząc ją nie odwróci się w bitwie plecami do wrogów, o ile nie poprosi go o to cała grupa. Obowiązkiem przywódcy wyprawy, który nosił wokół szyi czarną szarfę zwisającą do ziemi, było zejść z konia i stanąć przed frontem szarżujących przeciwników, unieruchomiony poprzez przybicie lancą końca szarfy do ziemi. Jeżeli bitwa była przegrana, wówczas wojownicy, wyrywając lancę, mogli go w ten sposób uwolnić, lecz gdy zaniechali tego w pośpiechu, lub ucieczce, wówczas ginął na miejscu. Na skutek tego szarfę Koitsenko wojownik zakładał tylko wtedy, gdy zamierzał stoczyć rozstrzygający bój. Wybitnym Koitsenko był Satank.
Stowarzyszenie Samotnych Kobiet I Wdów - Krąg Indianek Pawnee, którego jedynym celem było lżenie, dręczenie, torturowanie i zabijanie jeńców wojennych. Członkinie tego stowarzyszenia używały upokarzających dla torturowanego jeńca rekwizytów, jak pióropuszy wojennych z liści kukurydzy, łuków z kijów i lanc z trzciny. Torturowanie trwało cztery dni, po czym jeńca zabijano.
Stowarzyszenie Starych Kobiet - Krąg Indianek Kiowa, które modliły się o powodzenie dla wojownika na wyprawie wojennej a ten z kolei, po szczęśliwym powrocie, wyprawiał dla nich ucztę.
Stowarzyszenie Wszystkich Przyjaciół - Istniało wśród Indian Blackfoot i składało się z tuzina lub większej ilości tajnych stowarzyszeń, grupujących swych członków pod względem wieku. Musieli oni cechować się życzliwością, śpieszeniem z pomocą i braniem udziału w wojnach, lecz głównie stosowali kary dla osób łamiących zasady tych stowarzyszeń.
Stowarzyszenie Wytwórczyń Pokryć Na Tipi - Krąg Indianek Dakota Oglala.
Stowarzyszenie Znaczonych Na Biało - Wic'iska Oko'lakićiye; stowarzyszenie Indian Sioux. Składało się z nieograniczonej liczby członków, ale zawsze miało stałą liczbę osób funkcyjnych, obejmujących:
Stowarzyszenie było uważane za odgałęzienie Sotka ze względu na podobieństwo rytuałów i pieśni. Nie zawsze wybierano noszących pióropusze, bo była to bardzo niebezpieczna funkcja - zazwyczaj oni ginęli lub zostawali ranni. Dzierżyciele lanc mieli je dwie proste i dwie zakrzywione. Jeden z tych typów zobowiązywał do zostania na miejscu przed wrogiem. Dwie lance zakrzywione owinięte były futrem wydry, w czterech miejscach rozciętym na dwa paski, do których z kolei przymocowano po jednym piórze orła. Lance proste owinięte były pasami czerwonej i niebieskiej flaneli obwiązanych ścięgnami w ten sposób, że ukazywały się przemiennie. Na końcu stało orle pióro. W czterech różnych miejscach mocowano po trzy orle pióra powiązane w rzędy. Dzierżyciele biczy zdobili głowy pękami rozczepionych sowich piór i dwoma piórami z ogona orła. Bicz posiadały wcięcia i metalowymi ćwiekami a uchwyty robione ze skóry lisa. Bicz dodatkowo ozdobiony był skórą wydry i orlimi piórami. Dawniej było czterech bębniarzy, potem jeden, opiekujący się dużym bębnem. Członkowie Stowarzyszenia nie wyróżniali się szczególnym malunkiem. Ubierali się w jak najlepszy strój, ale według własnego uznania. Tańczyli wokół obozu jak inne stowarzyszenia. W tańcu tworzyli krąg zwężający się do wewnątrz. Tańcowi towarzyszyły strzały z broni palnej, a na jego koniec uczestnicy wyliczają swoje czyny. Na nakrycie głowy posiadaczy pióropusza składała się czapka ze skóry z przyciętymi bizonimi rogami (żeby były lżejsze) i wyszyty koralikami pas na czole. Na czubku głowy był pęk pasków z futra królika lub orlego puchu. Z tyłu zwisał pas z ciężkiej surowej skóry bizona, szeroki na około 10 centymetrów, z czerwoną flanelą naszytą na rząd orlich piór jak na ogonie zwykłego pióropusza wojennego.
strączyniec kasja
strengit - Ten wtórny fosforan żelaza ma także w składzie dwie cząsteczki wody krystalizacyjnej. Typową barwą strengitu są różne odcienie czerwieni i fioletu. Występuje m.in. w USA.
strętwy gymnotowce
strombokaktus - (Strombocactus Br. et R.), rodzaj kaktusów ze środkowego Meksyku, do którego należy jedyny gatunek S. disciformis (DC.) Br. et R. Jest on rośliną płaską, barwy od szarawozielonej do szarej. Jego zebra o spiralnym układzie są rozdzielone na małe brodawki. Kwiaty wyrastają z aureoli wierzchołkowych. Roślina ta odznacza się niezwykle delikatnymi nasionami.
strontianit - Minerał; najważniejsze przemysłowe źródło otrzymywania metalicznego pierwiastka strontu, którego związki stosowane są do produkcji czerwonych rakiet sygnalizacyjnych. Zazwyczaj ma kolor biały lub jest bezbarwny. Bywa jednak czasami zabarwiony na jasno-zielono, szaro lub jasnożółto. Znajdowany bywa w kilku różnych środowiskach geologicznych. Rzadko jednak tworzy większe nagromadzenia.
Znaleźć go można m.in. na Wzgórzach Strontium leżących w kalifornijskim okręgu San Bernandino (USA).
W Polsce występuje w złożach siarki rejonu Tarnobrzega.
strumieniak kubański - (Rivulus cylindraceus); ryba zachodniej Kuby.
struś pampasowy nandu
strzałka - (Sagittaria variabilis); bulwiasty korzeń spożywany przez Indian z Zachodu i Północnego Zachodu. Nazywany był przez Indian Cree wapatow a przez Indian Chippewa wâpato albo wâbado, czyli biały grzyb. Roślina spopularyzowana została pod nazwą wappatoo. Słowo to, wymawiane też jako wapato weszło do żargonu Indian Chinook, gdzie oznacza ziemniaka. Strzałka rośnie głęboko w błocie. Na końcu rurkowatego korzenia sa właśnie "ziemniaki". Indianie Chippewa zbierali je na jesień, nawlekli na sznurek i wieszali u góry wigwamu aby wyschły. Później, przed spożyciem, były one gotowane.
Strzelec - Indianin Sioux, zanotowano jego wypowiedź na temat łosia:
" Najlepszy okres życia człowieka przypada na okres między 18 a 23 rokiem życia. Jest on wtedy u szczytu sił. Ma siłę i możliwości do osiągnięcia zamierzonego celu. Ma odwagę bronić samego siebie oraz innych, może czynić wiele dobra. Jest życzliwy dla wszystkich, szczególnie dla biednych i potrzebujących. Plemię uważa go za obrońcę i jego obowiązkiem jest ochrona kobiet. Jest u szczytu sił fizycznych. Jest szybki i w krótkim czasie potrafi pokonywać duże odległości. Jest uprzejmy i szarmancki. Jakie zwierze jest obdarzone podobnymi cechami? Oczywiście łoś - jest on symbolem piękna, elegancji, opiekuńczości. Żyje w lesie, w zgodzie z otaczającym go pięknem. Mimo swoich szerokich, rozgałęzionych rogów z łatwością porusza się wśród zarośli. Jeśli przyjrzeć się jego szczątkom, okazuje się, że podczas, gdy inne części ciała zamieniają się w pył, pozostają dwa zęby. Przetrwają one dłużej niż żyje człowiek, dlatego też stały się symbolem długowieczności. Pragniemy długiego życia dla siebie i naszych przyjaciół. Kiedy rodzi się dziecko, rodzice chcą by długo żyło, dlatego jeśli mogą, ofiarują mu ząb łosia."
"Takie jest moje życie" - pieśń powiązana ze Stowarzyszeniem Łosia, śpiewana przez Strzelca:
mion'ćage
e'ćećaye
mion'ćage
wanyan'ka kelo yo
eye'lo
mion'ćage
e'ćećeye
wanyan'ka yo
moje życie
jest takie
moje życie
spójrz(cie) na mnie
jest powiedziane
moje życie
jest takie
spójrz(cie) na mnie
strzępiel prążkowany - (Roccus saxatilis); ryba wybrzeży Ameryki Północnej.
Suasimi - Indianie panamscy.
Subinha - Indianie południowoamerykańscy.
submatukana - (Submatucana Bckbg.), ten peruwiański rodzaj kaktusów zbliżony jest do rodzaju matukana, ma jednakże kwiaty z długą rurką, o budowie grzbiecistej. Opisano około 10 gatunków tego rodzaju.
Subtiaba - Indianie nikaraguańscy.
Suchichi - Indianie peruwiańscy.
Sucumbio - Indianie kolumbijscy.
Sucuriyu Moriuene
Suerre - Indianie kostarykańscy.
Sugaree - Nie istniejące już dziś plemię żyjące pierwotnie w Karolinie Północnej i Południowej.
Suhin Axluslay
Suia - Indianie brazylijscy.
Suiattle - Indianie północnoamerykańscy, żyjący w rezerwacie Tulalip.
Sula Palmar
sulkorebutia - (Sulcorebutia Bckbg.); kwiaty tego rodzaju kaktusów pochodzących z Boliwii podobne są do kwiatów rebutii, pędy natomiast podobne są raczej do pędów lobiwii. Ciernie są znacznie silniejsze niż u rebutii. Do tej pory opisano ponad 30 gatunków tego rodzaju.
Suma - Indianie meksykańscy.
sumak - (Rhus L.); krzew lub drzewko stref umiarkowanych i ciepłych o podłużnych liściach i zielonkawych albo żółtawych kwiatach, występujące w kilku gatunkach. Indianie Mohawk nazywali tę roślinę tara:kwi. R. glabra nazywany był przez Indian Cheyenne no' ănio ni mai' ki mins (no' ănio ni, mieszanka składników; mah, czerwony; kis, mały). R. toxicodendron, to sumak jadowity będący kłączem o parzącej korze.Pochodzi z Ameryki Północnej. R. trilobata Nutt. Indianie Cheyenne nazywali ho ă to' o nuts (ho ă to' va, puszczenie dymu, dotyczy też modlitw w ceremoniahc) a liście tego gatunku sumaka (po zebraniu i spreparowaniu) nazywali hoh ko me e no ăn i on (hohk, gładki, ostry; me e, pachnący; no ăn i o nots, zmieszane składniki). R. typhina L., to sumak octowy, zwany również octowcem lub sumakiem odurzającym. Występuje w formie dwupiennego drzewka w środkowej i wschodniej części Ameryki Północnej. Gałązki ma gęsto owłosione. Kwiaty zielonkawe lub żółtawe.
Pierwsi kronikarze nie zwracali uwagi na różnice gatunkowe tej rośliny i stąd wynikają trudności w bardziej szczegółowym opisie ich zastosowania. I tak na przykład Josselyn zanotował, że Anglicy pili sumaka razem z piwem na przeziębienie "jak to czynili Indianie, od których Anglicy mają to lekarstwo".
Barton zanotował już, że o korze R. glabrum mówiono, iż jest pożyteczną w leczeniu nawrotów gorączki oraz do usuwania brodawek i liszajów.
Różne gatunki sumaków nazywano na pewnych obszarach także "indiańską solą" z tego powodu, że tubylcy używali uzyskiwany z jagód tych roślin słony proszek, który służył im za przyprawę do mięs. Ten sam proszek używali oni także do "wzmacniania" czerwonej farby.
Meriwether Lewis pisał z przekonaniem, że sumak i stroiczka rozdęta używane były przez Indian Ojibwa do leczenia chorób wenerycznych, w tym - rzeżączki.
Liście R. glabra Indianie mieszali często z korą wierzbową i palili jak tytoń. Indianie Cheyenne liście tego gatunku mieszali z tytoniem i palili w fajkach. Hunter zanotował ponadto, że korzenie i liście tego gatunku używane były przez Indian do leczenia różnych chorób, a szczególnie były głównym składnikiem mieszanek leczących wodną puchlinę. Indianie Pawnee gotowali owoce R. glabra na lekarstwo tamujące wypływy krwi. Indianie Omaha natomiast gotowali owoce w celu pozyskania środka ściągającego, którym obmywano kobiety po porodzie w przypadku zaistnienia krwotoku. Ci sami tubylcy robili z korzenia napar przynoszący ulgę w dolegliwościach dróg moczowych a okładów z moczonych liści lub jagód używali na okłady skory poparzonej jagodami bluszcza. Indianie Cheyenne wysuszone liście sumaka R. trilobata mieszali z tytoniem i używali do palenia. Często też te same liście mieszali z mącznicą i korą pewnego gatunku wierzby i również palili tę mieszankę w fajkach.
Indianie Comanche używali kory R. trilobata Nutt. Do leczenia przeziębienia a Indianie Natchez używali korzenia tego samego gatunku na okłady leczące czyraki. Natomiast Indianie Creek gotowali korzenie R. glabra lub R. copallina na nalewkę pitą w przypadku dyzenterii.
Indianie używali soku sumaka jadowitego na czarną febrę a biali osadnicy robili z niego atrament. Zanotowano również, że gatunek ten używany był przez Indian z niziny kalifornijskiej do robienia gorących okładów na grzybicę. Indianie Potawatomi i Meskwaki ścierali na proszek korzeń i robili z tego gorące okłady na opuchlizny. Indianie Houma natomiast gotowali liście na herbatkę pitą jako środek wzmacniający i odmładzający, utrzymujący krew "przez cały czas w świeżości". Indianie Potawatomi stosowali również tę roślinę w celu usunięcia przykrego swędzenia skóry. Ci sami Indianie używali też kory korzenia różnych gatunków sumaka jako środka wstrzymującego krwawienie. Liście służyły im do płukania bolącego gardła a z jagód sporządzali leczniczą herbatkę. Mieszali oni również sumaki z innymi ziołami w celu uzyskania leku wypędzającego robaki.
sumik karłowaty - (Ictalurus nebulosus); ryba wód Ameryki Północnej.
sumiki pancerne - (Daradidae, Callichthyidae i Loricariidae); ryby Ameryki Północnej.
Sumo - Indianie z Hondurasu i Nikaragui.
Sumo-Sirpe - Indianie nikaraguańscy.
Sunesua - Indianie wenezuelscy.
Sunyo Senyo
Suo Chao
Supe Huaura
Supinu - Indianie z Ekwadoru i Peru.
Suppaye - Indianie z Gujany Francuskiej.
Suri Juri
Surucusi Socorino
Susaca - Indianie wenezuelscy.
sussexyt - Boran manganu. Nazwa jego pochodzi od okręgu Sussex w stanie New Jersey (USA), gdzie spotyka się jego najlepsze, białe lub żółte kryształy.
Suweri - Indianie z Peru (departament Madre de Dios).
Suya - Indianie z Brazylii (stan Mato Grosso).
sweet grass - (Torresia odorata); sweet grass to nazwa anglojęzyczna, ale jest już tak mocno przyjęta w języku uczestników PRPI, że nie ma co już tu szukać jej polskojęzycznego odpowiednika, którego i tak do tej pory nigdzie nie znalazłem. Roślina ta wykorzystywana była przez Indian Chippewa do celów ceremonialnych, handlowych i dla zwykłej przyjemności.
Indianie Cheyenne sweet grass nazywali vih' o ots (vi, oznacza słodycz; o, roślina trawiasta; ots, wiązka).Po wysuszeniu, spalali go podczas wielu różnych ceremonii. Stosowali też go jako perfumy i owijali nim przedmioty, które chcieli, aby im pachniały. Zapach sweet grassu jest bardzo przyjemny i czuć go nawet z pewnej odległości, gdy ktoś przechodzi lub przejeżdża.
syderyt - Syderyt, będąc ważnym, przemysłowym źródłem żelaza, może być koloru białego, żółtawego, szarego, brunatnego, zielonawego, czerwonawego lub zupełnie czarnego. Po raz pierwszy został opisany i zidentyfikowany jako oddzielny minerał w 1813 roku. Inna proponowana dla niego nazwa - chalybit - nie przyjęła się. Dziś syderytami nazywa się także jeden z rodzajów meteorytów (żelaznych, ale nie zawierających węglanu). Jest rozpowszechniony na Ziemi, ale nieczęsto tworzy duże nagromadzenia. Znane są liczne niewielkie wystąpienia, ale mało jest dużych złóż o znaczeniu przemysłowym. Znaleźć go można w kopalni złota Morro Velho, Ouro Preto, Minas Gerais (Brazylia) i w Mont Saint-Hilaire, Quebek (Kanada). W Polsce był eksploatowany w Łęczycy i w Częstochowskiem. Znany jest z fiszu karpackiego oraz żył kruszconośnych na Dolnym Śląsku.